Strony

czwartek, 16 grudnia 2010

Kim chcesz zostać jak dorośniesz?

Popularne pytanie zadawane każdemu dziecku brzmi "kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz?" Kto z nas tego nie słyszał?
Jak byłam mała, to marzyłam o tym, żeby zamieszkać w wozie Drzymały (czyli w takim baraku na kółkach) i przemieszczać się z miejsca na miejsce. Zawód: cygan (bez podtekstu rasistowskiego, oczywiście). Moją Babcię bardzo oburzały te deklaracje. Nie znałam jeszcze wtedy wszystkich możliwych profesji. Kojarzyłam strażaka, panią sklepową, kierowcę itp. Jednak te ścieżki kariery nie wydawały się zbyt atrakcyjne.
Wczoraj w gronie dobrych znajomych wymyśliłam nowy, fantastyczny zawód dla siebie. Chciałabym zostać, ni mniej ni więcej, tylko:

"projektantem nazw kolorów farb do malowania ścian"

Wiecie, z kolorami mam nieco do czynienia. Ściany też parę razy malowałam. Ale przede wszystkim wymyśliłam nowe nazwy! Proszę bardzo, oto próbka mojej twórczości: "stary burak" oraz "zgniłe liście kukurydzy". Może być? Czy dział HR dystrybutora farb na literę D mnie czyta? :)

środa, 15 grudnia 2010

Murakami o minimalizmie

"Jak człowiek chce się czegoś pozbyć, to w życiu da się pozbyć prawie wszystkiego. Nie, prawie, dosłownie wszystkiego. A jak się zacznie pozbywać kolejnych rzeczy, nabiera się ochoty, żeby się pozbyć absolutnie wszystkiego. Tak samo jak hazardzista, który stracił połowę pieniędzy, w desperacji wyrzuca resztę. Odechciewa się człowiekowi robić coś połowicznie i czegoś się trzymać.
W końcu udało mi się zmieścić wszystkie potrzebne rzeczy w średniej wielkości walizce firmy Samsonite."

Notka bibliograficzna: Haruki Murakami, opowiadanie "Koty ludojady" ze zbioru "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta", Muza SA, 2008

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Palmiery z rukolą

Dziś bardzo prosty przepis, powiedzmy - pięciominutowy. Wczoraj jadłam palmiery na słodko. Gdzieś wyczytałam, że nazwa tych ciasteczek pochodzi z Hiszpanii - przypominają one liście palmy. Sahib nazwał je po polsku roladkami :) Poniżej fotostory z kuchennych działań, wersja na ostro z rukolą. Zdjęcia bez rewelacji, bo światło było słabe, ale mam nadzieję, że widać, o co chodzi.

Potrzebne będą: paczka mrożonego ciasta francuskiego, pudełko rukoli, nieco mąki do oprószenia stołu, sól, pieprz, sezam

Ciasto francuskie wyłożyłam na stół, posypując lekko solą, pieprzem i sezamem. Niestety nie miałam ciasta w jednym kawałku, użyłam takich płatów, ułożonych na styk:



Minęło czasu mało-wiele, gdy zmiękło, pośrodku położyłam pierwszą warstwę rukoli, a brzegi zawinęłam do wewnątrz (na razie bez sklejania):



To nie koniec zieleniny! Kolejną warstwę położyłam na tej węższej już powierzchni, a brzegi zalepiłam, zwilżając je lekko wodą i dociskając do siebie:



Nóż naostrzyłam jak do krojenia sushi. To ważne, bo tępym nożem uszkodzi się rukolę i nic z tego nie wyjdzie:



Centymetrowej grubości plasterki ułożyłam na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem, w pewnych odstępach od siebie - ciasto francuskie bardzo rośnie:



Po 20 minutach w 200°C palmiery były gotowe! Smacznego!

czwartek, 2 grudnia 2010

Władca Arktyki

Jest takie zwierzę, które bardzo by się ucieszyło z aury, którą mamy za oknem. Śnieg, lód i mróz to dla niego raj. Mowa o niedźwiedziu polarnym - prawdziwym symbolu zimy.

Niedawno nasz kolega Michał Jastrzębski napisał bardzo ciekawy artykuł o niedźwiedziach. Wiosną tego roku Michał fotografował i filmował przyrodę Spitsbergenu. Celem jego bezkrwawych łowów był między innymi ten futrzany władca Arktyki. W artykule zobaczycie też kilka świetnych jego ujęć, między innymi misia zjeżdżającego przezabawnie po ośnieżonym stoku.

Moją wyobraźnię rozpaliły dane liczbowe dotyczące niesamowitej gospodarki energetycznej niedźwiedzia polarnego. Wiem, wiem, misie mają zupełnie inną budowę niż człowiek, między innymi grubą warstwę tłuszczową, więc porównywanie ich do człowieka ma średni sens, ale daje pewne wyobrażenie o tym, jakich przystosowań nam brakuje do życia w skrajnie zimnych warunkach.

"Nad zatoką Hudsona w Kanadzie odłowiono samicę, która ważyła tylko 97 kg. Po 9 miesiącach ta sama samica została odłowiona ponownie. Była w doskonałej kondycji i ważyła już 450 kg. Niedźwiedzie głodując mogą przeżyć przez prawie 6 miesięcy."

97 kg to szokująco niska waga! Proste obliczenie: załóżmy, że 450 kg samica odpowiada 120-kilogramowej kobiecie, której "się powodzi" (nawiasem mówiąc, o ile 120-kilogramowa kobieta wydaje nam się mało atrakcyjna, to taka odpasiona niedźwiedzica nie narzekałaby na powodzenie u samców). Natomiast ważąca 97 kg niedźwiedzica odpowiadałaby kobiecie ważącej tylko 25,8 kg! Czyli tłusta grubaska musiałaby schudnąć bardziej niż anorektyczki - to waga, której dorosła kobieta nie ma szansy przeżyć.

"Młode rodzą się w grudniu lub w styczniu i często są to bliźniaki. Ważą po około 600-700 gram."

Drugi przykład: samica niedźwiedzia waży przeciętnie około 300 kg i rodzi młode ważące po 700 g. Przy tej analogii kobieta ważąca 60 kg rodziłaby dzieci ważące 140 g czyli tyle, co troszkę większy chomik :)

"Niedźwiedzie maja duży żołądek, który stanowi ok. 20% masy ciała, dlatego jednorazowo mogą zjeść nawet 50-70 kg pożywienia."


No i tutaj chyba nawet bohaterowie Księgi Rekordów Guinnessa nie dotrzymaliby kroku niedźwiedziowi przy stole. Bo skoro ważący około 700 kg samiec potrafi zjeść naraz do 70 kg pokarmu, to rachunek jest prosty - mężczyzna ważący 80 kg musiałby zjeść 8 kg naraz! W dodatku tłustego, surowego mięsa foki :)

Zdjęcie na początku notki: Marcin Klisz

poniedziałek, 29 listopada 2010

Murakami razy trzy

Ostatnio Sahib stwierdził, że po wpisach na blogu można sądzić, jakbym w ogóle nie czytała książek. Rzeczywiście :) Już się poprawiam - wcale nie w czytaniu, tylko w polecaniu ciekawej lektury. Dziś będzie długo i hurtowo. Jakiś czas temu pisałam o Murakamim i obiecałam do niego wrócić. Od tego czasu przeczytałam jeszcze trzy jego powieści, których wspólnym mianownikiem jest egzotyczna sceneria współczesnej Japonii i barwne postacie kobiet. Murakami ma specyficzny styl drobiazgowego opisu uczuć, sytuacji, nawet miejsc. Z kart książek nieraz emanuje pesymizm samotności. Mimo to opowiedziane historie mają w sobie coś wciągającego. Dodam na koniec, że wizualnie podobają mi się kolorowe, łatwo rozpoznawalne okładki poniższej serii (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA).

Na południe od granicy, na zachód od słońca


Intrygujący tytuł kryje historię mężczyzny wspominającego swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, z którą rozstał się w wieku 12 lat. Kiedy los zetknie ich 25 lat później są już innymi ludźmi, z bagażem doświadczeń, a jednak pozostało coś niezmiennego, stałego. To prosta, niedługa historia, którą odbiera się przez pryzmat własnych doświadczeń. Utrata bratniej duszy, trudne wybory, poszukiwanie zrozumienia, prawdziwe głębokie uczucia, pustka codzienności. Te wszystkie wątki spina postać spełnionego zawodowo i rodzinnie mężczyzny oraz tajemniczej kobiety, która pojawia się i znika według własnych upodobań. Zakończenie nieco naiwne, ale nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni bohatera i to zaliczam do plusów tej powieści.


Kronika ptaka nakręcacza

To książka, która zauroczyła mnie od pierwszej strony. Przyznam nawet, że pierwsze 100 stron po prostu mnie bawiło. Opis absurdalnych zdarzeń, które mają miejsce w najbliższym otoczeniu bohatera, niesamowite postacie kobiet - współczesne odmiany czarownic, a do tego wątek jakby... detektywistyczny? Mężczyzna rezygnuje z pracy, ginie mu kot, po jakimś czasie znika żona. Jednocześnie przez jego dom zaczyna przewijać się cała galeria coraz dziwniejszych postaci. Śmiałam się co chwilę. Po jakimś narracja wkracza w mroczne tereny różnych stanów świadomości, porównywalnych chyba najbardziej z medytacją lub snami. Wielowątkowość, oniryczność, rozbudowane dygresje, zaskakujące pomysły, barwne postacie drugiego planu - emerytowany wojskowy albo milczący chłopak pomagający matce w prowadzeniu interesu - i nareszcie happy end - tworzą piorunującą mieszankę. Powieść długa, ale nie nużąca. Spośród tych trzech podobała mi się najbardziej.


Norwegian Wood


Przyznaję, że kilka razy próbowałam zabrać się za tę książkę. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron - jakiś oderwanych od siebie wątków - odkładałam. W końcu udało mi się przełamać. Może nie wciąga tak jak "Kronika ptaka nakręcacza", ale akcja toczy się dość wartko. Dorastający chłopak i dwie dziewczyny. Znów mamy tu motyw przyjaciółki z dzieciństwa, nieco sennej, zamkniętej w sobie i wrażliwej Naoko. Jej przeciwieństwem jest wyzwolona i wygadana Midori, dziewczyna z krwi i kości, pozornie śmiała, lecz w głębi duszy poszukująca tego, co większość z nas - prawdziwej, ciepłej miłości. Zagubiony w kontaktach pomiędzy nimi dwiema bohater dojrzewa, zmienia się, przepoczwarza się w mężczyznę przy dźwiękach piosenek Beatlesów, w akademiku, w nocnych barach Tokio, w podróży. "I once had a girl, or should I say she once had me...". Sama historia - może nic odkrywczego, ale opowiedziana w charakterystyczny dla Murakamiego, głęboki i subtelny sposób.

piątek, 26 listopada 2010

Na koniec jesieni - dynia z jabłkiem



Dziś bardzo prosty przepis dla leniwych, w sam raz na zakończenie dyniowego sezonu. Tak się składa, że wtedy, gdy dojrzewają dynie, mamy do wyboru mnóstwo ciekawych dodatków do nich. Połączenie słodkawej z natury dyni i kwaśnego jabłka to strzał w dziesiątkę.

Cóż, papka z dyni nie wygląda może zbyt apetycznie. To dlatego dziś takie kolorowe zdjęcie, które ma nieco odwrócić uwagę :) Ale podać ją można z razowym chlebem, makaronem, ryżem. Zastosowań jest wiele.

Składniki:

spory kawałek dyni, kwaśne jabłko (albo dwa, jeśli ktoś lubi), cebula lub dwie, oliwa, sól i pieprz, ulubione zioła (majeranek, cząber, bazylia bardzo pasują)


Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy najpierw cebulkę, gdy lekko się zeszkli - dynię pokrojoną w spore kawałki. Dusimy po przykryciem. Jeśli wychodzi zbyt wodniste, odkrywamy pokrywkę - odparuje. Jabłko - drobno pokrojone lub nawet starte na grubej tarce - dodajemy pod koniec duszenia, razem z przyprawami.

Smacznego!

piątek, 29 października 2010

Jak nie zostałam Robin Hoodem

Rower rowerem, ale na prawdziwego rajdowca czeka 1001 wyzwań. Postanowiłam więc zapoznać się nieco bliżej z tematem łucznictwa. Niezawodny kolega Bodek zaproponował wspólny wyjazd na strzelnicę myśliwską, która na stanie ma również łuki.

Pan Włodek łuk udostępnił, pan Witek pokazał co i jak. Niełatwo mi było spełnić jego trenerskie ambicje. Ręka-ręka-oko-nos-broda-cięciwa-strzała i co najważniejsze - TARCZA ;) Powoli celność zaczęła jednak wzrastać, gdzieś tak od 10 do 20%. Mowa oczywiście o wcelowaniu w słomianą tarczę o boku 1 metra, nie mam tu na myśli żadnych mikroskopijnych kółek wielkości zeszytu.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jedna strzała, która za mocno utkwiła w tarczy. Ale z pomocą już spieszy Bodek. Nagle... łuuuuup! Tarcza spada z zaimprowizowanego stojaka, dobrze, że Bodek uskoczył, kierując się siódmym zmysłem geparda. Niestety strzała nr 1 poszła w drzazgi.

No ale było jeszcze 9 bałwanków, znaczy - strzał. Celność znów pnie się w górę. I gdy osiąga już 50% (cud!!!) pojawia się kolega Bodka, zwany Przystojniakiem. "Oooo, łuk! Mogę spróbować?" Ależ oczywiście, w końcu jestem tu tylko gościem (gościówą).

Kolega Przystojniak składa się fachowo, naciąga cięciwę całą swoją Mocą, strzała leci prosto w środek tarczy! Nagle.... łuuuuuup! Niestety cała tarcza oraz powbijane w nią przeze mnie strzały walą się na ziemię...

W obliczu takiej klęski, gdy zostało już tylko 5 bałwanków, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, a ratując co się da, postanowiłam przerwać chwilowo moją błyskawicznie rozwijającą się karierę łuczniczą. A tak naprawdę, to myślę, że strzelałam tak marnie, bo brakowało mi rajtuzów i oczywiście kaptura ;)

czwartek, 30 września 2010

Muzyczna wyprawa do Chin

Wczoraj w ramach muzycznej podróży serwowanej przez 6. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur wybraliśmy się do Chin. Niełatwo było rozgrzać publiczność - temperatura w środku namiotu festiwalowego była prawie taka jak na zewnątrz. Tym większy podziw budził występ czterech Chinek w zwiewnych sukienkach, ale po kolei ;)

Mamer


Mamer to zarówno artysta, jak i stworzony przez niego zespół. Pochodzi z prowincji Sinkiang, gdzie kultura chińska spotyka się z kręgiem kultury muzułmańskiej. To kraina, gdzie wiatr hula w stepie, tak jak w sąsiednim Kazachstanie. Sam Mamer pół roku spędza w terenie, a pół - w Pekinie. Mamer wprowadził stepowy folk w krainę mrocznego rocka, uzyskując całkiem ciekawe, energetyczne brzmienie, momentami skręcające w stronę rocka, to znów bardziej transowe. Niski głos, dumbra o ostrym brzmieniu - szarpany instrument podobny do mandoliny, do tego basówka i perkusja tworzą wybuchową mieszankę, przy której można się dobrze bawić, a także rozgrzać ;) Kawałki nie były monotonne, każdy był inny - to bardziej stonowane, to znów ostre. Perkusista, zarazem tłumacz zespołu, wydawał się jako jedyny cokolwiek mówić po angielsku. Sam Mamer - drobny chłopak w czapce naciągniętej na oczy, nie sprawiał wrażenia zbyt kontaktowego. Ale pasowało to do klimatu muzycznego. Ogólnie koncert niezły, można wybaczyć tym młodym artystom nawet nie zawsze pasujące playbacki. Widać, że jeszcze długa droga przed nimi, ale już mają swój styl i za to daję im ****.

Quing Mei Jing Yue

Kiedy popatrzyłam na program środowego koncertu, pomyślałam sobie, że klasyczna muzyka chińska będzie pewnie smętnym przerywnikiem pomiędzy żywszymi kapelami. Nic bardziej mylnego! Kwartet czterech Chinek brzdąkających na dziwnych instrumentach szarpanych i strunowych wywołał prawdziwą burzę na widowni. Muzyka w swym brzmieniu, jak określił Maciej Szajkowski, prawdziwie bajkowa. Przywołuje na myśl płynącą szeroko rzekę, to znów szemrzący strumień, z liśćmi drzew poruszającymi się w rytm wiatru, z ptaszkami przelatującymi nad wodą. Muzyka to warto płynie, to znów zamiera. Pomimo skromnego instrumentarium egzotyczne muzyczki potrafiły wyczarować rozmaite nastroje, wplatając w swoją muzykę nawet takty z Chopina. Kilka kawałków pobrzmiewało celtyckimi echami, a największy aplauz wzbudziła "Kukułeczka" - tak, tak, ta co kuka i gniazdka sobie szuka! Wszyscy chyba zastanawiali się, czy to ich standardowy repertuar czy przygotowany specjalnie na ten występ. Do tego wszystkiego dochodzi wirtuozeria gry na tradycyjnych instrumentach, które na pewno nie należą do łatwych. Piękne Chinki w kolorowych, długich sukniach, kłaniające się publiczności po każdym utworze, wyglądały jak dawne damy dworu przeniesione na współczesną scenę. Za ten występ przy prawie ujemnej temperaturze ;) dostają ode mnie *****.

Hanggai

Ostatnim zespołem tego wieczoru był Hanggai - goście z Pekinu, lecz nawiązujący w swoim repertuarze do tradycji stepowej Mongolii i śpiewu gardłowego. Przyznaję, że byłam trochę rozczarowana, spodziewałam się czegoś w rodzaju Huun Huur tu albo Altai Khangai, tymczasem muzyka Hanggai to spotkanie gdzieś w połowie drogi między punk-rockiem a folkiem. Ostre granie i dużo hałasu, oczywiście śpiew gardłowy też, ale tylko jako dodatek. Nie było to w sumie złe, publiczność bawiła się dobrze, ot, takie do potańczenia, poklaskania i wspólnego śpiewania. Ukłonem w stronę tradycji jest image zespołu - tradycyjne kaftany i spiczaste czapeczki, które wprowadzają nas w klimat muzyki stepów. Do tego rytm galopującego konia, podkreślony perkusją i basem, przysadzisty lider Ilchi, który śmieje się, gada po swojemu, macha batem i porusza biodrami - tak, że nie sposób nie poczuć do niego sympatii. Za rozgrzanie publiczności w ten deszczowy, zimny wieczór oceniam ich na ****.

To już niestety moje ostatnie sprawozdanie z tegorocznego festiwalu. Wczoraj można było jeszcze kupić bilety na piątkowy Osjan - koncert zapowiada się smakowicie, wystąpi bowiem Daishuko Yoshimoto, niesamowity japoński performer-aktor-tancerz. Polecam!

środa, 29 września 2010

Tarantela i dziewczyna jak wulkan

Za oknami plucha, pluska, pluje i psuje... wszystkie fajne plany. Na pocieszenie w tym tygodniu odbywa się 6. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur. W zeszłym roku byliśmy na fenomenalnym koncercie muzyki indyjskiej i mojego ukochanego projektu Indialucia. Wczoraj skusiłam się na włoskich tamburynistów i Mayrę Andrade z Wysp Zielonego Przylądka. Festiwal, podobnie jak rok temu, odbywa się w olbrzymim namiocie rozstawionym na Pl. Defilad i prowadzi go Maciej Szajkowski, znany z Kapeli ze Wsi Warszawa, koncertów Muzyka w Muzeum i świetnych audycji o muzyce etnicznej w Polskim Radiu.

Tamburellisti di Torrepaduli

Pierwsza część poświęcona była tradycyjnej muzyce południa Włoch, której korzenie sięgają podobno starożytnej Grecji. Trochę nie chce mi się wierzyć, by stateczni Grecy, jak Pitagoras, oddawali się tak szalonym tańcom, bowiem muzyka zaprezentowana przez sympatycznych Włochów (i Włoszki) najbardziej przypominała bałkańskie rytmy, które znamy z filmów Kusturicy. Żywy rytm, ale wszystko do siebie zbyt podobne, co na dłuższą metę usypia. I być może publiczność, osłuchana z tego typu ludowymi przyśpiewkami, nie reagowała aż tak entuzjastycznie, jak by wypadało. Do tego fatalny, naprawdę fatalny wokal - choć być może niski, zachrypły głos, bardziej recytujący niż śpiewający był efektem zamierzonym. Mnie osobiście do gustu nie przypadł. Koncert ratowała tancerka - bardzo powabna dziewczyna, kręcąca się do szalonych rytmów. Biały strój zmieniła w połowie koncertu na czerwony, do tego wymachiwała czerwoną chusteczką. Wszystko razem tworzyło wizualnie przyjemny efekt . Na koniec - jako kropka nad "i" - solowe, niesamowite popisy trzech tamburynistów. No i to było coś, za co dałabym koncertowi ****.

Mayra Andrade


Mayra okazała się gwiazdą wieczoru, choć wcale na gwiazdę nie wygląda. Na scenę weszła niska dziewczyna w szarej, workowatej sukience, gładko zaczesana, przypominająca grzeczną uczennicę. Jednak już od pierwszych zaśpiewanych słów podbiła serca publiczności. Niski, ciepły i głęboki ton głosu z lekką chrypką, którą bardzo lubię u wokalistek. A muzyka? Trudno ją jakoś zaszufladkować. Mayra urodziła się na Kubie, mieszkała w Senegalu i na Wyspach Zielonego Przylądka, by na koniec wylądować w Paryżu. I całą tę życiową wycieczkę zawarła w komponowanej przez siebie muzyce. Słychać tu i odwołania do muzyki karaibskiej i spojrzenia w stronę Afryki, i echa piosenki francuskiej, i fado, i jazzu... czego tam nie ma! Artystce towarzyszył sympatyczny zespół - dwóch gitarzystów, basista, trzech perkusistów, z czego dwóch obsługiwało różne fantastyczne przeszkadzajki. Lubię muzyków, którzy grają i widać, że sami się przy tym świetnie bawią. I ten zespół takie wrażenie sprawiał. A sama Mayra to dziewczyna jak wulkan, rozgrzewała drętwą publiczność, wtrącała przeróżne anegdoty pomiędzy piosenkami, wciągała do wspólnego śpiewania, a przede wszystkim dużo się uśmiechała. Były bisy i owacje na stojąco. Jej uśmiech i zaangażowanie w koncert w połączeniu z fantastycznym głosem zasługują moim zdaniem na *****.

ps. Dziś goście z Chin i khoomei!

środa, 22 września 2010

Paski w ordynku

Miałam pisać recenzję indyjskiej książki (nawet wynotowałam sobie nazwiska bohaterów przed oddaniem jej do biblioteki), tymczasem zamiast tego zrobiłam taki oto wieszak na paski:

Wszystkie elementy do jego wykonania były, jak się okazało, w szafce z narzędziami, w której robiłam dziś porządek. Wieszaczek jest jak widać wspólny, a wręcz zdominowany przez eleganckie paski Sahiba ;)

czwartek, 2 września 2010

Szpinak z cieciorką albo cieciorka ze szpinakiem

To jedna z moich ulubionych potraw, zrobiłam ją już kolejny raz. W międzyczasie zaczęłam szukać o niej mądrych informacji. Okazało się, że nie ma jakiejś specjalnej nazwy, a różne kuchnie próbują ją zawłaszczyć - indyjska, hiszpańska, włoska, a nawet polska! Spotkałam nieco inny przepis (taki jest między innymi we wspomnianej we wczorajszym wpisie książce). Cieciorkę moczy się przez noc i gotuje do miękkości z cebulą i goździkami, na koniec dodając szpinak. Później całość odsmaża się na oliwie. Można i tak, ale to wersja zdecydowanie dłuższa i pracochłonniejsza. Mój sposób nawiązuje do kuchni jednominutowej i jest całoroczny.



Z tą potrawą wiąże się dla mnie wspomnienie pewnego Sylwestra na Mazurach, którego przewodnim motywem miał być Bollywood. Wieczór spędzaliśmy oglądając filmy i przygotowując indyjskie potrawy ze specjalnie przywiezionych z Warszawy składników, a jedną z nich, w wersji ostrej, był właśnie szpinak z cieciorką. W pewnym momencie zgasło światło, jak się później okazało 600 wsi nie miało tej nocy prądu. Na szczęście nasze potrawy były już w większości gotowe, henna na rękach też zdążyła wyschnąć, więc reszta nocy upłynęła pod znakiem rozrywki i konsumpcji. Dla mnie więc ta potrawa kojarzy się z kuchnią indyjską i już. Po tych wspominkach czas na przepis.

Potrzebne będą: 1 paczka mrożonego szpinaku (może być pół kg świeżego), 1 puszka cieciorki czyli ciecierzycy czyli grochu włoskiego (albo szklanka suchej, którą trzeba namoczyć dzień wcześniej), oliwa, curry, kumin czyli kmin rzymski mielony, sól, pieprz mielony, 1 duży ząbek czosnku

Rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią odsączony szpinak. Podgrzewamy i doprawiamy solą i pozostałymi przyprawami - łyżeczka curry, pół łyżeczki kuminu, trochę pieprzu. Dodajemy cieciorkę odsączoną z zalewy. Na koniec wciskamy duży ząbek czosnku lub dwa mniejsze. O smaku potrawy w znacznej części decyduje rodzaj curry, które jest tu dominującą potrawą. Może być ostre lub bardziej korzenne. Na zdjęciu skomponowałam potrawę z naleśnikiem, ale pasuje również do ryżu, czapatów albo grzanek.

Życzę smacznego!

ps. Zauważyłam, ze ostatnio zamieszczam na blogu prawie same przepisy. Może dlatego, że rower przeniosłam na drugi blog. Ale już niedługo recenzja książki. Geograficznie zbytnio się nie oddalimy - będzie to pokaźny kęs indyjskiej prozy, odwiedzimy Bombaj ;)

środa, 1 września 2010

Na tropach sekretów warzyw

Wpadła dziś w moje ręce bardzo ładna książka pt. „Kuchnia wegetariańska” Marka Łebkowskiego. Pożyczyła mi ją koleżanka Monika, z którą łączy nas przede wszystkim pasja rowerowa, a kulinarna tak troszkę.

Książka spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Kompletnie zachwyciły mnie sposoby wycinania różnych ozdóbek z warzyw i aranżacje. Na przykład cytryna przebrana za liść, koszyczki z pomidorów, omlet udający wielonożne zwierzę przy pomocy szparagów albo ananas nadziewany ryżem, który śmiało mógłby ruszać w konkury z tradycyjnym polskim bażantem.

Zaskoczyło mnie kilka ciekawostek, którymi niezwłocznie dzielę się z Czytelnikami ;)

Podobno zastosowanie liści cykorii w sztuce kulinarnej odkryto przez przypadek i to dopiero w 1870 roku! Cykorię korzeniową zakopcowano na zimę, a ta wypuściła młode liście, zwinięte w charakterystyczne kolby. (Zastanawia mnie tylko, dlaczego wcześniej, kiedy sadzono ją na polu i zbierano, nikt nie zauważył, że liście są jadalne i smaczne?)

Karczochy, których niestety jeszcze nie jadłam, są podobno spokrewnione z ostami. I faktycznie na zdjęciach kwitnących roślin mają w sobie to podobieństwo. A oset oglądany z bliska jest bardzo ładny, a niedoceniany.

Seler podobno przez długi czas był warzywem niejadalnym ze względu na swoją gorycz. Dopiero w XVII wieku włoscy ogrodnicy wyhodowali takiego selera, jakiego znamy dziś, który jest zresztą niezłym afrodyzjakiem dającym tajemne moce.

I jeszcze ciekawostka o keczupie. Czy wiecie dlaczego na anglojęzycznych opakowaniach widniej „Tomato ketchup”? Masło maślane? Nie. Słowo „ketchup” pochodzi podobno z języka malajskiego (jak podaje moja nowa lektura) lub z chińskiego (jak twierdzi Wikipedia) i oznacza „sos rybny”. Początkowo Anglicy produkowali pod tą nazwą różne sosy, ale to właśnie pomidorowy zdobył największą popularność. Słowo daję, gdyby nie ta książka, chyba nie zajrzałabym do Wikipedii w poszukiwaniu historii keczupu ;)

Już niedługo postaram się zamieścić świetny, błyskawiczny przepis, o którym przypomniała mi ta książka. Muszę tylko zdobyć składniki, a z powodu deszczu odwlekam wycieczki do sklepów.

Notka bibliograficzna: Marek Łebkowski „Kuchnia wegetariańska”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998

piątek, 20 sierpnia 2010

Kwiaty biało-czerwone


Fotka „warsztatowa” ;) Kolczyki o średnicy 5 cm. Rant kryje usztywniającą żyłkę, wykorzystałam zużyte struny nylonowe od gitary. Wystarczy opalić końcówki i zgrzać, a powstaje lekkie i sztywne kółeczko, idealne do takiego zastosowania.
Kolczyki zrobiłam jako komplet do sukienki w kwiaty w takich kolorach. Stąd ten dosyć tradycyjny wzór. Bardzo podobają mi się szydełkowe prace artystki Aimee Manion, niezwykle kobiece, które łączą inspiracje dawną, tradycyjną biżuterią z powiewem awangardy. Każda para kolczyków, naszyjnik czy bransoletka w jej wykonaniu to miniaturowe dzieło sztuki.

piątek, 13 sierpnia 2010

Włoski omlet z ryżu

Zawsze po powrocie ze słonecznej Italii zaglądam do mojej ulubionej książki kucharskiej pt. "Wegetariańska kuchnia włoska" w poszukiwaniu ciekawych przepisów. Tym razem przepis całoroczny, nie związany z sezonowymi warzywami i dodatkami. Jest bardzo prosty w wykonaniu, co może nawet potwierdzić Kuerti, który już go wypróbował. W oryginale nazywa się "Risotto al salto", co zostało przetłumaczone niezbyt finezyjnie jako "Ryż odsmażany" (s. 119 rzeczonej księgi). Ja przetłumaczyłabym to raczej jako "Ryżowy omlet" czy coś takiego. Ale do rzeczy.

Składniki: ugotowany ryż (około 1 szklanki), jajko lub dwa (w oryginale jest 1 żółtko, ale ja dałam po prostu 2 całe jajka, których w przeciwieństwie do tradycyjnego omletu nie trzeba ubijać), 1/3 pokrojonej drobno mozarelli, nieco oliwy lub oleju, sól, pieprz, warzywa do przybrania (w oryginale był jeszcze parmezan tarty do posypania)

Składniki mieszamy w misce, oliwę grzejemy na płaskiej patelni (najlepsza jest taka naleśnikowa z teflonem). Na rozgrzany tłuszcz wykładamy masę, lekko ją ugniatając, by uformować placek grubości około 1,5 cm. Smażymy z obu stron na złoty kolor. Dekorujemy znalezionym w lodówce zielskiem.

Kuerti mówi, że w smaku czegoś brakuje. Można popróbować z dodatkiem np. cebuli lub ostrych przypraw. Natomiast w oryginalnej postaci można ten placek spożyć nawet na słodko z dżemem. Zachęcam do własnych modyfikacji i życzę smacznego!

Notka bibliograficzna:
"Wegetariańska kuchnia włoska", Paola Gavin, Wyd. Amber, 2003

wtorek, 10 sierpnia 2010

Szybkie pomidory


Spontaniczna i pożywna sałatka o zadziwiającym smaku.
Składniki: 2 dojrzałe pomidory bez skórki, ser kozi - pół krążka (cabri bon), garść siekanych migdałów, szafran

Smacznego!

ps. na zdjęciu nie widać za bardzo pomidorów - są pod serem ;)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Nie samym rowerem żyje człowiek

Zwłaszcza w taki upał. Okazuje się, że rajdowcy mają czasem bardzo fajne hobby. Dziś znów będzie ZPT, lecz tym razem nie metal tylko nici zagrają główną rolę. (Tak przy okazji - mój nowy blog tylko o rowerze znajdziecie tutaj)

Ostatnio zaskoczył mnie znajomy, Darek z Białegostoku, którego znam z maratonów rowerowych. Darek jeździ w grupie kolarskiej PTR Dojlidy i zajmuje dobre miejsce w Pucharze Maratonów Rowerowych na Orientację. Okazało się, że wolne chwile poza pracą zawodową (układa dachy) poświęca haftowi krzyżykowemu. Tutaj możecie obejrzeć kilka jego prac. Wyhaftowanie jednego obrazka zajmuje mu nawet kilka lat, w przypadku tych największych. Projekty tworzy sam ze zdjęcia, przy pomocy specjalnego programu. Piękną kolekcję portretów Indian Darek zamierza powiesić kiedyś na ścianach własnego domu. Haftować nauczyła go Babcia, a w rodzinie tradycje rękodzielnicze były bogate, bo siostry Babci haftowały ornaty do białostockich kościołów. Jak podkreśla Darek, haftowanie uczy wytrwałości i cierpliwości. Nie trzeba chyba dodawać, że te cechy przydają się podczas długich zawodów rowerowych, zwłaszcza na orientację ;)

Moim nieprzemijającym hobby od wielu lat jest szydełkowanie. Na zdjęciach kilka moich prac, a tutaj w galerii więcej szydełkowych zwierzątek czyli amigurumi. Są to moje własne projekty (poza nr 4). W szydełkowaniu najbardziej lubię to, że pomimo zajmowania się nim prawie od 30 lat, ciągle mogę się nauczyć czegoś nowego ;)


1. Pszczoła (amigurumi, półsłupki)
2. Woreczek (ściegi reliefowe, krzyżowane i inne)
3. Kolczyki (półsłupki)
4. Serwetka (technika brugijska)
5. Pokrowiec na komórkę (technika filetowa)
6. Chustka w kwiaty (pachwork)



7. Chustka z motywem
8. Naszyjnik (technika wykonania jak amigurumi, półsłupki)
9. Szalik (technika filetowa)
10. Serwetka-motyl (technika brugijska)

środa, 7 lipca 2010

Kwiaty z recyklingu


Spędziłam dziś prawie cały dzień ucząc się składać rower od zera. W ramach odreagowania miał być dziś wpis o szydełkowaniu, ale nie zdążyłam zrobić zdjęcia (będzie wkrótce). Na szybko wrzucam więc inny wytwór moich zajęć praktyczno-technicznych, biżuterię kryzysową czyli recyklingową - kolczyki z motywem kwiatowym, wykonane ze świetnego, markowego stopu :) Wtajemniczeni wiedzą, że to lepsze od srebra i złota. W uszach wyglądają jeszcze lepiej niż na fotce.

środa, 30 czerwca 2010

Selle czyli siodło

Nie od dziś wiadomo, że przepustką do długiego dystansu na rowerze są nie tylko mocne nogi, ale i mocny tyłek... albo dobre siodło! Fotka prosto z naszej domowej stajni (może niezbyt artystyczna, ale prawdziwa).

Dziś będzie więc recenzja sprzętowa. Od razu na wstępie uprzedzę, że nie jestem w żaden sposób związana z firmą Selle Italia. A może szkoda, bo dostawałabym siodełka do testów za darmo? Zwolennicy supermarketowych rowerów mogą mnie zlinczować, bo siodełko to kosztuje mniej więcej tyle, co cały najtańszy chiński rower. Ale etap jazdy na Longwayu (zresztą bardzo burzliwy i przygodowy) mam już za sobą w mojej krótkiej kolarskiej karierze ;)

Biorąc pod uwagę komfort, wagę i nieco lansu skusiłam się na model Selle Italia Diva Gel Flow. Siodełka Gel Flow tej renomowanej firmy to cała seria - zarówno męskich, jak i damskich. Damskie różnią się nieco długością (są krótsze) i kształtem wycięcia. Niedługo będę mogła dodać do recenzji uwagi Marcina i Maćka, którzy kupili bardzo podobne męskie siodełka - są w fazie testów.

Pierwsze wrażenie jest korzystne. Pomimo pozornej masywności siodełko jest lekkie (waga 240 g podana przez producenta jest faktyczną wagą produktu), między innymi dzięki lekkiemu vanoxowemu stelażowi. Pokrycie to czarna skóra, wykonanie solidne. Siodełko wcale niechętnie ugina się pod naciskiem ręki. Z tyłu, hm... Różowa wyszywanka w postaci kwiatowego motywu. Ale niech tam, w obliczu błota wszystkie kolory są równe niczym na Sądzie Ostatecznym.

Po oględzinach przyszła pora na montaż (standardowy) i próbną jazdę. Przyznam, że pierwsza jazda nieco mnie rozczarowała. Kształt i miękkość całkiem ok, do życzenia pozostawała nieco „śliskość” siodła. Przy spokojnej jeździe po równym nie odczuwałam problemu, ale wszystkie bardziej wymagające, techniczne odcinki sprawiały, że tyłek nieco „latał” po siodełku. Skóra pokrycia jest gładka i nie ma żadnych elementów antypoślizgowych.

Siodełko zabrałam za sobą na Grassora - jazda przez 24 godziny to miał być prawdziwy test. I tu przyznaję, że test wypadł znakomicie. Przede wszystkim nie poobcierałam się, a to zawsze był mój problem przy dłuższej jeździe. Żeby szanse były równe, jechałam w niezbyt wypasionych spodenkach z Decathlonu. 230 km nie spowodowało żadnego uszczerbku na ciele i duszy. Jechałam na nim również na Bike Orient, gdzie pokonałam około 130 km. Ten test także wypadł satysfakcjonująco, na trudniejszych odcinkach już nie odczuwałam ślizgania (a może nie zwróciłam na nie uwagi w startowym amoku). W sumie - dobre siodełko to takie, o którym się nie myśli.

Podsumowując: lekkie, dość komfortowe damskie siodło, do jazdy raczej w łatwym terenie, za to dobre na dług dystans. Ze swojej strony polecam!

poniedziałek, 31 maja 2010

Podlasie - odcinek 7

Ostatnia część

Wybraliśmy opcję powrotu dla śpiochów - pociągiem z Białej Podlaskiej dopiero o 15. Od stacji dzieliło nas około 40 km, z czego połowę pokonał z nami Paweł, jadąc na kolarce pożyczonej od swojego brata. Podziwiałam go na tych leśnych piachach, bo ja pomimo terenowych opon miałam od czasu do czasu problemy z utrzymaniem równowagi. Na asfalcie zamieniliśmy się na chwilę - jazda na kolarce to jednak fantastyczna sprawa! Po drodze znalazłam starą podkówkę dla małego konia (teraz konie bywają większe).

Z Pawłem rozstaliśmy się w Studziankach. Od tego momentu czuliśmy już, że wyjazd naprawdę się skończył. Dopadł mnie lekki smutek.

W Białej wszystko było zabite dechami. Tylko jedna pizzeria wyłamała się z tego trendu, więc spożyliśmy w niej posiłek, siedząc w ostrym słońcu przy stoliku na dworze. Ja tradycyjnie wybrałam pizzę (była zresztą naprawdę dobra), a Grzesiek świeżonkę, na którą go namówiłam. W pewnym momencie przed barem pojawił się staruszek na drewnianym rowerze. Aż przetarłam oczy ze zdumienia - nawet łańcuch miał drewniany!

Ledwo wyjechaliśmy, a już wracamy. Gdy wsiedliśmy do pociągu, już naprawdę zapanowała atmosfera schyłkowości i towarzyszyła nam aż do Warszawy.

K O N I E C

niedziela, 30 maja 2010

Podlasie - odcinek 6

Przedostatni etap...

Tak zimnego poranka jak tego dnia, to jeszcze nie mieliśmy. Po wyjściu z namiotu ubraliśmy się we wszystko, co mieliśmy, a do jazdy założyłam nawet ciepłe rękawiczki. W miejscowości Ortel zauważyliśmy piękną starą cerkiewkę przerobioną na kościół. Mieliśmy farta - w środku jakieś panie akurat coś układały, więc mogliśmy zwiedzić wnętrze - drewniane i bardzo kameralne.

Jazda bez mapy to zwykle przyjemne zaskoczenia - w Studziankach znaleźliśmy zupełnie przypadkowo stary mizar, różniący się od tego w Kruszynianach brakiem nowych grobów. Może dzięki temu był jeszcze bardziej urokliwy, ostre słoneczne światło docierało stłumione przez korony drzew.

Dalsza droga wiodła częściowo po głębokim piachu, Wisznice były na wyciągnięcie ręki, a tak jakby wciąż się oddalały. W końcu jednak stanęliśmy pod upragnioną zieloną tablicą z nazwą miejscowości. Mniej więcej pamiętałam z mapy, gdzie mieszka Paweł, znaleźliśmy jego ulicę, ale nie mogliśmy znaleźć numeru. Zaraz jednak pomogła nam jakaś młoda dziewczyna - lustrując nas i nasze rowery zapytała, czy szukamy Pawła Pakuły (skąd wiedziała?). Wyciągnęliśmy go spod prysznica, pod który właśnie był wszedł po treningu, i poszliśmy najpierw zapolować na coś do jedzenia.

Naszym łupem padła znaczna liczba jajek i pierogów w największym sklepie Wisznic. Po drodze miałam wrażenie, że Paweł zna tu wszystkich, ponieważ co chwilę z kimś się witał. Podczas gdy poszłam się kąpać po tygodniu mycia tylko w kałużach i bagnach, chłopcy zrobili jajecznicę z 15 jajek, która była naszym marzeniem od jakiegoś czasu. Zjedliśmy też ciasto i poszliśmy na wycieczkę w stronę Horodyszcza.

Po drodze był sklep, w którym praktycznie bez ograniczeń mogliśmy kupić tyle oranżady, ile chcieliśmy! No ale bez przesady, nadmiar przyjemności powoduje, że przestają one aż tak cieszyć, dlatego wzięliśmy tylko 3 butelki na miejscu i 5 do plecaka.

Potem trochę poszwendaliśmy się po bagnach i krzakach, oglądając też grodzisko - ziemny wał na łąkach. Dzięki opowieści Pawła życie przed wiekami stanęło nam przed oczami jak żywe, zobaczyliśmy jak mieszkańcy okolicznych osad chronią się przed najazdami. A że Paweł jest archeologiem, to wie, o czym mówi.

Pod lasem natknęliśmy się na żurawie i degustowaliśmy miejscowe jałowce. W lesie przekicała przed nami kuna. Okolice Wisznic okazały się nie tylko urokliwe i malownicze, ale także dzikie!

Wieczór upłynął nam na spożyciu trzech paczek pysznych pierogów oraz projekcji filmu „Zmruż oczy”, który w moim odczuciu był świetnym podsumowaniem całej wycieczki.

c.d.n.

środa, 26 maja 2010

Który nigdy nie szedł

Krótki przerywnik w relacji z Podlasia - recenzja książki Haruki Murakamiego.

Bardziej jako biegacz niż mól książkowy sięgnęłam po „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, zastanawiając się, co odkrywczego można jeszcze o tym napisać? Treningi, zawody, kontuzje, sprzęt, rozmyślania o sensie biegania i nieodłącznie im towarzyszące rozmyślania o sensie życia (albo odwrotnie) - tematycznie pamiętnik Murakamiego nie odbiega zbyt daleko od schematu, do którego przyzwyczaiła nas bogata biegowa blogosfera. Nie jest to długa opowieść - to zbiór kilku esejów, w sam raz na deszczowy wieczór. Początek określiłabym jako monotonny, mnie ta książka wciągnęła od IV rozdziału, od którego nabiera żywszego tempa, gdy dryfuje w stronę ultra i triatlonu.

Haruki Murakami to raczej biegający pisarz niż piszący biegacz. To moje pierwsze zetknięcie z jego prozą, ale na pewno nie ostatnie. Wcale do biegania nie zachęca i to mi się bardzo podoba. Niech każdy szuka swojej drogi, brzmi jego motto. Bieganie i pisanie - dwie główne pasje autora, tak różne, a zarazem podobne. Wszystko to przesiąknięte wschodnią mentalnością. Akceptacja losu, przemijania, starzenia się, akceptacja porażek, a jednocześnie czerpanie z biegania prawdziwej, żywej radości, życiowej siły.

I choć od autora dzieli mnie morze doświadczenia, wiek, płeć i kilometry, niektóre słowa tych luźnych biegowych notatek trafiają prosto w serce. Oddaję Mu głos:

„Nie jestem człowiekiem. Jestem maszyną. Niczego nie czuję. Po prostu zmierzam naprzód.
Tak sobie myślałem. Tylko o tym myślałem i tylko dzięki temu przetrwałem. Gdybym powiedział sobie, że jestem żyjącą istotą ludzką, człowiekiem z krwi i kości, padłbym z bólu. Z pewnością było wtedy we mnie coś, co było mną. I towarzyszyła temu jakaś samoświadomość. Ale w tamtym momencie rozkazałem sobie, żeby myśleć, że moje ja i towarzysząca mu samoświadomość są tylko wygodnymi formami i niczym więcej. To dziwny sposób myślenia o sobie i bardzo dziwne uczucie, gdy świadomie wypiera się świadomość. Trzeba zmusić się do wcielenia w coś nieorganicznego. Instynktownie zdawałem sobie sprawę, że to jedyny sposób, by przetrwać.”


Jednym słowem - polecam.

wtorek, 25 maja 2010

Podlasie - odcinek 5

Po obfitym śniadaniu (kasza manna kontra parówki) ruszyliśmy na podbój nadbużańskich wiosek. Okolica, jak całe Podlasie, obfituje w drewniane, niskie chaty, z czego część wykupują miastowi i użytkują jako domki letniskowe.

Odkąd przekroczyliśmy Bug, nasza wycieczka zaczęła powoli dobiegać końca. Jednak tereny, które wciąż mieliśmy przed sobą, nie były wcale nudne. Do Janowa Podlaskiego jechaliśmy trzymając się blisko rzeki, mijając wioski o wdzięcznych nazwach jak Gnojno albo Stary Bubel. W Serpelicach spotkaliśmy jednego gościa, który mieszkał zbyt blisko sklepu i na dobre mu to nie wyszło.

Janów zaraził nas atmosferą sennego miasteczka, w którym wszyscy się nudzą, z młodzieżą na czele. Koło przystanku PKS otwarty był jedyny bar. Nie oferował może zbyt wypasionych potraw, ale na nasze potrzeby placki ziemniaczane i pierogi były w sam raz. Do tego prawdziwa oranżada, na którą później polowaliśmy po sklepach. Okazała się limitowanym i ekskluzywnym rarytasem, pomimo ceny poniżej 1 pln (butelka zwrotna).

Ten izotonik dodał Grzesiowi mnóstwo sił, wyrwał do przodu zupełnie jak ja pierwszego dnia po serniku. W ten sposób pierogi i parówki pokonały dziś kaszę manną i placki ziemniaczane w nieformalnym challengu.

Koło Kijowca zaskoczył nas objazd, postanowiliśmy jednak nic sobie z niego nie robić. Ciągle nie mieliśmy lepszej mapy, skazani na samochodówkę nie chcieliśmy dodatkowo nadkładać drogi. Okazją do objazdu okazała się budowa mostu na Krznie. Przejechaliśmy z rowerami kładką dla robotników, udana akcja.

Niestety pogoda, do tej pory wyśmienita, zaczęła nieco się psuć. Zanim dojechaliśmy do szosy Terespol-Warszawa, dopadła nas gwałtowna ulewa. Przycupnęliśmy sobie pod blaszaną budką przystanku i jakiś czas słuchaliśmy bębnienia. Gdy tylko ustało, przecięliśmy krajówkę i za Chotyłowem skryliśmy się w leśnych ostępach. Szliśmy przez las tak długo, aż zatrzymały nas bagienne tereny i rowy z wodą. Tam założyliśmy ostatni biwak, a korzystając z rozpogodzenia, Grzesiek poszedł pobiegać.

c.d.n.

poniedziałek, 24 maja 2010

Podlasie - odcinek 4

Ani się obejrzeliśmy, a za nami zostały puszczańskie ostępy. Rano wyjechaliśmy z lasu, przed nami była Wojnówka i kilka innych urokliwych wiosek, mozaika pół, łąk i niedużych, gospodarczych sośniaków. Na ławeczkach przed domami grzali się w słońcu starcy i babinki, w zasadzie młodych ludzi widać było jak na lekarstwo. W niedługim czasie dotarliśmy do Czeremchy, gdzie obkupiliśmy się w największym sklepie. Żonglując jabłkami i kefirami udaliśmy się do lasu w celu spożycia.

Naszym pośrednim celem było Adamowo, w którym Marcin pracował tego dnia na powierzchni leśnej. Niestety po opuszczeniu puszcz opuściliśmy też teren objęty przez mapy turystyczne i musieliśmy posługiwać się samochodówką. To spowodowało, że pojechaliśmy zupełnie nie tam gdzie trzeba i nadłożyliśmy z 15 km. Ale Marcina w końcu przydybaliśmy w lesie. Był trochę zajęty, więc umówiliśmy się w Mielniku, gdzie każdy dotarł swoim transportem. Chwilę pogawędziliśmy pod sklepem, a potem ruszyliśmy dalej - w stronę najbliższego mostu na Bugu, czyli mostu kolejowego koło Siemiatycz.

Nieopodal mostu nabraliśmy wodę u jednego kolarza szosowego, jak się okazało. Zaprezentował nam swoje dwie kolarki, bardzo ładne, wraz ze zdobycznymi bidonami. Most kolejowy przekroczyliśmy bez problemu po specjalnych deskach dla pieszych. Za mostem nastąpiła nasza jedyna awaria roweru w trakcie całego wyjazdu. Grześkowi spadł łańcuch i zakleszczył się pomiędzy kasetą i szprychami. Dobrą chwilę mocowaliśmy się z żelastwem.

Zanim znaleźliśmy miejsce na nocleg nad Bugiem, nasze liczniki pokazały 100 km. Był to nasz rekordowy dystans i do tego momentu tendencja była wzrostowa.

Na noc zatrzymaliśmy się koło starych ośrodków wypoczynkowych, takich z dykty. Plusem były metalowe schodki, po których bez przeszkód mogliśmy zbiegać ze skarpy nad wodę. Wystrugałam dwie łódki z kory - zawsze problem, żeby znaleźć dobry kawałek. Przyznaję, że nieminimalistyczny scyzoryk Grzesia jest lepszy do tego celu niż mój - minimalistyczny.

Nocą w Bugu harcowały jakieś wielkie potwory, a my słodko spaliśmy po dobrym jedzeniu i tych wszystkich kilometrach.

c.d.n.

niedziela, 23 maja 2010

Podlasie - odcinek 3

Gdy wyjrzałam z naszej wieży o świcie zobaczyłam mgły nad zalewem i wschodzące słońce. Czym prędzej udałam się na dół z aparatem. Oczywiście potem jeszcze pospałam, nie jestem jakimś zwariowanym fotografem!

Dziś czekał nas ciekawy przejazd przez Puszczę Białowieską. Do Babiej Góry pojechaliśmy naokoło, przez zalane wodą lasy. Tam nabraliśmy wodę w gospodarstwie i zagłębiliśmy się w świat puszczańskich ścieżek i przyrody. Zauważyłam, że po dwóch dniach coraz lepiej pokonuję z sakwami różne trudności na drodze, jak błoto. Trochę się pogubiliśmy na początku, ale w końcu udało nam się wbić na starą wąskotorówkę, którą dotarliśmy aż na Kosy Most. To miejsce, w którym 13 lat temu razem z Marcinem zbieraliśmy materiały do jego magisterki. Tym razem pojedliśmy trochę batonów i ruszyliśmy dalej, do Białowieży, bez większych przygód, raczej monotonnie kręcąc po szutrówkach.

Białowieżę objechaliśmy prawie całą w poszukiwaniu ciekawych lokali gastronomicznych, których nie było. Skończyło się na zapiekance i tortilli w barze na świeżym powietrzu (a więc przyjaznym rowerzystom). Ale co to była za zapiekanka! Nie żaden gniot z mrożonki. To była najlepsza zapiekanka, jaką jadłam w życiu, serio! Były na niej wielkie kawałki pieczarek, kukurydza, pomidor, świeży ogórek i kapusta pekińska!

Po tym posiłku z wolna potoczyliśmy się w stronę Miejsca Mocy, w którym naszą intuicję i wrażliwość spotęgowaliśmy wypijając na spółkę egzotyczne, litewskie piwo pszeniczne.

Tocząc się nadal niezbyt szybko przez wieczorne lasy dotarliśmy do Topiła, gdzie nabraliśmy wody i zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na nocleg. Niestety po drodze nie było żadnych żubrów w zasięgu wzroku.

Koło miejscowości Krugłe (zwane też Krągłym) znaleźliśmy miły zakątek pomiędzy młodnikami, na zielonej trawie. Grzesiek postanowił jeszcze wyjść na wieczorne bieganie i na szczęście nie zgubił się w lesie. Jakoś ciągnie nas chyba do spania na bagienkach, a może tu nie ma innych terenów? Wieczorem graliśmy w „państwa-miasta”, była też kategoria  coś rajdowego”. Coś rajdowego na E?

c.d.n.

piątek, 21 maja 2010

Podlasie - odcinek 2

Po zimnej nocy na szczęście obudziło nas słońce. Po drodze do Krynek zaczęliśmy kręcić jakieś śmieszne filmiki. W miasteczku posiedzieliśmy trochę na głównym placyku jedząc różne frykasy, takie jak kefir i wzbudzając zaciekawienie miejscowych. Dobrze zapamiętałam, że do Krynek jedzie się pod górę (i to z każdej strony). Do Kruszynian dojechaliśmy za to szybko, bo w dół. Koło meczetu spotkaliśmy przewodnika, który właśnie grabił liście. Oprowadził nas, wyczerpująco opowiadając nie tylko to, co miał w środku nagrane, ale też odpowiadając na wiele moich pytań. Potem ulegliśmy krótkiej refleksji nad przemijaniem na miejscowym mizarze (cmentarzu) i własnemu łakomstwu w tatarskiej knajpie, dość drogiej, choć faktycznie ciekawej. Tu miała miejsce straszna przygoda - klapka od aparatu wpadła Grześkowi pomiędzy greting tarasu i musieliśmy ją wyłowić przy pomocy wielkanocnych bazi! Dodatkowo obśliniły nam nasze rowerowe łydki dwa sympatyczne szczeniaki bokserów.

Co jedliśmy? Grześ degustował pieriekaczewnik (z akcentem na 3 sylabę od końca), czyli mięso pozawijane w taki jakby naleśnik. Ja dostałam porcję pierogów z ziemniakami, jajkiem na twardo, pietruszką i cebulą. Dobre to było, tylko mało, jak na kolarski standard.

Nieco posileni udaliśmy się drogą niekoniecznie najkrótszą, ale jak się później okazało - bardzo ciekawą, wzdłuż Świsłoczy. Wielkie otwarte przestrzenie, przypominające stepy i małe wioseczki zachwyciły Grzesia. Przed nami na niebie widać było burzowy armagedon - czarne chmury i zacieki deszczu! Jechaliśmy wprost w paszczę potwora. Od czasu do czasu coś kropiło, a my chowaliśmy się, a to pod świerki, a to pod okap drewnianej chaty. Pośród takiej zabawy w ciuciubabkę z deszczem upływały nam kolejne kilometry, aż dotarliśmy nad Podlaskie morze - Jezioro Siemianówka!

Pod okapem groźnych chmur wyglądało fantastycznie. W oddali szybowały różne ptaki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, czy uda nam się dostać na drugą stronę na skróty - po nasypie kolejowym. Okazało się, że koło torów jest wygodna droga, która bliżej mostu przechodzi w urwistą perć. Odcinek czystej adrenaliny!

Za mostem uzupełniliśmy nasze zapasy o piwo na wieczór. Już bardzo blisko czekał na nas wybrany biwak - wieża widokowa nad samą wodą. W okolicy kręcili się wędkarze, których od czasu do czasu goniła policja. Wypakowaliśmy dobytek i przenieśliśmy się na górny podest wieży. Tam postawiliśmy namiot, żeby w nocy było cieplej i poszliśmy się myć. Grześ wybrał staw przy przepompowni, na którym unosiła się piana niewiadomego pochodzenia. Ja wybrałam jezioro, w którym pływała zdechła ryba. Wokół za to unosił się zapach nektaru kwitnących wierzb, darły dziób żurawie i latały czaple.

Wieczorem na dole odbyła się kameralna imprezka miejscowych metalowców, podczas której siedzieliśmy sobie na wieży i sączyliśmy własne napoje.

c.d.n.

czwartek, 20 maja 2010

Podlasie - odcinek 1

Pierwsza część relacji z wyjazdu rowerowego na Podlasie w kwietniu tego roku.

Naszą wycieczkę przez Podlasie zaczęliśmy w Czarnej Białostockiej, w kwietniowy poranek. Podróż mieliśmy komfortową - cały wagon rowerowy tylko dla siebie. Tuż przed docelową stacją zaczęła mnie ogarniać senność, bo wstaliśmy bardzo wcześnie.
W Czarnej powitało nas ostre słońce. Nagle spojrzałam na Grzesia i powiedziałam „Nie ruszaj się!" (wyobraźcie sobie jego minę!). Bo na ramieniu siedziała mu kózka, czyli taki leśny żuczek z przepięknymi czułkami, tak długimi, że nie zmieściłby się na dłoni (nie udało się również uchwycić go w całości na zdjęciu). Kózka trochę popiszczała, poskrzypiała i przeniosła się na nasz bagaż, na którym na gapę próbowała pojechać z nami do lasu.

Dość szybko opuściliśmy miasteczko, kupując jedynie nieco kalorii w przydrożnym sklepie. Grzesiek był rozczarowany ubogim asortymentem, ale uświadomiłam mu, że to jest właśnie wschód i żeby specjalnie nie liczył na jakieś rarytasy (rarytasy były, ale o tym potem).

Jechaliśmy sobie przez las, ucząc się balansować na obciążonych rowerach, ale drogi nie były złe. Pierwszym turystycznym przystankiem było arboretum w Kopnej Górze, które polecił nam Marcin. Jednak o tej porze roku, gdy liście dopiero nieśmiało wychylają się z pąków, nie robiło zbyt wielkiego wrażenia. W poszukiwaniu ciekawych doznań i urokliwych miejsc objechaliśmy je wzdłuż i wszerz, pokonując wiele wzniesień, w sumie treningowo.

Nieco rozczarowani ruszyliśmy asfaltem do Supraśla, gdzie Grześ liczył na paszę w legendarnej „Jarzębince". Zamknięte w poniedziałki! Co za porażka! Na pocieszenie w innej restauracji zamówiliśmy pyszny sernik i herbatę w eleganckich filiżankach. W łazience odkryłam, że już po pół dnia na rowerze mam kompletnie czarne ręce, nie wiedzieć od czego.

Sernik okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Tempo wyraźnie wzrosło i przez małe wioski prułam jak burza. Trafiliśmy na strasznie zapiaszczony Trakt Napoleoński, ten piach musiał sponiewierać słynną armię. 7 km przed Krynkami, które miały być celem tego dnia, znaleźliśmy fantastyczne miejsce, by się rozbić. Podmokłe bagienko, otoczone lasami, z jeleniem czyli akcentem przyrodniczym, ale też z wiatą i stolikami, a więc z akcentem cywilizacji. Nie mieliśmy wody, więc gotowaliśmy tę z bagienka. Nie powiem, co tam pływało. Spożyliśmy całkiem niezłe rzeczy - płatki gryczane z mozarellą i poprzekomarzaliśmy się, kto więcej marudził na trasie.

Grześ poszedł spać pod wiatą, by testować śpiwór. Ja rozbiłam namiot na nieco uginającym się gruncie. Z oddali dochodził klangor żurawi, a kumkanie rozochoconych żab tuż zza ścian namiotu. W końcu mają te swoje gody, nie?

c.d.n.

sobota, 24 kwietnia 2010

Lżej, szybciej, dalej

„Gdy w gronie ekspertów omawia się, co trzeba zabrać w drogę, toczą się gorące spory, bo idzie tu o odwieczny dylemat pomiędzy przydatnością bagażu a jego wagą. Decydującą rolę odgrywa zazwyczaj osobista zdolność do dźwigania i umiejętność przetrwania ze skąpym wyposażeniem we wszelkich możliwych sytuacjach. (…) Wygody postoju piechur zawsze przypłaca niewygodami marszu”.
Hans-Otto Meissner „Sztuka życia i przetrwania”, 1982

Każdy wyjazd, dłuższy czy krótszy, to wielkie pakowanie. Pakowanie obarczone dylematami, co zabrać, co tak naprawdę okaże się konieczne? Chyba każdemu z nas zdarzyło się po powrocie z wyjazdu znaleźć w plecaku przedmioty, których nie użył. Czasem nawet niezjedzone jedzenie, cóż za marnotrawstwo – sił oczywiście! Jedyny wyjątek to apteczka – najlepiej jak wraca do domu w nienaruszonym stanie – tu możemy nie mieć wyrzutów sumienia.

Pomimo wielu przemyśleń na temat pakowania, stosowania wagi, zawsze mam wrażenie że zabrałam za dużo. Mam swoje małe grzeszki w dziedzinie pakowania. Z wielką zazdrością patrzę później na spotkanych na szlaku prawdziwych „fastpackerów”, z plecakami dwa razy lżejszymi niż mój! Sprzymierzeńcami-motywatorami w walce o lekkość są też małe plecaki oraz lotnicze limity wagowe.

Co to takiego – fastpacking?

Fastpacking to filozofia, która może być przydatna nie tylko dla biegaczy ultra albo rajdowych zawodników pokonujących wielkie dystanse z małymi plecaczkami i absolutnym minimum sprzętu. Fastpacking to nic innego jak minimalizm w pakowaniu i sztuka znalezienia kompromisu pomiędzy komfortem, który chcemy sobie zapewnić, a wagą noszonego plecaka. Skrajnością jest podejście survivalowe, przetrwanie w terenie z przysłowiowym nożem i zapałkami. Ten tekst nie będzie jednak o tym, ale o próbie znalezienia własnego złotego środka.
Nie ma jednej gotowej recepty, jak się spakować, bo wszystko zależy od tego dokąd jedziemy, w jakiej porze roku, w jakiej formule, na jak długo, samotnie czy w grupie, jakich środków transportu używamy. Umiejętność spakowania tego, co niezbędne najbardziej przyda się piechurom i rowerzystom.
Są też sytuacje, które fastpackingowi nie służą: zimny klimat, dzikie miejsca, oddalenie od cywilizacji, samotne podróżowanie, podejmowanie specjalistycznych aktywności wymagających dodatkowego sprzętu (profesjonalna fotografia, wspinaczka, łowiectwo, obserwacje przyrodnicze itd.). Znajomość terenu, rozmowy z osobami, które już tam były, czytanie relacji - pomagają spakować się lepiej, czyli oszczędniej.

Każda rzecz waży

Jest jednak kilka zasad, którymi fastpacking można podsumować. Przede wszystkim przekonanie, że KAŻDA rzecz waży, w tym sam plecak i rozmaite pokrowce. Szukanie lżejszych, a równie dobrych zamienników posiadanego sprzętu. Odchudzanie sprzętu (usuwanie zbędnych elementów). Stosowanie wielofunkcyjnych rozwiązań (dobrym przykładem jest buff). Naszym najlepszym przyjacielem powinna na kilka godzina stać się elektroniczna waga (wystarczy zwykła, kuchenna, do 2-3 kg, dokładność to zwykle 2 g). Dobra metoda to zważyć posiadany sprzęt raz i zrobić listę do ponownego użytku.

Nie dla pesymistów

Fastpacking zakłada pewien optymizm, który nie oznacza rezygnacji z rozsądku. Nie rezygnujemy na przykład z apteczki, jednak zabieramy taką ilość odpowiednio dobranych leków, by w najczęściej spotykanych wypadkach móc sobie poradzić. Optymizm przejawia się w tym, że rezygnujemy z zabezpieczania się od nietypowych, bardzo rzadkich sytuacji, albo stosujemy w nich rozwiązania awaryjne.

Trochę konkretów

Zawartość plecaka możemy podzielić na kilka kategorii: plecak, biwak, gotowanie, żywność, ubrania, kosmetyczka, apteczka, mapy i przewodniki, sprzęt nietypowy i „przydasie”. W każdej kategorii możemy uszczknąć co najmniej parę gramów.

Plecak. Ostatnio wymieniłam plecak na lżejszy. Sporo się naszukałam, dużo przymierzała, opłaciło się. Mój plecak 70 l waży 1900 g. To dużo czy mało? Standardowo plecaki o tym litrażu ważą około 2,5 kg, jestem zadowolona. Poza tym jest bardzo wygodny. Mogłabym jeszcze wyciągnąć z niego rzadko używane sznurki i skrócić paski.

Biwak. Namiot czy płachta biwakowa? A może spanie w szałasach i awaryjne NRC? A jeśli namiot – to czy możemy nasz namiot jakoś „odchudzić?” Niektórzy producenci oferują wymianę stelaża na aluminiowy, lżejszy niż z włókna szklanego. Można kupić komplet lekkich szpilek i wymienić odciągi na kawałki cienkiego repa. Niektóre pokrowce namiotów mają dodatkowe kieszonki lub paski, które nie są niezbędne i można je po prostu odciąć. Karimata czy mata samopompująca? A może po prostu zwykłą alumata? To kwestia komfortu i ciepła. Mata samopompująca jest bardzo wygodna, nieźle izoluje, ale waży około 1 kg. Dobra karimata to ok. 0,5, kg, alumata połowę mniej. Zwykle wybieram opcję złotego środka czyli karimatę. Śpiwory to osobny temat.

Gotowanie. Jeśli chodzi o samą kuchenkę czyli palnik, to niewiele możemy zaoszczędzić – jedynie na etapie zakupu możemy wybrać najlżejszy model. Może być on mniej stabilny i mniej wygodny w użyciu niż cięższy, z dłuższymi ramionami. Zabierając gaz warto mieć pewien zapas, jednak nie przesadny – tu przydaje się umiejętność oceny, jak szybko nam schodzi gaz (latem, zimą). Inne opcje to kuchenka benzynowa (cięższa niż palnik gazowy, ale niezastąpiona w podróży lotniczej), gotowanie na ognisku (jeśli jest opał), jedzenie w schroniskach lub barach. Do zestawy kuchennego wchodzą ponadto menażki, kubek, łyżka, nóż. Widelec zawsze uważałam za zbędny, praktycznie wszystko można zjeść łyżką. Łyżka stalowa to około 36 g, podobnej wielkości łyżka z tytanu lub aluminium to 20 g, a więc prawie o połowę mniej! (Jeśli kogoś zaskakuje mój entuzjazm przy oszczędzeniu tych 16 g to proponuję przejść do działu: kosmetyczka) Kubka nie zabieram, piję z menażki. Odkąd stałam się szczęśliwą posiadaczką tytanowych menażek, nie mam dylematu co do wagi. Ważą tyle, co aluminiowe, około połowy tego, co stalowe. Niestety słono kosztują i to ich główna wada. Kupując menażki wybierałabym jak najlżejsze i bez przymocowanych na stałe rączek. Nóż - są zwolennicy ciężkich myśliwskich finek. Moja stara finka waży 222 g! Aż trudno mi w to uwierzyć, że kiedyś była moim stałym towarzyszem wędrówek! Wypasiony scyzoryk z wieloma funkcjami i w miarę sporym ostrzem to 100 g. Mały „rajdowy” scyzoryk waży tylko 46 g.

Żywność. Podobnie jak śpiwór czy ubrania to temat na osobny artykuł. Dobrą metodą, którą stosuję od jakiegoś czasu, jest paczkowanie jedzenia na dzienne porcje – śniadaniowe i obiadowe, plus przekąska w środku dnia. Łatwo wtedy zajrzeć do worka z jedzeniem i policzyć, na ile dni nam zostało. Od herbat odcinam zbędne sznurki i papierki. Zabieram dobrej jakości herbaty. Stosuję jako szczelne opakowania np. lekkie plastikowe pojemniczki na mocz, które można kupić w aptece oraz torebki strunowe. Unikam zabierania „pustych kalorii” takich jak zupki w proszku. Wolę zabrać więcej płatków owsianych, kaszy.

Ubrania. To moja pięta achillesowa. Pomimo tego, że swego czasu zważyłam wszystkie wyjazdowe koszulki, polarki i skarpetki, pakowanie ubrań zawsze spędza mi sen z oczu. Staram się brać ubrania nadające się jako cebulka, w których da się chodzić i spać. Uwielbiam wielofunkcyjnego buffa (kiedyś robił nawet za siatkę na jabłka i jako cumka do kajaka). Polecam ważenie ubrań – można się nieźle zdziwić. Trójwarstwowy goretex to około 700 g. Packlite, świetny latem – połowa tego!

Kosmetyczka
- mój konik, jeśli chodzi o odchudzanie sprzętu. Poniżej lista oszczędności:
• papier toaletowy – usuwam zbędną tekturkę ze środka, stanowi ona wagową równowartość 1,5 m papieru – 5 g oszczędności.
• pasta do zębów – zamiast tradycyjnej tuby 75 ml (waga z tubą 100 g) stosuję malutką skoncentrowaną Ajonę (do kupienia w aptece) – ok. 8 g z opakowaniem – 92 g oszczędności
• zamiast dezodorantu (waga ok. 150 g) używam odciętego kawałka dezodorantu w sztyfcie w torebce strunowej – około 15 g – 135 g oszczędności
• mydło – zabieram tylko tyle, ile naprawdę potrzeba, zwykle około 30 g
mały grzebień 10 g
• szczoteczka do zębów – moja ma 22 g, ale miałam kiedyś taką, która ważyła 16 g, możne oczywiście obciąć jej kawałek rączki, to już chyba tradycyjny przykład odchudzania plecaka
• ręcznik mam leciutki, tylko 90 g, ale jeszcze mniej waży pielucha z tetry – 50 g (zanim kupiłam ten ręcznik zwykle na wyjazdy zabierałam tetrę)
• krem – tubka 25 ml wystarcza zwykle na miesiąc (w wyższe góry większa tubka z mocnym filtrem)
• sama lekka kosmetyczka waży aż 70 g! zamiast niej polecam torebkę strunową – około 5 g
Można zmieścić się w około 200 g (nie licząc papieru toaletowego).

Mapy i przewodniki.
Od map śmiało odcinam zbędne okładki. Czasem nawet odcinam niepotrzebne fragmenty. Zamiast mapnika biorę torebki strunowe. Z grubych przewodników zdarza mi się wycinać niepotrzebne kartki, okładkę. Ostatnio coraz częściej nie biorę notesu tylko złożoną kartkę papieru.

Reszta sprzętu. Telefon, aparat, czołówka, okulary, baterie, kijki teleskopowe, podstawowy zestaw naprawczy i inne „przydasię”. Praktycznie każda z tych rzeczy może być lżejsza lub cięższa.

Ciekawa jestem Waszych opinii i patentów. Uważajcie, to wciąga!

piątek, 9 kwietnia 2010

Dodo, wodniczka i gamonie

Pamiętacie ptaka dodo? Nie chodzi o żadnego bohatera kreskówki, tylko o dużego nielota, który w dawnych, cudownych czasach mieszkał sobie na Mauritiusie. W XVII wieku dodo podzielił los naszego europejskiego tura - pozostało po nim tylko kilka szkieletów i opowieści. A co to ma wspólnego z wodniczką i co to w ogóle takiego - wodniczka?

Pierwsze skojarzenie być może prowadzi Was w stronę pierwotniaków i ich wodniczek tętniących, trawiących i robiących inne dobre rzeczy. Chodziło mi jednak o coś innego. Bo wodniczka to także mały ptaszek, który żyje sobie na torfowiskach. Nieliczny i coraz rzadszy, w miarę jak kurczy się teren, na którym może sobie mieszkać w spokoju. Za jakiś czas po wodniczce może zostać tylko szkielecik, a w spisie gatunków będziemy koło jej nazwy stawiać krzyżyk.

Dlaczego piszę o wodniczce akurat dziś?

Wczoraj po długich bojach przy wsparciu dzielnego kalkulatora udało mi się rozliczyć nareszcie PIT-y. Na sam dźwięk tego słowa wielu z Was na pewno cierpnie skóra i nie chcecie czytać dalej. Bo dalej będzie trochę strasznie. Ale też trochę optymistycznie. Niestety, wiosna to kwiecień, kwiecień to podatki, podatki to PIT-y, a skoro PIT-y, to kataklizm w urzędach i na poczcie, niczym najazd mrówek faraona. Jedyny pozytywny aspekt rozliczania PIT-a, poza tym, że robimy to wiosną, to zabranie sprzed nosa fiskusowi 1% swoich podatków. Rok temu dziesiąt złotych, które wypadły nam w odpowiedniej rubryczce, przekazaliśmy z Sahibem właśnie na wykupienie gruntów pod rezerwaty wodniczki nad Biebrzą.

Viva la wiosna! Viva la wodniczka!

Jakie było moje zdziwienie, gdy po przeprowadzeniu spontanicznej ankiety wśród znajomych odkryłam, że wielu z nich rezygnuje z tego, żeby jednym kiwnięciem palca przekazać te parę złotych na wybraną OPP, czyli Organizację Pożytku Publicznego. Jeśli ktoś mówi, że „nie ma na to czasu" to uważam go za zwykłego lenia, barana i gamonia. Albo naiwniaka, który myśli, że państwo lepiej spożytkuje te pieniądze i żyć będziemy w kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie będziemy!

Żeby wytrącić leniom ostatni argument z ręki, od bodajże dwóch lat wspaniali pitspece ułatwili nam zadnie. Nie musimy robić żadnych przelewów, bo wystarczy tylko wypełnić dwie, słownie: dwie, rubryczki - w jednej wpisujemy nazwę, w drugiej numer KRS wybranej organizacji. Zajmuje to łącznie tyle, co policzenie do dziesięciu, nawet jeśli nazwa jest długa. Całą resztę, czyli przelew, robi za nas urząd! I żeby było jasne - to są pieniądze, którymi możemy dysponować tylko na dwa sposoby: OPP lub fiskus. To nie są pieniądze, które możemy w inny sposób odzyskać.

Czy agituję za ptakami? Nie.

Niech każdy sobie znajdzie, co mu w duszy gra - macie do wyboru prawie 8 tysięcy organizacji, którym możecie przekazać swoje pieniądze. Możecie ulec reklamom, w końcu banery na temat 1% atakują nas już od początku roku. Albo możecie poszukać sobie czegoś, co Wam najbardziej pasuje ideologicznie, listę znajdziecie tutaj.

Macie do wyboru niepełnosprawnych, chore dzieci, strażaków, górników, abstynentów, artystów, piłkarzy, karateków, wędkarzy, foki, ptaki, bezdomne psy i inne zwierzęta. Jak ktoś jest bardzo leniwy, to niech wyjrzy za okno, czy gdzieś tam jakiś baner nie wisi w zasięgu wzroku. Lepsze to niż nic.

Dla wielu organizacji ten 1% to być albo nie być. A jeśli z tej możliwości nie korzystamy, to tak, jakby w domu kapało nam z cieknącego kranu w bezdenną, nienasyconą paszczę fiskusa. Kap, kap, kap...

Czego Wam nie życzę, amen.

ps. Memento na fotce - drewniana figurka dodo, została przywieziona z Madagaskaru przez znajomych, Basię i Michała - leśników i ornitologów.

środa, 31 marca 2010

Piernik marchewkowy przebrany za mazurka

Witam nowych Czytelników! I starych również ;) Ostatnio niewiele pisałam, bo zajmowałam się minimalizmem i innymi sprawami. Dziś mam dla Was bardzo przyjemny przepis, który może się przydać na święta albo tak po prostu. Jego zaletą jest szybkie, choć nie jednominutowe, wykonanie oraz powszechna dostępność składników. Piernik marchewkowy można ozdobić w ten sposób, że na świątecznym stole z powodzeniem będzie udawał mazurka. Życzę kulinarnych sukcesów!

Potrzebne będą: 4 jajka, 1 szklanka cukru (lub więcej, jeśli ktoś lubi), 3/4 szklanki oleju, 4 średnie marchewki, 2 szklanki mąki (używam razowej), 2 łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczka cukru waniliowego, 2 łyżki kakao (lub więcej, jeśli ktoś lubi), przyprawa piernikowa (w ilości najbardziej odpowiedniej czyli dużo), jabłko (lub bakalie) do ozdoby.

Miksujemy całe jajka z cukrem, następnie dolewamy olej (leję prosto z butelki, na oko). Dodajemy mąkę i kakao oraz przyprawy. Na koniec już ręcznie łyżką trzeba wymieszać tę masę ze startymi na grubej tarce marchewkami. Na wierzchu można ułożyć cienko pokrojone jabłko (jak na zdjęciu) albo jakieś fikuśne scenki z bakalii. Piec w 180°C przez ok. 40-45 min., sprawdzając patyczkiem, czy już się upiekł.

środa, 3 lutego 2010

Śnieżna pantera

Są książki, które się połyka, są i takie, które czyta się powoli, delektując się każdym słowem, książki napisane specjalnie na długie zimowe wieczory. Bo czasem po prostu nie warto się spieszyć. „Śnieżna pantera" to taka właśnie zimowa opowieść, nie tylko z powodu tytułowego śniegu. Akcja toczy się powolnym rytmem, który początkowo niezbyt wciąga (robiłam podejście do tej lektury aż trzy razy), jednak z czasem można go poczuć i polubić.

Jest rok 1973. Peter Matthiesssen wyrusza wraz z biologiem Georgem Schallerem do Krainy Dolpo na Płaskowyżu Tybetańskim. Ich celem jest badanie behawioru błękitnych owiec. Sama podróż okazuje się długa i przygodowa - brakuje tragarzy, a na wysokich przełęczach Himalajów zalega jesienny śnieg. Pomimo trudności docierają pod Kryształową Górę, do klasztory Shey i rozpoczynają pracę. Dni, które przeważnie spędzają osobno, wypełnia im nie tylko obserwacja nachurów, ale i proste życie, takie jakie staje się udziałem każdego podróżnika skazanego na samowystarczalność. Dbanie o namiot, gotowanie jedzenia, troszczenie się o najprostsze potrzeby.

Jednocześnie autor, adept zen, prowadzi nas krok za krokiem ścieżkami swoich medytacji i rozmyślań, bo dla niego ta podróż jest nie tylko podróżą w czasie i przestrzeni. Sięgając coraz głębiej w swoje wnętrze, opisuje bardzo intymne, osobiste odczucia, także stany które osiąga medytując w niesamowitej scenerii wysokich gór. Wokół opustoszałego klasztoru krążą drapieżne ptaki i wilki, jednak prawdziwym marzeniem obu badaczy jest spotkanie śnieżnej pantery - kota wyjątkowo rzadkiego, skrytego i płochliwego, którego ślady znajdują na każdym kroku. Śnieżna pantera staje się symbolem tego wszystkiego, co nieuchwytne - oświecenia, poznania prawdy. Nie zdradzę zakończenia i czy ich marzenie się spełniło.

„Sekret gór polega na tym, że one po prostu istnieją, tak jak i ja: ale góry istnieją po prostu i koniec, a ja nie. Góry nie mają żadnego ukrytego 'znaczenia', one same są znaczeniem; one są. Słońce jest okrągłe. Rozbrzmiewam życiem i góry też rozbrzmiewają, a gdy je słyszę, rozbrzmiewamy razem. Rozumiem to, nie umysłem, lecz sercem, wiedząc jak daremne są próby uchwycenia czegoś, czego nie sposób wyrazić, oraz wiedząc, że kiedy będę to w przyszłości czytać, pozostaną tylko słowa."

Polecam gorąco tę lekturę. Dziś rano znalazłam piękną galerię, a w niej kilka zdjęć z Shey.

środa, 27 stycznia 2010

Petro Travelerem NG?

Kategoria "Wyczyn Roku" w konkursie National Geographic Travelery 2009. Nominowani: KINGA BARANOWSKA, za zdobycie trzeciego szczytu świata - Kanczendzongi (8598 m n.p.m.). NATASZA CABAN - nominacja za samotny rejs dookoła świata. LESZEK CZARNECKI - za pobicie rekordu świata w długości nurkowania jaskiniowego. Po co o tym piszę? Bo została nam jeszcze jedna nominacja. I to jaka!
PIOTR KŁOSOWICZ - nominowany za zdobycie pięciu najwyższych szczytów andyjskich podczas rowerowej wyprawy przez Amerykę Południową.

Tak, tak! Nasz Petro staje w szranki z takimi znanymi personami jak Kinga Baranowska i Leszek Czarnecki w walce o to prestiżowe wyróżnienie. Nie chcę wartościować poszczególnych wyczynów, z pewnością każdy z nich to wielki wysiłek, ale... No, kurde! Przecież nie z każdym żeśmy wspólnie rajdowali, nie każdego poznaliśmy podczas zawodów, a Piotrka tak! To nasz człowiek! W dodatku jego wyprawa łączy to wszystko, co kochamy w rajdach - wielki wysiłek, wyzwanie i przełamywanie samego siebie. Piotrek pokazał, że nawet mając wielkie, z pozoru nierealne marzenie, jeśli naprawdę mocno tego pragniemy, to jesteśmy w stanie je zrealizować.

Cytując Piotrka:

„Wbrew pozorom to proste, najpierw trzeba mieć marzenie, potem zacząć myśleć o nim jako o czymś realnym, aż wreszcie przejść do realizacji. Kluczowe jest to mentalne przejście od marzenia do realizacji - resztę przeszkód jakoś da się zwykle pokonać."

Głosujmy więc na Piotrka i zacznijmy myśleć o tych naszych marzeniach, małych i dużych, jak o czymś realnym i przejdźmy wreszcie do ich realizacji!

Więcej informacji o Travelerach w tym miejscu .

Link do bardzo fajnego filmu i zdjęć z wyprawy: tutaj


PS. To byłem ja, Kuerti, Ula przejęła władzę na PK4 to musiałem znaleźć sobie nową przystań ;) .

niedziela, 24 stycznia 2010

Dobrze, gdzie nas nie ma...

Gęsta chmura pary wodnej przesłania skonfudowanego kierowcę czerwonego opla. Inni, stojąc w korku, z niepokojem spoglądają to na termometry, to na wskaźniki temperatury silnika, zastanawiając się, jak długo jeszcze wytrzymają chłodnice. Korek, jak każdy korek, wydaje się nie mieć końca. Kto nie ma klimy, przypieka się w aucie jak kurczak na rożnie. Rtęć kolejny już dzień sięga +36°C, a w asfalcie zostają ślady butów.
Biegnę sobie, wolna od klimy i chłodnic, rozgrzanym chodnikiem, powietrze drga nad ulicą jak nad pustynią. Koniki polne ledwo dają radę odbić się ze źdźbła na źdźbło. Nad bocznymi uliczkami unosi się kurz. Na niebie ani jednej chmurki. Pali słońce, złe, śródziemnomorskie, zwrotnikowe słońce, które do nas zawitało. Trawa utraciła całą wiosenną sprężystość, żółta i sucha łamie się przy najlżejszym ruchu. Myślę sobie, że w lesie musi być lepiej, pot spływa po czole, zalewa oczy, koszulka lepi się do pleców. Ale w lesie powietrze stoi, wcale nie jest chłodniej. Śmieją się ze mnie sroki, a może już dopadły mnie omamy? Przed oczami, obok mroczków, pojawiają się wizje jakiś lochów albo jaskiń, w których można by nieco zmarznąć, dostać gęsiej skórki, posiedzieć na kamieniu. Ukochane ruiny w Czersku? A może jakieś miasteczko o grubych, naprawdę grubych murach? Z niepokojem sięgam po buteleczkę z wodą - ostatni łyk! Wskoczyłabym do jakiejś rzeki, wypiłabym całe wiadro, a tu tylko piach i piach, wyschnięty, przedeptany. Muchy leniwie podnoszą się z ziemi i zaczynają krążyć nad głową... Byle do zimy! Do zimy!

piątek, 15 stycznia 2010

Miasto Artystów

Był 7 stycznia. Świat, jak zawsze o tej porze, oczekiwał cudownego samonaprawienia. Bernard Helios wyjrzał w ciemność przez okno pociągu, który wolniutko wtaczał się na dworzec. Duże, mokre płatki lepiącego się śniegu ciężko opadały na perony i czekających ludzi. Przyjechał do Miasta Artystów z dalekiej wyspy, na której śnieg był rzadkością, za to szalała mafia. Nie wiedział jeszcze, czy lubi zimę, czy nie. Była mu w zasadzie obojętna, czekało go tylko kilka kroków do przejścia podziemnego. Co prawda zimne płatki zaatakowały go wpadając za kołnierz, ale za to dalekie neony na hotelach błyszczały obiecująco jak silmarile.
Bernard był artystą, lecz nie lubił mieć wielu rzeczy, wszystko mieściło się w małym plecaku i kiedy go niósł, nie czuł prawie ciężaru. Przejście podziemne łączyło perony długą, prostą linią, ale Bernard nie miał pojęcia, w którą stronę się skierować - był tu pierwszy raz. Ludzie mimo późnej pory dążyli w pośpiechu to tu, to tam, nie zwracając na niego uwagi. Gdy próbował kogoś zagadnąć, ten odburkiwał coś i zaraz uciekał. Nie lepiej poszło mu z handlarkami, które w oszklonych wózkach rozwoziły słodkie ciastka i drobne pamiątki. W końcu jedna babinka, pomarszczona jak wyschnięte jabłko, skierowała go ku długiej pochylni prowadzącej w górę. Wydawało mu się, że powinien wyjść na powierzchnię, ale znalazł się w kolejnym długim korytarzu, skąd można było zejść na niezliczone perony. Powoli zaczynał tracić orientację, dworzec okazał się większy niż mogło się z początku wydawać, korytarze, schody i przejścia ciągnęły się we wszystkich kierunkach, na różnych poziomach. Na próżno wypatrywał jakiś tabliczek, wskazówek, mapy, a zagadnięte osoby nie bardzo potrafiły mu pomóc, lub zwyczajnie nie chciały. Kiedy próbował pójść za kimś, zwykle okazywało się, że ten wsiadł do windy, zanim Helios zdążył dopaść drzwi, albo znikał w tłumie, jakby się rozpłynął. Tracąc z wolna nadzieję, Bernard kupił w całodobowym sklepie kanapki i coś do picia i postanowił zdrzemnąć się na ławce. Może jutro przyniesie mu więcej szczęścia, a może naszkicuje sobie plan tych niekończących się podziemi?
Jednak ani jutro, ani następnego dnia, nie udało się Bernardowi wyjść do Miasta. Był jednak spokojny, niczego mu nie brakowało. Przywykł już do dworcowego zapachu, znalazł łazienkę, w której można było się umyć, znalazł kilka niedrogich barów, gdzie można było zjeść potrawy z całego chyba świata. Zaglądał od czasu do czasu do kiosków, żeby przejrzeć nagłówki gazet, ale wkrótce przestały go ciekawić doniesienia z górnego świata, który wydawał się coraz bardziej nierealny, w miarę jak upływał czas. Po kilku dniach po raz pierwszy natknął się na Gołębi Gang, który nic sobie nie robił z rzucanych w niego mioteł i koszy na śmieci. Przez głowę przemknęła mu wtedy myśl, że przecież mógłby udać się za gołębiami w stronę wyjścia. Nie był jednak w stanie biec tak szybko, jak one leciały, siejąc popłoch tak wśród podróżnych, jak i kramarzy. Wkrótce zniknęły za jakimś zakrętem, a on został zdyszany na środku przejścia.
Nie mogąc się wydostać, Bernard postanowił wykorzystać ten czas, którego jak się wydawało, miał aż za dużo. Jak już wspomniałam, był artystą. Potrafił rysować tak doskonale, że drzewa na jego obrazach zdawały się poruszać liśćmi, chmury płynąć po niebie, a budynki były tak przestrzenne, że patrzący mimowolnie dotykał kartki, by sprawdzić, czy to naprawdę tylko kawałek papieru. Ale najlepiej potrafił Bernard rysować ludzi, w mgnieniu oka odgadując ich skryte emocje, tak że po skończonej sesji model wykrzykiwał zwykle "To ja! Jakbym się w lustrze widział!".
W jednaj z poczekalni, które otwierano w ciągu dnia, co było oczywiście umowne, gdyż ten świat nie znał dni ani nocy, Bernard urządził sobie stanowisko pracy. Początkowo rysował tylko Miasto Artystów takie, jakie zapamiętał z kolorowych pocztówek, jednak na jego obrazkach było ono lepsze, piękniejsze, wyrazistsze, pełne światła, cieni i tajemnicy. Czasem dosiadał się ktoś i mówił na przykład "Ta kamienica ma pięć okien, a nie cztery" albo "Tu brakuje gargulca", na co Bernard czerwienił się, pochylał głowę i poprawiał detale. Zwykle jednak przechodnie podziwiali łatwość, z jaką potrafił nadać perspektywę ulicom i oddać pogodę, czy było to ostre słońce, czy rzęsisty deszcz. Nie brakło nigdy chętnych, by kupić ten czy inny obrazek. Bernard nie miał zwyczaju, by zatrzymywać swoje prace, nie miał duszy kolekcjonera, nigdy nie liczył, ile ich narysował. Bywały dni, kiedy było ich kilka, czasem malował zamówione portrety, czasem nie rysował w ogóle, kiedy skończył mu się papier i musiał przemierzyć dworzec wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu sklepu mającego w ofercie bloki rysunkowe. Ciągle jeszcze gubił się i nie potrafił spamiętać tego całego podziemnego labiryntu.
Od czasu do czasu nachodziła go tęsknota, by wydostać się do Miasta, albo by wrócić na wyspę. Ten przedłużający się pobyt na dworcu trwał i trwał, co uświadomiły mu wiadra tulipanów koło kiosków z prasą i pojawiające się kobiety w cienkich sukienkach. Nie próbował zresztą iść za żadną z nich, bo wiedział, że na nic się to nie zda.
Pewnego dnia wsiadł do windy, ta jednak po kilku sekundach zatrzymała się między piętrami. Dobrze, że chwilę wcześniej kupił kebab i dużą herbatę. Jak zawsze miał ze sobą wszystkie swoje rzeczy, również blok i ołówki. Podczas długiej awarii windy stworzył swoje najlepsze prace: psa na rynku, kobiety kupujące korale i zderzenie dorożek.
Po tygodniu winda ruszyła w górę, zabierając Bernarda na poziom nadziemnych peronów. Pomyślał, że to szansa, by wyjechać z Miasta, które nie chciało go wpuścić, a teraz także wypuścić. Peron był pusty, wiadomo jednak, że na każdy peron prędzej czy później zajedzie jakiś pociąg. Wyglądało jednak na to, że trafił na jakiś boczny, zapomniany przez dróżników tor. Minęło wiele godzin, nadszedł wieczór, z nim chłód, i rad - nie rad Bernard wrócił z niczym. Poza tym zgłodniał był trochę, bo kebab skończył się dwa dni wcześniej.
Po tym zdarzeniu coś się zmieniło. Ogarnęła go niechęć do Miasta i zamiast rysować wciąż te same zabytki, ulice, tramwaje i rynek, których nigdy nie widział na własne oczy, zaczął szkicować to, co miał pod ręką. Przenosił się to tu, to tam, i po jakimś czasie nie było takiego miejsca na dworcu, które nie byłoby jeszcze tematem jego rysunku. Nawet najpodlejsza budka z hod-dogami, nawet najstarsza handlarka, nawet gołębie szybkie jak błyskawica, wszystko zostało narysowane, wszystkie przejścia przemierzone, wszystkie windy, schody, podziemne perony, łączniki, automaty z biletami... Ledwo zauważył, że przyszła jesień, a zaraz potem zima, z niektórych korytarzy zaczęło powiewać przenikliwym chłodem. W kioskach pojawiły się bombki i niedługo tłumy podróżnych zaczęły przelewać się wszystkimi przejściami. Bernard tkwił pośród tego zamętu, tym bardziej spokojny, im szybciej biegali ludzie, im głośniej przez megafony oznajmiano opóźnione z powodu zasp pociągi. Tego dnia podczas swojego obchodu, poszukując miejsca, którego jeszcze nie znał, trafił na powierzchnię, na jeden z dalekich peronów. Zastał tam grupę podróżnych, stojących na ubitym śniegu, rozgrzewających się podskokami i chowających twarze za szalikami. Mróz był siarczysty, pociąg oczywiście spóźniony, ale dzięki temu udało mu się na niego zdążyć.
Był 7 stycznia. Świat, jak zawsze o tej porze, oczekiwał cudownego samonaprawienia. Na peron wreszcie wjechała oczekiwana długo lokomotywa, ciągnąc wagony, których boczne tablice głosiły "Miasto Artystów - Tchórzofretki Ex". Bez biletu, ale bez żadnego wahania Bernard Helios złapał za oblodzoną poręcz i wspiął się na wąskie schodki najbliższego wagonu...