
Odkąd przekroczyliśmy Bug, nasza wycieczka zaczęła powoli dobiegać końca. Jednak tereny, które wciąż mieliśmy przed sobą, nie były wcale nudne. Do Janowa Podlaskiego jechaliśmy trzymając się blisko rzeki, mijając wioski o wdzięcznych nazwach jak Gnojno albo Stary Bubel. W Serpelicach spotkaliśmy jednego gościa, który mieszkał zbyt blisko sklepu i na dobre mu to nie wyszło.
Janów zaraził nas atmosferą sennego miasteczka, w którym wszyscy się nudzą, z młodzieżą na czele. Koło przystanku PKS otwarty był jedyny bar. Nie oferował może zbyt wypasionych potraw, ale na nasze potrzeby placki ziemniaczane i pierogi były w sam raz. Do tego prawdziwa oranżada, na którą później polowaliśmy po sklepach. Okazała się limitowanym i ekskluzywnym rarytasem, pomimo ceny poniżej 1 pln (butelka zwrotna).
Ten izotonik dodał Grzesiowi mnóstwo sił, wyrwał do przodu zupełnie jak ja pierwszego dnia po serniku. W ten sposób pierogi i parówki pokonały dziś kaszę manną i placki ziemniaczane w nieformalnym challengu.
Koło Kijowca zaskoczył nas objazd, postanowiliśmy jednak nic sobie z niego nie robić. Ciągle nie mieliśmy lepszej mapy, skazani na samochodówkę nie chcieliśmy dodatkowo nadkładać drogi. Okazją do objazdu okazała się budowa mostu na Krznie. Przejechaliśmy z rowerami kładką dla robotników, udana akcja.
Niestety pogoda, do tej pory wyśmienita, zaczęła nieco się psuć. Zanim dojechaliśmy do szosy Terespol-Warszawa, dopadła nas gwałtowna ulewa. Przycupnęliśmy sobie pod blaszaną budką przystanku i jakiś czas słuchaliśmy bębnienia. Gdy tylko ustało, przecięliśmy krajówkę i za Chotyłowem skryliśmy się w leśnych ostępach. Szliśmy przez las tak długo, aż zatrzymały nas bagienne tereny i rowy z wodą. Tam założyliśmy ostatni biwak, a korzystając z rozpogodzenia, Grzesiek poszedł pobiegać.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ze względu na intensywne ataki spamerskie komentarze tylko z kont Google. Przepraszam za utrudnienia.