
Co jedliśmy? Grześ degustował pieriekaczewnik (z akcentem na 3 sylabę od końca), czyli mięso pozawijane w taki jakby naleśnik. Ja dostałam porcję pierogów z ziemniakami, jajkiem na twardo, pietruszką i cebulą. Dobre to było, tylko mało, jak na kolarski standard.
Nieco posileni udaliśmy się drogą niekoniecznie najkrótszą, ale jak się później okazało - bardzo ciekawą, wzdłuż Świsłoczy. Wielkie otwarte przestrzenie, przypominające stepy i małe wioseczki zachwyciły Grzesia. Przed nami na niebie widać było burzowy armagedon - czarne chmury i zacieki deszczu! Jechaliśmy wprost w paszczę potwora. Od czasu do czasu coś kropiło, a my chowaliśmy się, a to pod świerki, a to pod okap drewnianej chaty. Pośród takiej zabawy w ciuciubabkę z deszczem upływały nam kolejne kilometry, aż dotarliśmy nad Podlaskie morze - Jezioro Siemianówka!
Pod okapem groźnych chmur wyglądało fantastycznie. W oddali szybowały różne ptaki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, czy uda nam się dostać na drugą stronę na skróty - po nasypie kolejowym. Okazało się, że koło torów jest wygodna droga, która bliżej mostu przechodzi w urwistą perć. Odcinek czystej adrenaliny!
Za mostem uzupełniliśmy nasze zapasy o piwo na wieczór. Już bardzo blisko czekał na nas wybrany biwak - wieża widokowa nad samą wodą. W okolicy kręcili się wędkarze, których od czasu do czasu goniła policja. Wypakowaliśmy dobytek i przenieśliśmy się na górny podest wieży. Tam postawiliśmy namiot, żeby w nocy było cieplej i poszliśmy się myć. Grześ wybrał staw przy przepompowni, na którym unosiła się piana niewiadomego pochodzenia. Ja wybrałam jezioro, w którym pływała zdechła ryba. Wokół za to unosił się zapach nektaru kwitnących wierzb, darły dziób żurawie i latały czaple.
Wieczorem na dole odbyła się kameralna imprezka miejscowych metalowców, podczas której siedzieliśmy sobie na wieży i sączyliśmy własne napoje.
c.d.n.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ze względu na intensywne ataki spamerskie komentarze tylko z kont Google. Przepraszam za utrudnienia.