Strony

środa, 20 marca 2013

Czy dwa jabłka to minimalizm?

Temat minimalizmu kolejny raz pojawił się w mediach, pobudzając wiele osób do refleksji, co oczywiście bardzo cieszy. Cieszy - bo uważam, że to idea warta propagowania. Dla mnie samej te dyskusje to dobra okazja do zastanowienia się, co mi się w minimalizmie podoba, a także... czy ja na pewno jestem minimalistką? A może trafiłam do artykułu tylko dlatego, że piszę o minimalizmie publicznie na blogu? Ha!


Przedostatnie pytanie zadaję z przymrużeniem oka. Nie ma definicji minimalizmu, nie ma zero-jedynkowego podziału, nie ma żadnych kryteriów. Nie trzeba posiadać tylko 100 rzeczy, nie trzeba ich nawet liczyć (nie odżegnuję się od tej metody, ale na razie jej nie stosowałam). Myślę, że dla każdego z nas, piszących blogi, zastanawiających się nad tematem, minimalizm jest czymś innym. Jesteśmy na różnych etapach życia, mieszkamy w takich, a nie innych konstelacjach partnersko-rodzinnych.


Dla osób nie siedzących w temacie hasło „minimalizm” początkowo wywołuje niedowierzanie i lawinę pytań. Zacytuję tu kilka, które zadał mój kolega Marcin na Facebooku. Dotyczą one podlinkowanego wczoraj artykułu na iwoman.pl:

Nie wiem, co to minimalizm wg. mnie, a niestety tym bardziej wg. opisanych w artykule osób. Niby gość z całym dobytkiem na dywanie robi wrażenie (pytanie, po co mu akurat dywan...), ale tak naprawdę rodzi się pytanie, gdzie jest granica. Czy posiadanie rzeczy dobrej jakości przeczy minimalizmowi (bo można taniej)? Czy posiadanie rzeczy dających wygodę przeczy minimalizmowi? Czy posiadanie rzeczy służących wyłącznie rozwojowi własnych zainteresowań przeczy minimalizmowi? Czy zachowywanie rzeczy w 100% sprawnych, których chwilowo nie używamy przeczy minimalizmowi?

Według mnie minimalizm swobodnie łączy się z takimi pojęciami jak:

oszczędność,
zdrowy rozsądek,
„adekwatyzm” - termin ukuty przez Arka Recława,
antykonsumpcjonizm,
ekologia,
slow life,
slow food,

dobrowolna prostota,
wolność psychiczna,
niezależność finansowa,
życie po swojemu, według własnych potrzeb,
porządek w tym, co nas otacza,
porządek w głowie.

I wiele, wiele innych. Lista jest otwarta. Możecie dopisać do niej, co tylko chcecie!

Pora odpowiedzieć na pytanie, czym jest dla mnie minimalizm i co dzięki niemu zyskałam.

Minimalizm jest drogą, a nie raz na zawsze osiągniętym celem. To raczej postawa lub narzędzie. Nasze potrzeby ulegają zmianom i warto z otwartą głową wychodzić zmianom naprzeciw. Mniej lęku o braki, mniej oglądania się na przeszłość.

Minimalizm to dla mnie niewielkie wymagania i umiejętność poradzenia sobie z małymi dochodami. Od czasu do czasu jest to wyjście poza strefę komfortu. Czy jest ono złe? Moim zdaniem nie i chciałabym o tym wkrótce napisać coś więcej. Absolutnie nie przekreślam tutaj możliwości, że wrócę do pracy dla kogoś, na etacie, jednak po doświadczeniach kilku lat z małymi dochodami mogę być bardziej elastyczna na rynku pracy.

Minimalizm to oszczędność nie tylko pieniędzy, ale i środowiska oraz swoich nerwów. Te pozornie oderwane od siebie dziedziny łączy fakt, że nadmiar przedmiotów jest destrukcyjny i dla środowiska, i dla psychiki (przynajmniej mojej).

Minimalizm to wygoda. Mniej zobowiązań, mniej spraw do załatwienia. Nawet tak przyziemna czynność jak sprzątanie trwa po prostu krócej.

Minimalizm to lepsze jedzenie. Kiedy mam czas, a mam mniej pieniędzy, mogę przygotować naprawdę dobre jedzenie z najprostszych składników, takich, do których nikt nawet nie miał szansy dodać żadnego E. Nie potrzebuję też drogich kremów na zmarszczki, bo z reguły mogę się wyspać.

Minimalizm łączy się dla mnie nierozerwalnie z kultywowaniem zdobywania nowych umiejętności. Takie podejście było mi bliskie od dziecka i nie zmieniło się nawet, kiedy zaczęłam pracować i mogłam sobie pozwolić na zakup różnych usług. Ze względu na ograniczone zaufanie do różnej maści specjalistów, lubię być niezależna i zrobić - to, co mogę - sama, czy będzie to remont, przyszycie guzika czy strzyżenie.

Minimalizm jest szczerym wglądem w swoje potrzeby, lęki i obawy. Taka refleksja bywa przykra, a nawet bolesna, gdy uświadamiamy sobie chociażby to, że zakupy robimy pod wpływem nieopanowanych emocji, ogłupiającej reklamy lub dla dowartościowania się. Są jednak inne sposoby na poradzenie sobie z poczuciem własnej wartości - znacznie lepsze i o działaniu długofalowym.

Minimalizm, a raczej porządkowanie domowe, dał mi wymierne korzyści finansowe i przyniósł smutną refleksję, jak wiele pieniędzy wydałam na różne rzeczy, których teraz nie potrzebuję. Pośród przedmiotów, które sprzedałam, zdarzały się rzeczy nigdy nie użyte lub prawie nowe. Za pieniądze uzyskane z samych aukcji w Internecie mogłam skromnie żyć przez parę miesięcy.

Zainteresowanie minimalizmem nie wpłynęło w znaczący sposób na moje relacje z ludźmi. Może jedyny mankament jest taki, że mam dużo czasu, ale tego czasu na spotkania nie mają niestety znajomi. Być może mają tyle samo czasu, ile mieli od zawsze - nie wiem.

Pytanie, które ciekawi wiele osób - co minimalista ma w domu i czego się pozbył.

Każdy ma w domu co innego. Mogę uchylić rąbka tajemnicy. Przede wszystkim nie mieszkam sama, tylko z Sahibem, zatem wiele rzeczy jest zduplikowanych (na przykład śpiwory, które zajmują bardzo dużo miejsca), chociaż mamy też wspólne przedmioty. Bardzo lubię od Sahiba pożyczać niektóre ubrania - koszule, spodnie na narty albo piżamę (tak, nosimy prawie ten sam rozmiar). Mamy sześć garnków i zdarza się, kiedy gotujemy wspólnie coś bardziej skomplikowanego, że wszystkie są wykorzystane. Mamy cały czas dużo książek i raczej nie wyobrażam sobie radykalnego zminimalizowania tej dziedziny. Są to przeważnie książki naukowe i popularnonaukowe dotyczące dziedzin, które nas interesują. Wiele z nich nie jest dostępnych w antykwariatach. Mamy też sporo sprzętu sportowego i turystycznego, który jest wykorzystywany. Akurat tego typu przedmioty sprzedać jest dość łatwo i kiedy coś staje się zbędne, potrafimy rozstać się bez żalu.

Czego się pozbyliśmy? Najróżniejszych rzeczy, na przykład starych notatek ze studiów, kserówek, do których nikt już nie wracał, wielu książek i map, pamiątek, kamieni i bibelotów. Niektórych ubrań, naczyń, a nawet krzesła, grzejnika i jednej półki. Resztek brzydkich włóczek, analogowych aparatów fotograficznych. Zawalających półki małych słoiczków i srebrnych łyżeczek, których nikt nigdy nie używał. Sztucznej biżuterii, kilku par niewygodnych butów, itd.

Podjęliśmy też próbę życia pod miastem bez samochodu, ale tu jeszcze klamka nie zapadła ostatecznie i nie wiemy, jak długo będzie trwał ten stan. Spróbuję o swoich refleksjach na ten temat napisać coś więcej, bo w zimie funkcjonowaliśmy całkiem nieźle.

Dla jednego sześć garnków to nadmiar, inny nie wyobraża sobie, jak dałby radę gotować mając tylko tyle. Bądźmy sobą, nie dajmy się zwariować reklamie, myślmy nad zakupami, myślmy nad oszczędnościami i czasem. Co nam służy, a co robimy tylko dlatego, że wpadliśmy w schemat i nie wyobrażamy sobie inaczej.  

Miej tyle, ile potrzebujesz, nie mniej i nie więcej, rozglądaj się dookoła, zadawaj sobie pytania. Nie musisz nazywać się minimalistą. I tyle. ;)

48 komentarzy:

  1. Zakończenie szczególnie przypadło mi do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzisiaj zamiast codziennej porannej porcji nie zawsze dobrych wiadomości (natemat.pl) postanowiłem przeczytać Twój artykuł. Dobrze zrobiłem, mogę prosić o następny jutro? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Wpisów w kolejce mnóstwo, ale niestety nie wyrabiam z przelewaniem wszystkich pomysłów na elektroniczny "papier". Tym nie mniej obiecuję, że tej wiosny tematyka prostego życia pojawi się jeszcze nie raz.

      Usuń
  3. Minimalizm to trochę taka droga do bycia bogatym, czyli stanu, w którym zaspokojone są nasze materialne potrzeby. Można albo gromadzić rzeczy z nadzieją, że wreszcie zgromadzimy wszystkie "potrzebne", albo ograniczać potrzeby z nadzieją, że już mamy wszystko to, co rzeczywiście potrzebne... Myślę, że ograniczanie (jak się okazuje wielu zbędnych i sztucznie wywołanych) potrzeb jest drogą lepszą, szybszą, bardziej fascynującą ale i powodującą, że dla wielu stajesz się dziwakiem.
    Dziękuję, że ostatnio często zwracasz moją uwagę na minimalizm bo to bardzo fajnie ustawia podejście do świata. To trochę jak podjęcie rzeczywistego postu w Wielkim Poście (nie chodzi o rezygnację z jedzenia słodyczy :-) ) po to, aby uwolnić się od przyzwyczajeń konsumpcji. Ale i post i minimalizm to tylko narzędzia, ważniejsze od nich jest to, w jaki sposób wykorzystujemy wolne środki (czas, zaangażowanie, emocje...)

    z pozdrowionKamil
    ginosko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Kamil. Świat konsumpcji jest w gruncie rzeczy nieograniczony - można gromadzić i gromadzić bez końca. Świat wyrzeczenia i ascezy ma granicę i wbrew pozorom łatwiej tu dojść do jakiegoś celu. :) Narzędzia - tak!

      Usuń
  4. Nie jestem minimalistą, nawet nie chcę nim być :) .
    Pozbyłem się, tak ja Ty, notatek, kserówek, starych zeszytów. Dlaczego? Bo to zwykła makulatura. Oddałem część książek, bo nie mam na nie miejsca. Oddaję ciuchy (może powinienem je sprzedawać na aukcjach?), bo mam małą szafkę :), bo wkurza mnie ciągłe układanie, przebieranie i dobieranie. Rozdałem płyty, stare kasety - nie mam mega sprzętu audio, a wszystką muzykę mam w postaci cyfrowej. Nie kupuję w megapromocjach 12 + 3 gratis, nie kupuję na zapas, bo wolę produkty świeże, bo mnie na to nie stać. Lubię zdrowo i dobrze zjeść, niezależnie od tego czy będę miał w domu graciarnię, czy tylko łóżko, zielony dywan, a na parapecie jedną roślinkę, czy będę gotował w jednym garnku, czy siedmiu. I mógłbym tak wymieniać. Dlaczego to wszystko robię? Bo kocham przestrzeń. Bo nie ulegam, ani reklamie, bezmyślnej konsumpcji, czy z drugiej strony , minimalizmowi, który jest równie skrajny ;) . Bo jestem sobą :) .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że wszystko jest po prostu kwestią nazewnictwa, bo i Ciebie można nazwać wg mnie minimalistą. Minimalizm wcale nie musi być wg mnie czymś skrajnym. Wszystko zależy oczywiście od podejścia. Możesz to potraktować także jako nieposiadanie niepotrzebnych pierdół (to tak wg mojego rozumienia).

      Usuń
    2. Dokładnie jak pisze Ania. Wyjdźmy poza ciasne formułki i definicje. Rzeczy służą nam, a nie my rzeczom. Dopóki tak jest, wszystko jest ok. ;)

      Usuń
    3. Aniu,
      parafrazując tytuł tego wpisu: czy dwa jabłka to nieposiadanie niepotrzebnych pierdół :) ?

      Zgadzam się, minimalizm nie musi być skrajny. Może być umiarkowany - pomiędzy czarnym, a białym jest szary.

      Dodam jeszcze, że poprzedni komentarz był rozwinięciem (mój punkt widzenia) ostatniego akapitu z wpisu Uli :) .

      Usuń
  5. Wiesz Ula, że udało ci się ostatnio zmusić mnie do myślenia w tej tematyce. I dochodzę do wniosku, że marny byłby ze mnie minimalista - mam dwa rowery, doskonale bym sobie z nimi poradził, a mimo to kupuję trzeci i cieszę się z niego.


    Co nie zmienia faktu, że "żyć oszczędniej" jest fajną nagrodą za takie podejście do życia. I z tej części minimalizmu mam zamiar korzystać ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ula,

    Pozwolę sobie na komentarz, może nie wkurzysz się :) nie sądzisz, że w długiej perspektywie (w tym kapitalistycznym społeczeństwie) minimalizm finansowy rozumiany jako przedkładanie większej ilości wolnego czasu nad wyższe zarobki może zaowocować trochę niemiłym rozczarowaniem na emeryturze (głodowa)? Wiem, że związane z minimalizmem wyrabianie w sobie odruchu codziennej oszczędności dość dobrze przygotowuje do przyszłego raczej ubogiego (finansowo) życia, ale nie na wszystkim da się oszczędzić – teraz jesteś młoda i nie wydajesz specjalnie dużo na służbę zdrowia, na starość same lekarstwa to często wydatek kilkaset złotych miesięcznie. Dlatego ważne jest moim zdaniem, żeby odkładać jakąś kasę na daleką przyszłość albo na gorsze lata (w dowolnej postaci, składki do ZUSu czy oszczędności).

    Nie wspomnę też o wartości dla społeczeństwa, jaką jest praca jednostki – gdyby większość z nas wyznawała do niej minimalistyczne podejście, nie byłoby stać społeczeństwa na wybudowanie infrastruktury drogowej, kolejowej, miejskiego transportu publicznego, dofinansowywanej służby zdrowia etc. Innymi słowy, ten, kto płaci mniejsze podatki, mniej współpracuje na rzecz szeroko rozumianej wspólnoty. Oczywiście nie przyczepiam się do dysproporcji w zarobkach, tylko do planowanego umieszczenia się na marginesie społeczeństwa w zakresie płacenia podatków.

    Co do reszty przemyśleń, to pełna zgoda, minimalizm wykształca więcej dobrych cech w ludziach niż podejście konsumpcyjne czy materialistyczne. Dodatkowo nie bierz powyższych przemyśleń jako ataku na twój styl życia – znasz mnie i wiesz, że jestem żywotnie zainteresowany szerokimi prawami dla mniejszości. Chciałem raczej wskazać, że minimalizm finansowy rozumiany jako świadomy wybór każdego z nas, to jednak w obecnym systemie społeczno-gospodarczym powinien być raczej alternatywą dla niewielkiego procentu ludzi, reszta z nas niech pracuje od świtu do nocy ku chwale ojczyzny :)

    P.S dwie wrzutki językowe: „antykonsumpcjonizm” zamiast „antykonsumpcja” i „adekwatność” zamiast „adekwatyzm” (wiem, że to drugie to licencia poetica twojego kolegi, ale po co powielać błędy językowe)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też o tym dumałem, ale jakiegoś szczególnego zagrożenia dla gospodarki nie widzę w tej kwestii. Nastawienie produkcji na to, że przedmiot ma służyć "krótko" dostatecznie napędza gospodarkę. A to, jak sobie będzie radził człowiek na emeryturze niekoniecznie zależy od wysokości pensji. Znam ludzi, którzy zarabiają naprawdę dużo i żyją w zasadzie na granicy wydając wszystko co mają. Znam też takich (tych mniej) którzy zarabiają średnio bądź niewiele i potrafią odłożyć niezłą kwotę "na wypadek".

      Usuń
    2. Tomku, w żadnym razie się nie wkurzam. Twój komentarz jest bardzo cenny. Rzeczywiście temat gospodarki i wpływu minimalizmu na gospodarkę poruszało już przede mną kilku blogerów. Zastanawiali się oni nad takimi kwestiami, czy warto wspierać państwo, które trzyma się na nogach tylko dzięki temu, że ludzie się zapożyczają, żyją ponad stan lub nadmiernie konsumują. W końcu od każdego zakupu idą VAT-y i podatki (których osoba nie mająca firmy nie może odzyskać). Dużą zmianę w sposobie myślenia przynosi założenie własnej działalności i bardzo namacalny wgląd w finansowe obciążenia. Płacenie ZUS, VAT i podatków powoduje, że zarobki topnieją. Oczywiście nie jestem fantastą i rozumiem, że "dobro wspólne" czyli np. infrastrukturę musimy solidarnie utrzymywać. Tak jest od czasów starożytnych, podatki zawsze były, tyle że środki wykorzystywano lepiej lub gorzej. Niestety to, co się teraz u nas dzieje to właśnie to "gorzej". Pogadaj z ludźmi pracującymi w budżetówce lub mającymi wpływ na finanse publiczne. Posłuchaj o przekrętach, głupich przepisach, ustawianych przetargach itp. Nie chcę tu wchodzić w szczegółowe, polityczne kwestie, ale ogólnie nie jestem dobrego zdania o tym, co dzieje się z naszymi pieniędzmi.
      W tej sytuacji zrobienie czegokolwiek samemu, bez żadnych podatków (chociażby ostrzyżenie się) to czysty zysk i forma małego buntu przeciwko publicznej administracji. Chociaż kto wie, może kiedyś państwo i na tym połozy łapę, opodatkowując na przykład posiadanie narzędzi? ;) Pomysłów na sięganie do kieszeni jest naprawdę coraz więcej.
      I tak jak powiedziałam w wywiadzie - nie sądzę, by minimalizm przybrał jakieś ekstremalne rozmiary. Wystarczy pójść do supermarketu i popatrzeć na wyładowane koszyki oraz amok w oczach.
      Poprawiam antykonsumpcję - masz rację, ale adekwatyzm zostawiam.

      Usuń
    3. Ula - państwo już opodatkowało narzędzia - przecież kupując je, płacisz VAT ;)

      Usuń
    4. Ale nie płacę podatku od usługi. :)

      Usuń
    5. Ula - nie ma pewnie sensu rozwijać tego mocno pobocznego, jakim jest wpływ minimalizmu na gospodarkę (w końcu, jak sama napisałaś, nie chodzi o to, żeby być świętym Aleksym, tylko trochę pohamować się w zakupach i wypracować sobie zadowalający stan ducha i posiadania) czy też wątku pt. kondycja państwa jako wspólnoty, ale nie mogę powstrzymać się przed zadaniem pytania: w jakim okresie w historii Polski podatki (czy też inna forma kasy zrzutkowej społeczeństwa, za PRLu chyba tak to nie nazywało się wprost) były twoim zdaniem lepiej wykorzystywane? Jak narzekać, to konstruktywnie.

      Ja tam cieszę się, że to państwo "kładzie łapę" na części naszych pieniądzy i że nie muszę płacić oddzielnie za np na służbę zdrowia, utrzymanie dziadków czy rodziców nie pracujących już, że nie muszę bać się (w miarę) złych ludzi, bo jest policja itd. Zawsze jest coś za coś (i nie przemawiają do mnie argumenty o tym, że np nie muszę zrzucać się na szkołę, bo nie mam dzieci, które trzeba wykształcić) i co więcej, wydaje mi się, że trzeba w sobie też pielęgnować takie coś jak solidarność społeczna. Dodatkowo cieszę się nawet, gdy państwo zgarnia więcej ode mnie z roku na rok i realizuje zbiorowe projekty, na które mnie samego nigdy nie byłoby stać (fundowanie badań naukowych i wynajdowanie nowych leków, nowych praw wszechświata, tworzenie dzieł sztuki).

      A propos strzyżenia samodzielnego włosów, przyszedł mi zupełnie inny przykład dziś do głowy, gdy zobaczyłem produkt o nazwie "zestaw do samodzielnego hodowania pomidorków koktajlowych na parapecie" (don't ask). Otóż gdybyśmy chcieli więcej czynności robić samemu (pomijam tu satysfakcję duchową z tej czynności), to nie zostałoby nam w ogóle wolnego czasu, np rolnicy mieli kiedyś zatrzęsienie roboty ze zbiorem żywności, która im ledwo wystarczała na przeżycie, teraz przy specjalizacji produkcji żywności jest dużo szybciej i efektywniej zjeść za pomocą pośrednika-producenta. Tak więc wracając do tematu minimalizmu, na samodzielnym robieniu rzeczy tracimy nasz czas czyli nasze życie :)

      Usuń
    6. Samowystarczalność - czy chodzi o jednostkę, czy o rodzinę, czy dane społeczeństwo - nie ma dziś większego sensu. Tu się z Tobą zgadzam. Chociażby inne społeczeństwo żyje w miejscu, gdzie można wyhodować coś, co u nas nie rośnie. To jasne. Mimo to nie demonizujmy codziennych czynności, szukajmy w nich również radości. Mnie cieszy, kiedy umiem coś sama zrobić. To jest moje życie, a nie uciekanie przed każdą czynnością w poszukiwaniu.... no właśnie - czego?

      Usuń
    7. Nie ma czegoś takiego jak "strata czasu". ;)

      Usuń
    8. Na początku chciałbym się odnieść do dwu wypowiedzi - w pierwszej autor martwi się wpływem minimalizmu na gospodarkę a w drugim "cieszy" się, że państwo zabiera nam nasze pieniądze i dzięki temu nie musi płacić oddzielnie na służbę zdrowia. Obie tezy są absurdalne. I wbrew pozorom ściśle łączą się z minimalizmem. Otóż nie wchodząc w szczegóły - obecnie w ekonomii dominuje coś co nazywamy keynsizmem, który polega na tym aby stale "gonić króliczka". W dużym uproszczeniu uznano, że "społeczeństwo" za mało konsumuje i tę konsumpcję musi wspomóc państwo poprzez wydatki rządowe - gdyż wówczas następuje przesunięcie tzw. popytu globalnego. Stąd cała ta spirala konsumpcji, kredytów, itd.
      Jeśli chodzi o drugą tezę to jest to jeszcze większy absurd gdyż oddzielna zapłata za usługe medyczną musi być zawsze tańsza niż poprzez państwo co wynika z matematyki na poziomie podstawowym. Nawet zakładając naiwnie, że koszt własny usługi medycznej będzie ten sam w prywatnej i państwowej służbie zdrowia (a jak wiemy z teorii konkurencji - będzie większy w placówkach państwowych) to i tak dochodzą obciążenia z tytułu utrzymania administracji odpowiedzialnej za transfer środków. Słowem nie wiem skąd lubie wyciągają takie historie. Wystarczy pójść do "państwowego" dentysty i zrobić sobie "za darmo" taką na przykład szóstkę ;)
      Ula, słusznie zatem nie przykładasz do tego uwagi.
      A wracając do Twojego wpisu (bardzo ciekawego) to podobnie jak pisałem w komentarzu do poprzedniego artykułu zmodyfikowałbym punkt: życie wg własnych potrzeb oraz potrzeb innych. Tak jest chyba bezpieczniej by nie popaść w egocentryzm. I od razu dodaję, że nie są to uwagi ad personam (podobnie zresztą jak w poprzednim komentarzu)jako, że z bloga wnioskując widzę osobę życzliwą, pełną pozytywnej energii, pełną pasji.
      To czego mi brakuje na blogach traktujących o minimalizmie to przesunięcia akcentu ze sfery negatywnej (czego nie robić) do sfery pozytywnej (co robić). Zbyt często pisze się o posiadaniu a zbyt mało o minimalizmie w sferze aktywności, celów itd. A przecież dzisiejsze zabieganie wynika nie tylko z zarobkowania ale z realizacji zbyt wielu celów - często bezcelowych :)

      Pozdrawiam
      Janusz

      Usuń
    9. Januszu, dziękuję. Sama nie mam wiedzy o finansach wykraczającej poza księgowanie w jednoosobowej firmie i coroczne rozliczanie PIT. Na szczęście nikt nie musi się znać na wszystkim.
      Co do ostatniego akapitu. Rzeczywiście przeważnie podkreśla się porządki w rzeczach materialnych. A przecież za tym idzie dużo więcej. Podam przykład: 20 lat temu interesował mnie taoizm i zen. Jednak byłam tak przywiązana do rzeczy, marzeń, wyobrażeń o samej sobie itd., że te słowa choć ciekawe wydawały mi się puste. Może to było za wcześnie, byłam zbyt głodna życia. Teraz potrafią do mnie dotrzeć (tak mi się wydaje). Zresztą Loreau napisała - kto nie miał nadmiaru, nie doceni prostoty. Przez pewne etapy chyba trzeba przejść.

      Usuń
    10. ostatnio podjąłem się próby zdefiniowana tego, co by było, gdyby nagle każdy stałby się minimalistą: http://www.wolnymbyc.pl/wrog-publiczny/ oczywiście to tylko mój pogląd i zdaję sobie sprawę, jak niewygodna byłaby taka sytuacja dla większości społeczeństwa.

      Usuń
  7. Kolejna moda na cos, co jest znane i praktykowane od stuleci? Pustelnicy, mnisi propaguja i praktykuja taka postawe od wiekow.
    Minimalizm... a moze zwyczajnie zdrowy rozsadek i tyle!?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wielu takich ascetów znasz? ;) Tak swoją drogą - jak tam Twoje liczne depozyty? ;)

      Usuń
    2. Azcety nie poznalem. A swoja droga - depozyty maja sie swietnie! Rosna!!!!! :)

      Usuń
  8. Albo marnujemy czas na wykonywanie różnych czynności np uprawę warzyw albo marnujemy czas na zarabianie pieniędzy żeby móc je kupić gotowe. Jednak pierwsza czynność daje radość a druga zazwyczaj jest koszmarnym kieratem.
    Tofalario z garnkami zostałaś daleko w blokach , nas jest czworo + pies + 10 jajkoznoszek a garnki mam 4.
    Ps . Nie jestem minimalistką z nazwy chyba raczej z urodzenia.
    Pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "zarabianie pieniędzy (...) zazwyczaj jest koszmarnym kieratem"

      serdeczne wyrazy współczucia z powodu koszmarnych doświadczeń z niedopasowaniem wybranego zawodu do zainteresowań, ale to przecież nie jest generalna zasada, tylko jednostkowe doświadczenie. Większość ludzi chyba jednak robi zawodowo to, w czym czują się najlepiej, a nie to, co im sprawia najmniej przyjemności.

      A co do radości z uprawy warzyw, to napisałem przecież, że celowo pomijam przyjemność, którą daje pielęgnowanie roślinek? Chodziło mi tylko o efektywność tych czynności - wyhodowanie 20 pomidorków koktajlowych kosztuje mnie pewnie kilka godzin pracy, podczas gdy ich koszt przy masowej produkcji to parę złotych.

      Usuń
    2. Zgadzam się, że praca nie musi być koszmarem ani kieratem. A co do czasu poświęcanego na to czy tamto. Przykład pomidorków - w moim przypadku również nietrafiony, bo prawdopodobnie nic by mi nie wyszło. Niestety ogrodnictwo to nie moja bajka i poza wyhodowaniem rzeżuchy inne rośliny nie mają u mnie szans.
      Podam jednak inny, prostszy przykład, wracając do znudzenia do postrzyżyn, wybacz Łysy. :) Mam dobre nożyczki i noszę grzywkę. Przycięcie sobie grzywki zajmuje mi 5 minut. Gdybym chciała 1. znaleźć dobrą fryzjerkę, która zrobi to tak samo 2. umówić się i dojechać 3. zapłacić za usługę - to na tę prostą operację straciłabym ze 3 godziny. Dodam tylko, że nożyczki, choć nie tanie, już dawno się zwróciły, bo mam je od kilkunastu lat.

      Usuń
    3. przykład z postrzyżynami jest nie do ruszenia, gdybym mógł, też bym chętnie sam strzygł się... nienawidzę chodzić do fryzjera i tracić tam czas (a także kilkadziesiąt złotych na miesiąc), przeważnie też niezadowolony wychodzę. No ale ja nawet bokobrodów nie umiem sobie równo przystrzyc, więc o autostrzyżeniu nie ma mowy.

      Pisałem raczej generalnie o robieniu zasady z samodzielnego radzenia sobie w życiu zamiast kupowaniu produktów od innych, wyspecjalizowanych w tym grup ludzi. Ale może popełniam podstawowy błąd przy podejściu do minimalizmu czyli próbuję za bardzo uogólnić jego zasady i może to jest tak samo jak z ilością przedmiotów - nie ma reguły co do tego, co warto robić samemu, a co lepiej kupić od producenta masowego czy też usługodawcy lepiej doświadczonego ode mnie.

      Za to regułą powinno być rozważenie rachunku "ekonomicznego" (wiem, nuuuuda!) każdego przypadku - jakim kosztem robimy to samemu, jakim kosztem kupujemy od kogoś, czy może taniej albo więcej przyjemności da nam zrobienie tego samemu, a może wręcz przeciwnie, nie ma sensu bawić się w ogrodnika (ty) czy fryzjera (ja).

      Usuń
  9. System depozytów, rozproszonych poza naszym miejscem zamieszkania, jest według mnie dobrym sposobem na odsunięcie sprzed naszych oczu narastającego stanu posiadania. Pozwala na zachowanie równowagi w otaczającej nas przestrzeni. Oczywiście taki system jest akceptowalny tylko dla tych, którzy nabywają przedmioty pomagające im realizować się w życiu, a nie chcących cieszyć oczy ich posiadaniem. Możemy pozazdrościć nielicznym, którym do realizowania się w życiu wystarcza jedynie ich wnętrze. Dla mnie, dla Maria, depozyty dedykowane określonym zainteresowaniom są niezbędne, tak jak dla buddystów określona praktyka duchowa. Inna sprawa, że kontrola stanu posiadania przy mocnym rozproszeniu lokalizacji depozytów wymaga dobrego wsparcia logistycznego;) Co jakiś czas robię rachunek sumienia moich zainteresowań. W konsekwencji czasami decyduję się na likwidację nieaktywnych depozytów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcin, możesz streścić co dokładnie rozumiesz pod pojęciem takiego depozytu? Bo nie jestem w temacie, a brzmi ciekawie :)

      Usuń
    2. Iroman, krótko Ci podpowiem, co Marcin ma w depozytach, o których wiem. 1. W pracy depozyt z kaloszami, kurtkami na wyjazdy w teren itp. 2. U kolegi, z którym się wspina - szpej wspinaczkowy. 3. Na strychu na wsi - sanki.
      To chyba wszystko, chyba że o czymś nie wiem. ;)

      Usuń
    3. Ironman, w sprawie sztuki zakładania depozytów powinieneś zwrócić się do Mojego Nauczyciela - Tenzinga. Czasami dzieli się swoimi przemyśleniami na blogu Tofalarii. W moim rozumieniu depozyt to pojęcie z pogranicza czasoprzestrzeni materialnej, a więc zbiór przedmiotów związanych z jakąś ideą zlokalizowanym na czas pewien w bardzo konkretnym miejscu, potocznie nazywanym "magazynem". Termin dawniej wykorzystywany przez uczestników wypraw polarnych, dla zapasów sprzętowych i żywnościowych pozwalających pokonywać bezludne tereny. Tenzing również zakłada depozyty sprzętu wyprawowego (jest polarnikiem i podróżnikiem), są one rozproszone po całym świecie (np.: Antarktyda) ale nie są dedykowane konkretnej wyprawie. Raczej założone "w razie czego" ;)
      Moje depozyty są dedykowane konkretnym aktywnościom, które uprawiam raz, kilka razy w roku i zlokalizowane są, jak wspomniała Tofalaria, w mojej pracy i w mieszkaniach kolegów. Depozyt "zimowy", który ostatnio dość dynamicznie się rozrasta, planuję przenieść do pracy, na moje 36 m2.

      Usuń
  10. Ula - dzięki za odpowiedź, takiej oczekiwałem i tak też rozumiem minimalizm - cieszenie się tym, co masz, tym, co dostajesz od życia na co dzień. Też cieszę się z tych małych skillów, które nabywam w życiu, np dziś pan hydraulik, do którego zadzwoniłem z prośbą o pomoc przy rozgrzebanym wczoraj wieczorem zepsutym kibelku, powiedział, że nie ma czasu wprawdzie dziś, ale podpowiedział mi przez telefon jeszcze jedną opcję do wypróbowania.

    A stratą czasu jest takie spędzanie go, które nie daje ci zadowolenia, np przedłużający się remont czy grzebanie trzeci dzień przy komputerze nie mogąc go naprawić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, natomiast potocznie rozumiana "nuda" nie jest stratą czasu. ;) Hydraulika jest prosta, dopóki nie trzeba zgrzewać rur, ale te połączenia na wpust i gwint są do ogarnięcia. ;)

      Usuń
  11. Minimalizm - spoko, ale przesadzać też nie powinniśmy. Co to za frajda, jak bibliofil musi sprzedawać swoje książki? 100 rzeczy wydaje mi się totalnym przegięciem, przecież trzeba się w coś ubrać i mieć szczoteczkę do zębów.

    Choć z drugiej strony, raz u znajomej w łazience z ciekawości policzyłem kosmetyki damskie, które były na wierzchu. Wyszło bodajże 30 sztuk :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy, co to za książki i czy są w ogóle potrzebne. Zbieranie dla samego zbierania jest zawsze trochę bez sensu, prawda?
      30 kosmetyków? O rety. Może zrobię jakiś wpis na ten temat. :)

      Usuń
  12. Świetny wpis - sam do tej pory minimalizm bardziej czułem niż potrafiłem zdefiniować. Czułem się z tym trochę niezręcznie, a dzięki temu co napisałaś wiem, że wcale nie muszę znajdywać dokładnej definicji, nie muszę zamykać tego pojęcia w sztywne ramy. dzięki!

    Dodam tylko że jest takie fajne anglojęzyczne słowo 'frugal' - u nas za bardzo nie funkcjonuje, a szkoda, bo bardo fajnie oddaje istotę rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że chodzi o wolność - nieograniczanie się w żadną stronę. Ale z czasem docenia się to "mniej" jako stronę lepszą.

      Usuń
  13. Sa dziedziny w których potrafie byc minimalistka (mamy tylko 4 garnki :-) i co czesto jest niejako wymuszone (malo szafek w kuchni = malo garnkow, talerzy itp, itd) ale sa dziedziny, szczegolnie moje pasje/hobby gdzie wciaz chce wiecej (probuje z tym walczyc)...
    Ale potrzebe "porzadku" i niechomikowania czulam w sobie chyba od zawsze. Tylko nie wiedzialam ze to ma jakas madra nazwe :-)

    Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kejt, ostatnio zastanawiałam się sporo nad minimalizmem i jak to jest z naszym podejściem do przedmiotów. Prowadzę na ten temat rozmowy ze znajomymi, wypytuję ich o ich stosunek do stanu posiadania. Okazuje się, że ten stosunek pięknie odzwierciedla nasze życiowe historie i zawirowania. :)

      Usuń
  14. Dla mnie minimalizm to bardziej 'zastanawianie się, co dla mnie ważne', a nie odliczanie w dół stanu posiadania. W kwestii przedmiotów jestem (po mamie) urodzonym niechomikiem, uważam, że rzeczy, to taka fala, która przepływa przez mój dom - czasem zostaje na dłużej, czasem na chwilę ;) Dziś wolę coś poczytać, jutro może zgarnę garść ciuchów w siatkę i wyniosę do kontenera. Nie koncetruję się ani na tym, żeby mieć jakieś rzeczy, ani na tym, żeby ich nie mieć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę pozytywnego wzorca w genach! ;)

      Usuń
  15. Bardzo to buddyjskie, wyzbycie się "pragnienia". Zdaje się, że obecny Dalajlama podawał przykład samochodu. W wiosce, gdzie rower jest dostatkiem, posiadanie super samochodu dla samej idei posiadania jest dziwne, posiadanie dobrego auta w innej sytuacji - lekarz gnający do chorych z wioski do wioski, jest już oczywistą potrzebą. Zatem popieram te "6 garnków", rozumiem ideę, zbieram się do oczyszczania mieszkania, ale i umysłu. Do zadawania pytań. Cieszę się, że tu trafiłam.

    OdpowiedzUsuń
  16. Pozwolę sobie troszkę odkopać komentarze pod tym niezwykle ciekawym wpisem, bo ostatnio dużo się nad paroma rzeczmi zastanawiałem i wymóżdżyłem kilka wniosków :-)
    Mnie nigdy nie pasowała nazwa "minimalizm" i to co się z nią stało, czyli właśnie liczenie rzeczy, czy wzięte z sufitu problemy, typu już legendarnego "czy para skarpet to jeden czy dwa przedmioty?". :-) To zaczęło być dla mnie absurdalne, męczące i przede wszystkim szkodliwe dla idei. Osobiście zachęcam ludzi do prostoty i chciałbym, żeby jak najwięcej ludzi (oczywiście dobrowolnie:-)) się do niej przekonało, po prostu dlatego, że takie życie jest wygodniejsze i lepsze. A jeśli taki jeleń zajrzy sobie do sieci, i zobaczy takie absurdy, to nie będzie kopał głębiej, nie powie "ale fajne, ile mógłbym zyskać jakbym zaczął tak robić" tylko się zrazi i pójdzie z powrotem oglądać telewizję. Ostatnio tu: http://mysli-slepca.blogspot.com/2013/07/maksymalizm.html o tym pisałem. Może to być z lekka nieczytelne, bo po pierwsze to był taki porwany, wyrzucony ze mnie "myślociąg", którego nawet porządnie nie przeredagowałem, a po drugie jest opisane bardzo skrótowo, ale mam nadzieję, że wyszło może nie smaczne, ale przynajmniej jadalne :-)

    P.S.
    Tego bloga czytam od dość dawna, ale zdałem sobie sprawę z tego, że jeszcze nigdy go nie pochwaliłem. I wcale tego nie zrobię, bo gdybym miał zacząć go chwalić po swojemu, to nie skończyłbym do jutra :-)
    Muszę też podziękować, bo czytanie natchnęło mnie, żeby też zacząć może nie tyle coś skrobać, bo to i tak robiłem, ale publikować to w internecie w formie bloga właśnie.

    P.P.S.
    No dobra, chwalę, ale nie po swojemu, tylko minimalistycznie: NAPRAWDĘ GENIALNE!

    Pozdrawiam,
    Ślepy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja minimalistycznie - serdeczne dzięki!

      Usuń
  17. Przepraszam, że wracam do tematu po roku... Ja w sprawie tego amoku i pełnych koszyków. Kiedyś też miałem takie - niezbyt dobre - zdanie o ludziach w hipermarketach. Wydawało mi się, że tylko ja miałem rzeczywistą potrzebę kupienia czegoś, a reszta to przyjechała bez potrzeby wydawać pieniądze. Teraz myślę, że część z nich na pewno, ale chyba jednak nie wszyscy... Nawet jeśli połowa z nich przyjechała z jakąś pilną potrzebą (np. skończył im się papier toaletowy, proszek do prania i szampon, albo ostatnie spodnie się zniszczyły), to efekt skali spowoduje odczucie, że do tej świątyni konsumpcjonizmu "walą głupie tłumy".

    A pełny koszyk? No cóż, moje dzieci właśnie dorastają... Zawsze mi się wydawało, że ja jem dużo. Teraz patrzę na te moje chudzielce, widzę, ile w siebie potrafią wrzucić (i nic po nich nie widać!!!) i myślę, że jem jak wróbelek. A one? Bagażnik jedzenia dwa razy w tygodniu. TO SĄ GĄSIENICE. Serio. :-)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ciekawy wpis, odniosę się jednak bardziej do komentarzy. Mój mąż to taki trochę MacGyver, wiele rzeczy potrafi sam naprawić, wiele zrobić samemu, w zwiazku z wykonywaną pracą ma wiele narzędzi. Jeśli coś trzeba zrobić, czy naprawić najpierw oczywiście ocenia, czy byłby w stanie zrobić to samemu, jeśli tak ile czasu by mu to zajeło a ile wziąłby za to fachowiec. Jeśli wychodzi np. że sam zrobiłby to w 3h a fachowcowi musiłby zapłacić 6h swojej pracy to rachunek jest prosty ;) Jeśli wychodzi mniej więcej po równo to ocenia jak "upierdliwe" byłoby dla niego to zajęcie, jeśli uznaje że dana praca sprawi mu przyjemność albo przynajmniej nie sprawi bólu ;) wtedy robi sam, jeśli uznaje, że robota byłaby dla niego nad wyraz "upierdliwa" i woli te same godziny spędzić w pracy, wtedy udaje się do fachowca, nawet jeśli wychodzi to nieco drożej.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ze względu na intensywne ataki spamerskie komentarze tylko z kont Google. Przepraszam za utrudnienia.