Kiedy zaczynałam biegać, w naszym kraju panowała polarna, zimowa noc. To znaczy, że cały okres dziennego światła spędzałam w pracy. Siłą rzeczy biegałam po ciemku, po powrocie do domu albo późnym wieczorem, udeptując uliczki naszej pseudo-wioski. Większość oświetlono już wtedy latarniami, nie było więc jakoś bardzo straszno. A nawet im później, tym przyjemniej - mniejszy ruch, większa cisza, samochody spały sobie na podziemnych parkingach, tylko od czasu do czasu po niebie przelatywał jakiś żelazny ptak w stronę pobliskiego Okęcia. Regularnie mijałam podwórko, na którym pewien staruszek, mieszkający w jednym ze starych domów, codziennie rąbał drewno. Nie mieliśmy jeszcze stadionu, więc wieczorami nikt nie bawił się na terenie szkoły.
Z czasem tak przywykłam do tego, że "bieganie" równa się "noc", że gdy wyszłam w jakiś weekend przebiec się w ciągu dnia, przeżyłam szok, poczułam się nieswojo i obco. Słońce raziło, na chodnikach pełno było ludzi, musiałam uważać na wyjeżdżające z każdej dziury samochody. Jasność i hałas przeszkadzały w skupieniu się na rytmie, oddechu, rozpraszały uwagę i zabierały całą przyjemność. Oczywiście musiałam oswoić się z tym wszędobylskim światłem, bo przecież chciałam zrealizować swój pierwszy startowy plan - Bieg o Puchar Bielan na niewyobrażalnym wtedy dystansie 5 km.
Bieganie nocą ma swoje plusy i minusy. Dzienne sprawy są przeważnie załatwione, głowa jest wolna od trosk. Ciało nie jest tak zesztywniałe jak rano, łatwiej się rozciągnąć i rozgrzać. Przyjemnie się potem śpi. Minusy to kręcące się podejrzane typy i wypadające zza rogu zapóźnione psy.
Znów mamy polarną noc. Po raz pierwszy mam plan biegowy. Na razie nie zdradzę jaki, żeby nie zapeszyć. Kto wie, może w końcu zostanę biegaczem? A to z wczorajszej przebieżki:
nocny las oddycha
w rytm kroków biegacza
otwierają się przecinki
niedziela, 29 listopada 2009
wtorek, 24 listopada 2009
Kuchnia jednominutowa...
...która każdego zadziwi - mój najnowszy projekt. Przygotowanie potrawy nie przekracza minuty. Kuchnia jednominutowa wymaga niestety porządku - trzeba pamiętać, gdzie mamy rozmaite utensylia: sitko, deskę, nóż czy miskę. Także wszystkie potrzebne składniki i przyprawy powinny być pod ręką. Inaczej na poszukiwaniach stracimy zbyt wiele cennego czasu i założenie weźmie w łeb. Zdaje się, że to całkiem zdrowa kuchnia. Nie ma tu zbyt wiele czasu na obróbkę cieplną. A surowe warzywa, jak wiadomo, zawierają mnóstwo cennych rzeczy. Poniżej kilka prostych potraw. Mam nadzieję, że przypadną do gustu nie tylko trawożercom... Fotki mojego autorstwa, a projekt mam zamiar rozwijać, zwłaszcza że wciąż brak mi czasu.
Nadziewane łódeczki z cykorii
Potrzebne będą: 1 jajko, 1 większa cykoria, pestki słonecznika, przyprawy, sól, oliwa.

Na patelni rogrzewamy oliwę, po chwili wbijamy jajko, dodajemy przyprawy (to, co mamy pod ręką - np. pieprz, słodką paprykę). W międzyczasie płuczemy cykorię, obcinamy ogonek. Rozcinamy ją wzdłuż, usuwamy kilka środkowych liści. Jajecznicą nadziewamy cykorię i posypujemy pestkami słonecznika.
Sałatka z selera naciowego i cieciorki
Potrzebne będą: puszka cieciorki, 4 łodygi selera naciowego, łyżeczka pesto, kilka migdałów.

Seler kroimy grubo, cieciorkę odsączamy z zalewy. Składniki mieszamy ze sobą - i gotowe.
Surówka szpinakowa
Potrzebne będą: kilka garści surowego szpinaku, pestki słonecznika, oliwa, sól.

Szpinak myjemy, otrząsamy z wody i mieszamy z resztą składników. To jest sałatka, której mogę zjeść dowolną ilość i nigdy mi się nie nudzi. Jeśli komuś szpinak kojarzy się tylko z mrożoną papką (na którą przepis podam kiedy indziej), to niech koniecznie spróbuje, różnica jest jak między świeżym jabłkiem a paćką w szarlotce (na korzyść jabłka).
Bananowy deser
Potrzebne będą: banan, tahini, wiórki kokosowe, cynamon.

Banana obieramy ze skórki i rozcinamy wzdłuż, polewamy kilkoma łyżeczkami tahini (pasta z sezamu), posypujemy wiórkami kokosowymi i cynamonem.
Nadziewane łódeczki z cykorii
Potrzebne będą: 1 jajko, 1 większa cykoria, pestki słonecznika, przyprawy, sól, oliwa.

Na patelni rogrzewamy oliwę, po chwili wbijamy jajko, dodajemy przyprawy (to, co mamy pod ręką - np. pieprz, słodką paprykę). W międzyczasie płuczemy cykorię, obcinamy ogonek. Rozcinamy ją wzdłuż, usuwamy kilka środkowych liści. Jajecznicą nadziewamy cykorię i posypujemy pestkami słonecznika.
Sałatka z selera naciowego i cieciorki
Potrzebne będą: puszka cieciorki, 4 łodygi selera naciowego, łyżeczka pesto, kilka migdałów.

Seler kroimy grubo, cieciorkę odsączamy z zalewy. Składniki mieszamy ze sobą - i gotowe.
Surówka szpinakowa
Potrzebne będą: kilka garści surowego szpinaku, pestki słonecznika, oliwa, sól.
Szpinak myjemy, otrząsamy z wody i mieszamy z resztą składników. To jest sałatka, której mogę zjeść dowolną ilość i nigdy mi się nie nudzi. Jeśli komuś szpinak kojarzy się tylko z mrożoną papką (na którą przepis podam kiedy indziej), to niech koniecznie spróbuje, różnica jest jak między świeżym jabłkiem a paćką w szarlotce (na korzyść jabłka).
Bananowy deser
Potrzebne będą: banan, tahini, wiórki kokosowe, cynamon.
Banana obieramy ze skórki i rozcinamy wzdłuż, polewamy kilkoma łyżeczkami tahini (pasta z sezamu), posypujemy wiórkami kokosowymi i cynamonem.
piątek, 20 listopada 2009
Pochwała swobody
Słaby ze mnie biegacz, leniwy i niesystematyczny. Wciąż na bieganie narzekam, wynajduję setki powodów, by nie trenować - a to późno i ciemno, a to deszcz pada, a to praca, a to brak towarzystwa, a to chodniki za twarde itd. itd. Co śmieszne, po kilku kilometrach zwykle zaczyna mi się podobać, znajduję jakiś naturalny, niewymuszony rytm. I na przekór swojemu lenistwu bardzo chcę zostać biegaczem. A moje najlepsze tegoroczne wspomnienia wiążą się właśnie z bieganiem, a nie rowerem.
W tym sezonie (który w przeciwieństwie do wszystkich normalnych ludzi zaczynam w listopadzie, gdy kończy się rower) postanowiłam przyłożyć się do biegania. Za namową bardziej doświadczonych, pracowitszych kolegów, ożywiłam zatem pulsometr, wygrany rok temu na naszych gminnych zawodach. Od roku leżał w szufladzie, bo z początku podejrzewałam go o uporczywą niechęć do współpracy. W każdym razie nie umiał wykazać, że mam serce.
Tym razem próba wypadła pomyślnie. Okazało się nie tylko, że mam serce, ale nawet mam tętno! I zaczęła się magia cyferek, a raczej dziwne uzależnienie od spoglądania na wyświetlacz. I co? Co mi to dało? I nic. Nie umiem się do tego nijak odnieść. Nie wiem, czy się obijam, czy biegnę za mocno (raczej to pierwsze). I rzecz całkiem prozaiczna - ten kawałek plastiku wbijający się w mostek jest po prostu niewygodny. Wielka "cebula" na nadgarstku - również. Pomimo że to raczej damski model, na co wskazuje jego obleśnie błękitny kolor.
Chyba jestem biegową minimalistką. Przeszkadza mi wszystko, co zbędne. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że my kobiety zabieramy na treningi niezliczoną ilość rzeczy, dlatego projektuje się dla nas ubrania z wielką liczbą kieszonek, zachęca do kupna nerek, plecaczków czy pasów biegowych. A ja? Biorę ze sobą dwa niezbędne klucze do domu i to wszystko. Nocą czasami czołówkę. Nie biorę zbyt ciepłych ubrań, żadnych zegarków, stoperów, telefonów, gps-ów, mp3-jek, a wodę tylko latem.*
Tak samo jak nie umiem przekonać się do nurkowania z akwalungiem, bo nie ma nic cudowniejszego od swobodnego unoszenia się w wodzie, tak samo pozostanę chyba biegaczem swobodnym, kontynuując "run for fun", któremu oddawałam się od samego początku. Na koniec jesienne haiku, które przyplątało się na jednej z pobiegawek:
szalik na wietrze
myśli rozwiewa
wczorajsze frędzle
* Oczywiście daleko mi jeszcze do minimalizmu tych golasów, co biegają po Stalowej Woli u Hiubiego.
czwartek, 5 listopada 2009
Dynia z Krainy Słonecznych Rytmów
Zanim dostanę strasznego łupnia w szachy, co ma za chwilę nastąpić, podzielę się z Wami przepisem z rodzinnych stron, a dokładnie z naszego domu. Jako że mieszkamy w gminie, która stoi dynią, ziemniakami i reggae, czuję się niejako w obowiązku popularyzować zwłaszcza pierwszą atrakcję (dwie pozostałe są wystarczająco popularne w naszym pięknym kraju).
Kiedy w ostatni weekend jechałam przez Lesznowolę (a było to przed Zaduszkami), oglądałam spektakl przygotowany przez naszych sprytnych rolników. Teraz halloweenowe dynie nie mają w środku nudnego oświetlenia jak świeczki - to już przeżytek. Teraz mamy prawdziwą dyskotekę straszydeł uzyskaną przy pomocy systemów oświetlenia choinkowego. Na kierowców naprawdę to działa i prędkość spada do 30 km/h.
Zostałam ostatnio ambasadorem rolek i szpinaku, czemu dynia nie miałaby dołączyć do tej listy? Warzywo znane niby od lat, a jak popytać, to właściwie nikt nie wie, co można z tej dyni zrobić (poza świecącym). Oba moje przepisy są proste, pierwszy pochodzi od koleżanki Karli, a drugi powstał całkiem spontanicznie przy dźwiękach jamajskiego ska.
Dynia według Karli
Potrzebne będą: dynia, pomidory lub przecier pomidorowy, cebula, ziemniaki, miso (miso to japońska pasta z soi, może być w zamian sos sojowy, ale miso jest lepsze), majeranek, sól, pieprz, olej lub oliwa.
Cebulę kroimy i podsmażamy na oleju, dorzucamy drobno pokrojone w kosteczkę surowe ziemniaki. Kiedy trochę zmiękną, dorzucamy dynię, pokrojoną w grubszą kostkę. Trochę dusimy pod przykryciem, aby dynia puściła lekko wodę, ale potem odkrywamy, aby potrawa nie zrobiła się zbyt wodnista. Kiedy dynia jest już prawie miękka, dorzucamy pomidory lub trochę przecieru i pozostałe przyprawy według własnego uznania.
Dyniowa zapiekanka Tofalarii
(dla naprawdę leniwych)
Potrzebne będą różne składniki, które są pod ręką: dynia, cebula, ziemniaki, seler, marchewka, kapusta włoska, pieczarki, do tego oliwa, sól, przyprawy.
Kroimy wszystko w kostkę (ziemniaki, marchew, selera - drobniej, dynię i pieczarki - grubiej), żaroodporne naczynie smarujemy oliwą i wkładamy wymieszane warzywa, posypujemy ulubionymi ziołami i pieprzem. Całość zapiekamy w gorącym piekarniku, a pod koniec możemy posypać tartym serem.
Smacznego :)
Kiedy w ostatni weekend jechałam przez Lesznowolę (a było to przed Zaduszkami), oglądałam spektakl przygotowany przez naszych sprytnych rolników. Teraz halloweenowe dynie nie mają w środku nudnego oświetlenia jak świeczki - to już przeżytek. Teraz mamy prawdziwą dyskotekę straszydeł uzyskaną przy pomocy systemów oświetlenia choinkowego. Na kierowców naprawdę to działa i prędkość spada do 30 km/h.
Zostałam ostatnio ambasadorem rolek i szpinaku, czemu dynia nie miałaby dołączyć do tej listy? Warzywo znane niby od lat, a jak popytać, to właściwie nikt nie wie, co można z tej dyni zrobić (poza świecącym). Oba moje przepisy są proste, pierwszy pochodzi od koleżanki Karli, a drugi powstał całkiem spontanicznie przy dźwiękach jamajskiego ska.
Dynia według Karli
Potrzebne będą: dynia, pomidory lub przecier pomidorowy, cebula, ziemniaki, miso (miso to japońska pasta z soi, może być w zamian sos sojowy, ale miso jest lepsze), majeranek, sól, pieprz, olej lub oliwa.
Cebulę kroimy i podsmażamy na oleju, dorzucamy drobno pokrojone w kosteczkę surowe ziemniaki. Kiedy trochę zmiękną, dorzucamy dynię, pokrojoną w grubszą kostkę. Trochę dusimy pod przykryciem, aby dynia puściła lekko wodę, ale potem odkrywamy, aby potrawa nie zrobiła się zbyt wodnista. Kiedy dynia jest już prawie miękka, dorzucamy pomidory lub trochę przecieru i pozostałe przyprawy według własnego uznania.
Dyniowa zapiekanka Tofalarii
(dla naprawdę leniwych)
Potrzebne będą różne składniki, które są pod ręką: dynia, cebula, ziemniaki, seler, marchewka, kapusta włoska, pieczarki, do tego oliwa, sól, przyprawy.
Kroimy wszystko w kostkę (ziemniaki, marchew, selera - drobniej, dynię i pieczarki - grubiej), żaroodporne naczynie smarujemy oliwą i wkładamy wymieszane warzywa, posypujemy ulubionymi ziołami i pieprzem. Całość zapiekamy w gorącym piekarniku, a pod koniec możemy posypać tartym serem.
Smacznego :)
poniedziałek, 2 listopada 2009
Porosty na księgozbiorze
To pewnie nie tylko moja przypadłość, tylko i inne mole książkowe tak mają. Jeśli zaintryguje mnie jakiś tytuł, o którym gdzieś usłyszę, natychmiast pragnę go przeczytać. Kupuję w księgarni, albo na allegro (te starsze rzeczy), niekiedy dostaję w prezencie lub zdobywam w inny sposób. Tymczasem książka ląduje na półce i leży tam parę ładnych lat, zanim do niej zajrzę. Postanowiłam zaorać to poletko, na którym już pojawiły się pierwsze porosty. Obiecuję zdać relację z co ciekawszych fragmentów.
piątek, 30 października 2009
Kolorowe dni
Kolory zawsze były dla mnie czymś ogromnie ważnym, zdolnym wzbudzać różne odczucia, wprawiać w nastroje. Działało to również w drugą stronę - liczby, litery, słowa, kraje, ludzie, piosenki - zamieniały się w mojej głowie w kolorowe obrazy. Także pojęciom abstrakcyjnym - lub tym, które nie mają fizycznej postaci - przypisywałam barwy. Troszkę z racji zainteresowań, które po części przełożyły się na zawodowe zajęcia, mam z kolorami do czynienia na co dzień, muszę rozróżniać sporo ich odcieni, nasyceń, jasności. Mimo to nie sądzę, by kiedyś miały mi się znudzić.
Podzielę się z Wami bardzo subiektywnym odczuciem, jakim są dla mnie kolory, z którymi kojarzą się dni tygodnia. Już kiedy byłam dzieckiem, każdy dzień miał swój kolor. Może było to związane z kolorowym planem lekcji, który wisiał nad biurkiem. Żałuję, że nigdy tego nie zapisałam, podejrzewam, że lista byłaby inna niż dziś i na pewno zmieniałaby się z czasem.
Moje typy:
Poniedziałek - biały. Pewnie dlatego, że to dzień nowych możliwości, zaczyna się tydzień, carte blanche.
Wtorek - pomarańczowy. Tydzień nabiera rozpędu i pojawia się mnóstwo pomysłów.
Środa - niebiesko-fioletowa. To kolor twórczego, abstrakcyjnego skupienia, realizacji czegoś nieuchwytnego.
Czwartek - czerwony. To mocny dzień, środek tygodnia (ale tak jakby koniec poważnej pracy), mam jednak wrażenie, że nieprzypadkowo oba słowa zaczynają się na "cz".
Piątek - zielony, groszkowy. Koniec pracy, więc to najweselszy kolor. Wszystko musi się udać!
Sobota - żółta. To chyba jedyny dzień, kiedy zimą mam szansę zobaczyć w domu słońce, stąd pewnie to skojarzenie.
Niedziela - zielona, oliwkowa. Nie wiem czemu, ale na pewno jest taka, choć czasem zdarza się taka bardziej buraczkowa...
Za oknem szara jesień, więc zapraszam do zabawy. Ciekawa jestem, jak wygląda Wasz tydzień?
Podzielę się z Wami bardzo subiektywnym odczuciem, jakim są dla mnie kolory, z którymi kojarzą się dni tygodnia. Już kiedy byłam dzieckiem, każdy dzień miał swój kolor. Może było to związane z kolorowym planem lekcji, który wisiał nad biurkiem. Żałuję, że nigdy tego nie zapisałam, podejrzewam, że lista byłaby inna niż dziś i na pewno zmieniałaby się z czasem.
Moje typy:
Poniedziałek - biały. Pewnie dlatego, że to dzień nowych możliwości, zaczyna się tydzień, carte blanche.
Wtorek - pomarańczowy. Tydzień nabiera rozpędu i pojawia się mnóstwo pomysłów.
Środa - niebiesko-fioletowa. To kolor twórczego, abstrakcyjnego skupienia, realizacji czegoś nieuchwytnego.
Czwartek - czerwony. To mocny dzień, środek tygodnia (ale tak jakby koniec poważnej pracy), mam jednak wrażenie, że nieprzypadkowo oba słowa zaczynają się na "cz".
Piątek - zielony, groszkowy. Koniec pracy, więc to najweselszy kolor. Wszystko musi się udać!
Sobota - żółta. To chyba jedyny dzień, kiedy zimą mam szansę zobaczyć w domu słońce, stąd pewnie to skojarzenie.
Niedziela - zielona, oliwkowa. Nie wiem czemu, ale na pewno jest taka, choć czasem zdarza się taka bardziej buraczkowa...
Za oknem szara jesień, więc zapraszam do zabawy. Ciekawa jestem, jak wygląda Wasz tydzień?
wtorek, 27 października 2009
Królik czy rosomak?
Nie bać się niczego! Być rosomakiem!
Obejrzałam właśnie szwedzki film (z rosyjskim lektorem) o rosomakach. Ten gatunek z rodziny łasicowatych otaczała od zawsze legenda, nimb tajemnicy. Nie cieszył się sympatią ludzi, w przeciwieństwie do innych gatunków prawie nie występował w wierzeniach ludów Północy, które uważały go za wcielenie zła. Skryty, sprytny samotnik nie raz napędzał stracha myśliwym, bezgłośnie poruszając się ich tropem. Wikingowie pili krew rosomaków, w nadziei uzyskania ich odwagi.
Bo rosomak, zwierzę wielkości średniego psa, potrafi przegonić niedźwiedzia i nie ulec nawet watasze wilków! Odwaga rosomaka jest bezprzykładna, ma w sobie coś szalonego. Inne zwierzęta po prostu cofają się przed tak wielką pewnością siebie!
Skojarzeniu z rosomakiem nie mogłam się oprzeć, gdy obejrzałam ostatnio po raz kolejny „Cobra Verde” Herzoga. W jednej ze scen Klaus Kinsky, grający tytułową rolę, walczy z grupą żołnierzy króla Dahomeju. Wygląda w tym momencie, wypisz-wymaluj, jak rozwścieczony rosomak, ulegając w końcu tylko znacznej liczebnie przewadze napastników.
Czym jest odwaga? Czy to tylko gra pozorów? Czy każdy może, jeśli tylko zechce, patrzeć bez strachu w oczy napastnika i nigdy nie odwracać sią do niego plecami? Czy odwaga nie leży przypadkiem na pograniczu szaleństwa? A czy gdyby tej granicy nie przekraczała, to w ogóle byłaby odwagą? Czy ona nie zaczyna się po prostu poza granicą tego, co zdrowy rozsądek uważa za możliwe?
(Zupełnie na marginesie. Wczoraj znów wykrzyknęłam „świat jest mały!” - ale nie dlatego, że z osobami z drugiego końca Polski mamy wspólnych znajomych na trzecim końcu. Odkryłam, że film „Cobra Verde” powstał na bazie powieści Bruce'a Chatwina, pisarza który mnie ostatnio zachwycił swoim debiutem - „W Patagonii”. Nazwisko Chatwina w czołówce filmu Herzoga zelektryzowało mnie. „Vicekról Oiudah” trafia więc na listę zimowych lektur.)
Obejrzałam właśnie szwedzki film (z rosyjskim lektorem) o rosomakach. Ten gatunek z rodziny łasicowatych otaczała od zawsze legenda, nimb tajemnicy. Nie cieszył się sympatią ludzi, w przeciwieństwie do innych gatunków prawie nie występował w wierzeniach ludów Północy, które uważały go za wcielenie zła. Skryty, sprytny samotnik nie raz napędzał stracha myśliwym, bezgłośnie poruszając się ich tropem. Wikingowie pili krew rosomaków, w nadziei uzyskania ich odwagi.
Bo rosomak, zwierzę wielkości średniego psa, potrafi przegonić niedźwiedzia i nie ulec nawet watasze wilków! Odwaga rosomaka jest bezprzykładna, ma w sobie coś szalonego. Inne zwierzęta po prostu cofają się przed tak wielką pewnością siebie!
Skojarzeniu z rosomakiem nie mogłam się oprzeć, gdy obejrzałam ostatnio po raz kolejny „Cobra Verde” Herzoga. W jednej ze scen Klaus Kinsky, grający tytułową rolę, walczy z grupą żołnierzy króla Dahomeju. Wygląda w tym momencie, wypisz-wymaluj, jak rozwścieczony rosomak, ulegając w końcu tylko znacznej liczebnie przewadze napastników.
Czym jest odwaga? Czy to tylko gra pozorów? Czy każdy może, jeśli tylko zechce, patrzeć bez strachu w oczy napastnika i nigdy nie odwracać sią do niego plecami? Czy odwaga nie leży przypadkiem na pograniczu szaleństwa? A czy gdyby tej granicy nie przekraczała, to w ogóle byłaby odwagą? Czy ona nie zaczyna się po prostu poza granicą tego, co zdrowy rozsądek uważa za możliwe?
(Zupełnie na marginesie. Wczoraj znów wykrzyknęłam „świat jest mały!” - ale nie dlatego, że z osobami z drugiego końca Polski mamy wspólnych znajomych na trzecim końcu. Odkryłam, że film „Cobra Verde” powstał na bazie powieści Bruce'a Chatwina, pisarza który mnie ostatnio zachwycił swoim debiutem - „W Patagonii”. Nazwisko Chatwina w czołówce filmu Herzoga zelektryzowało mnie. „Vicekról Oiudah” trafia więc na listę zimowych lektur.)
sobota, 24 października 2009
Leksykon Rozmów Autostopowych
Latem 1997 roku przemierzałam wraz z moją koleżanką fantastyczny kraj - Norwegię. Podróżowałyśmy autostopem, co wymagało od nas wiele cierpliwości, ale dostarczało nieustannej rozrywki. Na podstawie odbytych przejażdżek ułożyłyśmy listę tematów, które chętnie poruszają kierowcy, gotowi zabrać dwie autostopowiczki.
Podwózka na dystansie do 100 km:
- zwierzęta i przyroda Norwegii (tu pomocne wskazanie na znak drogowy z łosiem),
- nasze przygody, gdzie śpimy i czy mamy ciężkie plecaki,
- co warto jeszcze zobaczyć i dlaczego tam nie byłyśmy,
- wędkarstwo w Norwegii,
- fenomen telefonu komórkowego i dlaczego nie działa w tunelu,
- studia w Polsce i w Norwegii ze szczególnym uwzględnieniem designu i geografii,
- niebezpieczeństwa czyhające na dwie małe, samotne autostopowiczki,
- pogoda jak była/jest/będzie/zimą/latem/w Polsce/w Norwegii,
- autostop - wspomnienia kierowcy.
Dystans 100-200 km:
- opowieści kierowców o ich dziwnych znajomych,
- licytacja - jakie znamy języki,
- przejścia pod autostradami dla żab i reniferów,
- fiordy, pływy morskie, białe noce i inne ciekawostki,
- granice Norwegii,
- kierowcy w Europie.
Dystans 200-300 km:
- wejście do Unii Europejskiej,
- sezonowe prace w Norwegii: zbieractwo, strzyżenie owiec, platformy wiertnicze,
- emigranci, płace, prace i wydatki,
- dozwolone prędkości na norweskich drogach,
- pazerność niemieckich wędkarzy.
Dystans 300-400 km:
- ekologia w Norwegii i w Polsce - analiza porównawcza,
- oznakowanie dróg (j.w.),
- sery norweskie,
- japońscy turyści,
- połowy fok i wielorybów.
Dystans 400-500 km:
- gospodarka światowa ze szczególnym uwzględnieniem europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem norweskiej,
- przemysł i rolnictwo Norwegii,
- zasięgi terytorialne drzew w Norwegii,
- sposoby przewożenia koni,
- artykuły dla koni dostępne na rynki i popyt na nie,
- różnice w psychice owiec i psów i jak z nimi postępować,
- jak owce i psy reagują na pastucha elektrycznego.
Podróże kształcą!
Podwózka na dystansie do 100 km:
- zwierzęta i przyroda Norwegii (tu pomocne wskazanie na znak drogowy z łosiem),
- nasze przygody, gdzie śpimy i czy mamy ciężkie plecaki,
- co warto jeszcze zobaczyć i dlaczego tam nie byłyśmy,
- wędkarstwo w Norwegii,
- fenomen telefonu komórkowego i dlaczego nie działa w tunelu,
- studia w Polsce i w Norwegii ze szczególnym uwzględnieniem designu i geografii,
- niebezpieczeństwa czyhające na dwie małe, samotne autostopowiczki,
- pogoda jak była/jest/będzie/zimą/latem/w Polsce/w Norwegii,
- autostop - wspomnienia kierowcy.
Dystans 100-200 km:
- opowieści kierowców o ich dziwnych znajomych,
- licytacja - jakie znamy języki,
- przejścia pod autostradami dla żab i reniferów,
- fiordy, pływy morskie, białe noce i inne ciekawostki,
- granice Norwegii,
- kierowcy w Europie.
Dystans 200-300 km:
- wejście do Unii Europejskiej,
- sezonowe prace w Norwegii: zbieractwo, strzyżenie owiec, platformy wiertnicze,
- emigranci, płace, prace i wydatki,
- dozwolone prędkości na norweskich drogach,
- pazerność niemieckich wędkarzy.
Dystans 300-400 km:
- ekologia w Norwegii i w Polsce - analiza porównawcza,
- oznakowanie dróg (j.w.),
- sery norweskie,
- japońscy turyści,
- połowy fok i wielorybów.
Dystans 400-500 km:
- gospodarka światowa ze szczególnym uwzględnieniem europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem norweskiej,
- przemysł i rolnictwo Norwegii,
- zasięgi terytorialne drzew w Norwegii,
- sposoby przewożenia koni,
- artykuły dla koni dostępne na rynki i popyt na nie,
- różnice w psychice owiec i psów i jak z nimi postępować,
- jak owce i psy reagują na pastucha elektrycznego.
Podróże kształcą!
Historia ulicy Zagubinowskiej
W miejscu, gdzie dziś jest ulica Gubinowska dawniej rozciągała się nieskończona Puszcza, przez którą jeździł do Wilanowa, do swojej rezydencji Król Jan III Sobieski. Miał tam piękny ogród, tarasy, wielkie drzewa, a nawet klomby i jezioro z wyspą, na jeziorze zaś swawoliły kaczki. A wszędzie dookoła rósł las, pełen wszelakiego zwierza, dziki, gęsty i zielony!
Pewnego razu Król zamarudził w lesie zbyt długo zbierając grzyby. Ani się spostrzegł, a zapadł zmrok i wokół zaczęły się rozlegać nawoływania sów. Rozejrzał się dookoła, ale ciemność zapadła tak szybko, że kompletnie stracił głowę i nie mógł zdecydować, w którą stronę ruszyć, aby odnaleźć gościniec. Jakiś czas dreptał w kółko, aż natknął się na Lisa, który siedział pod drzewem i drapał się za uchem, co zwykle robią lisy, gdy na coś czekają. To był bardzo rezolutny Lis, jak zresztą wszystkie lisy. Zapytany o drogę, zgodził się pomóc Królowi. Poprowadził go jednak trochę naokoło, tak by Król myślał, że do traktu było bardzo daleko, podczas gdy w rzeczywistości nie byli dalej niż dwieście lisich skoków. Gdy pożegnali się na drodze, Król dał Lisowi złoty guzik od swojego płaszcza i powiedział, że wkrótce wróci do lasu, by go wynagrodzić i po tym guziku go rozpozna.
Na drugi dzień faktycznie przybył Król ze swoim heroldem, który dął w wielką złotą trąbę (była pozłacana, ale robiła wielkie wrażenie). Na ten dźwięk z całego lasu zbiegły się różne zwierzęta - żubry, dzikie konie, sarny, borsuki, lisy, wilki, itd. Przybył też Lis ze złotym guzikiem, który zawiesił sobie na szyi. Kiedy Król go zobaczył, wyjął z karocy worek parówek i mu dał, a inne zwierzęta biły brawo i wiwatowały. Na koniec tego krótkiego zebrania Król ogłosił, że nie może dłużej tak być, że wszyscy się w lesie gubią i trzeba wytyczyć jakieś drogi leśne i nadać im nazwy, a na pamiątkę jego przygody jedna z nich będzie się nazywać "Zagubiona".
W niedługim czasie rzeczywiście postęp wkroczył do lasu i wytyczono leśne drogi. Sowy, najmądrzejsze zwierzęta, podjęły się wykonania tabliczek z nazwami, a pomagały im dzięcioły. Jedna z sów, która niestety nie umiała za dobrze pisać, zamiast "ZAGUBIONA" napisała "ZAGUBINOWSKA". Z czasem część tabliczki odpadła, ponieważ uderzył w nią zamyślony nietoperz - została tylko "GUBINOWSKA" i taka nazwa istnieje po dziś dzień.
A co zrobił Lis od złotego guzika? Oczywiście po odjeździe Króla zorganizował niezłą imprezę - miał przecież worek parówek, a żubry przyniosły trochę żubrówki ze swojej zagrody.
Pewnego razu Król zamarudził w lesie zbyt długo zbierając grzyby. Ani się spostrzegł, a zapadł zmrok i wokół zaczęły się rozlegać nawoływania sów. Rozejrzał się dookoła, ale ciemność zapadła tak szybko, że kompletnie stracił głowę i nie mógł zdecydować, w którą stronę ruszyć, aby odnaleźć gościniec. Jakiś czas dreptał w kółko, aż natknął się na Lisa, który siedział pod drzewem i drapał się za uchem, co zwykle robią lisy, gdy na coś czekają. To był bardzo rezolutny Lis, jak zresztą wszystkie lisy. Zapytany o drogę, zgodził się pomóc Królowi. Poprowadził go jednak trochę naokoło, tak by Król myślał, że do traktu było bardzo daleko, podczas gdy w rzeczywistości nie byli dalej niż dwieście lisich skoków. Gdy pożegnali się na drodze, Król dał Lisowi złoty guzik od swojego płaszcza i powiedział, że wkrótce wróci do lasu, by go wynagrodzić i po tym guziku go rozpozna.
Na drugi dzień faktycznie przybył Król ze swoim heroldem, który dął w wielką złotą trąbę (była pozłacana, ale robiła wielkie wrażenie). Na ten dźwięk z całego lasu zbiegły się różne zwierzęta - żubry, dzikie konie, sarny, borsuki, lisy, wilki, itd. Przybył też Lis ze złotym guzikiem, który zawiesił sobie na szyi. Kiedy Król go zobaczył, wyjął z karocy worek parówek i mu dał, a inne zwierzęta biły brawo i wiwatowały. Na koniec tego krótkiego zebrania Król ogłosił, że nie może dłużej tak być, że wszyscy się w lesie gubią i trzeba wytyczyć jakieś drogi leśne i nadać im nazwy, a na pamiątkę jego przygody jedna z nich będzie się nazywać "Zagubiona".
W niedługim czasie rzeczywiście postęp wkroczył do lasu i wytyczono leśne drogi. Sowy, najmądrzejsze zwierzęta, podjęły się wykonania tabliczek z nazwami, a pomagały im dzięcioły. Jedna z sów, która niestety nie umiała za dobrze pisać, zamiast "ZAGUBIONA" napisała "ZAGUBINOWSKA". Z czasem część tabliczki odpadła, ponieważ uderzył w nią zamyślony nietoperz - została tylko "GUBINOWSKA" i taka nazwa istnieje po dziś dzień.
A co zrobił Lis od złotego guzika? Oczywiście po odjeździe Króla zorganizował niezłą imprezę - miał przecież worek parówek, a żubry przyniosły trochę żubrówki ze swojej zagrody.
Subskrybuj:
Posty (Atom)