Strony

piątek, 13 lipca 2012

Joshua Redman na urodziny


Niedawno obchodziłam urodziny (23. - zażartował kolega) i z tej okazji, chyba pierwszy raz w życiu, zamiast prezentu w materialnej postaci dostałam bilet na koncert. W ten sposób uszczęśliwiła mnie Monika, moja rowerowa partnerka i wspólniczka. Muszę przyznać, że był to strzał w dziesiątkę!

Koncert odbył się wczoraj w przestronnej hali Soho Factory w ramach Warsaw Summer Jazz Days 2012. Gwiazdą wieczoru był Joshua Redman, amerykański saksofonista, z zespołem. Oprócz niego mieliśmy okazję posłuchać Wojtek Mazolewski Quintet oraz Joe Lovano/Dave Douglas Quintet.


Nie jestem absolutnie żadnym znawcą jazzu, właściwie ten gatunek muzyczny uznaję tylko na żywo, puszczony z płyty nie brzmi tak dobrze. Spośród tej trójki wykonawców Redman najbardziej przypadł mi do gustu, plasując się idealnie pośrodku pomiędzy „jazzem do kotleta” oraz „jazzem hałaśliwie improwizującym” (wybaczcie moje niefachowe określenia, ale chyba wiadomo, o co chodzi). Jego kompozycje oparte były na rozpoznawalnych (dla mnie - laika) liniach melodycznych. Rytmiczne, ale nie pozbawione improwizacji. Kilka kawałków wspaniale nastrojowych, można było sobie wyobrazić letni gorący wieczór gdzieś nad wodą, w której odbijają się gwiazdy.

Jednocześnie to, co najbardziej lubię na koncertach, czyli obserwacja sceny, gry na instrumentach oraz emocji muzyków. Joshua Redman prezentuje popularny styl gry na saksofonie, który nazwałam „na bociana” czyli z częstym podnoszeniem nogi zgiętej w kolanie pod kątem prostym, jak za zajęciach WF (biegacze nazywają ten ruch skipem A). Hipoteza robocza - zachowanie równowagi podczas gry. W międzyczasie uśmiech od ucha do ucha, więc jak go nie lubić? ;)

Strona Warsaw Summer Jazz Days 2012
Strona Joshua Redmana
Źródło fotografii

Pomysłów na obdarowanie kogoś przeżyciem lub wydarzeniem może być bez liku. Wspólne wyjście do teatru, kina, muzeum, ale też wycieczka na grzyby, wyjazd w góry/nad morze, lot balonem, karnet na basen/siłownię albo do szkoły tańca, plener fotograficzny, wizyta u wizażystki/masażystki itd. - w zależności od osobistych preferencji, zasobności kieszeni, lokalnych atrakcji i pory roku. Dodam tylko, że dostałam od Moniki do wyboru listę kilku świetnych koncertów odbywających się na przestrzeni najbliższych miesięcy (wybór był naprawdę trudny, na koncert Redmana namówił mnie Sahib - znawca jazzu).

Co myślicie o tego rodzaju prezentach?

4 komentarze:

  1. Również "wdrażam" pomysł kupowania w prezencie przeżyć zamiast rzeczy. Bliskie mi osoby były chyba zadowolone. Wśród takich prezentów znalazł się m.in. bilet na koncert ulubionego zespołu, w dodatku koncert pożegnalny, bo zespół się rozwiązał, więc wspomnienia niezapomniane. Były też zaproszenia do wege knajpki i do kina. Mamy co wspominać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wege knajpką też bym nie pogardziła. :)

      Usuń
  2. Oh, zazdroszczę niemiłosiernie ;). Ja, niestety, musiałem zadowolić się relacją z koncertu on-line. Pozdrawiam pięknie


    Populus

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ze względu na intensywne ataki spamerskie komentarze tylko z kont Google. Przepraszam za utrudnienia.