Strony

wtorek, 8 stycznia 2013

Od direttissimy do kacabajki

Lubię słowa. Słowa? Tak, po prostu. Świat słów jest bogatszy nawet od świata kolorów (mojej wielkiej miłości). Jako dziecko uwielbiałam zaglądać do słownika albo encyklopedii. Nazwy zwierząt, roślin, minerałów itd. brzmiały czasem groźnie, czasem przepięknie. Budziły skojarzenia wręcz namacalne. Pamiętam frustrację, gdy nie mogłam znaleźć w żadnym domowym słowniku znaczenia „direttissimy”, o której śpiewał Bellon w jednej z piosenek. Teraz to nic trudnego, w internetowych bazach, wzbogacanych przez użytkowników, bardzo demokratycznie występują hasła z najróżniejszych dziedzin...

Jednocześnie odnoszę wrażenie, że słownictwo „internetowe”, to jest używane w internetowych wypowiedziach, a także we współczesnej prasie i, o zgrozo, literaturze, to obracanie się w gromadzie coraz prostszych i powszechniejszych słów. W naszym domu rodzinnym usłyszelibyście: hadko, winkiel, czaj, kapcylinder, klapcążki, a nawet przywieziony (-ą?) z zagranicy hajłej. Mieszaliśmy słowa staropolskie, śląsko-niemieckie, rosyjskie, angielskie, a także tworzyliśmy własne (np. kuszuntuczek) - było zabawnie i nikomu to nie przeszkadzało.

Mogę godzinami dyskutować o różnicach w smaku słów (niekoniecznie przetworów): dżem, marmolada, powidła, konfitura i przecier. Kiedy wymawiam każde z nich, wyobrażam sobie zupełnie coś innego! Uwielbiam obserwować narodziny nowych wyrazów. Na przykład takie kolarskie, szybkie skróty jak kiera, amor i siodło (nie mogą przecież odstawać od równie „szybkich” ram, kół, rogów...).

Kiedy sięgam po starą, dobrą literaturę, zachwycam się przede wszystkim językiem. Od czasu do czasu po prostu muszę poczytać zakałapućkane historie o alochtonach odzianych w kacabajki z czesuczy i botforty, przemykających między gazonami. Lubię natknąć się na zupełnie nowe słowo. Wcale nie czuję się wtedy niedouczonym ignorantem. Raczej jak entomolog, który odkrył nowego chrabąszcza. :)

Ciekawa jestem, czy lubicie znajdować takie perełki w powieściowej fabule? Czy zwracacie na nie uwagę? A może podzielicie się... słowem?

17 komentarzy:

  1. Och, Kochana, trafiłaś w moją miłość :) W moim rodzinnym domu słowotwórstwo oraz wyszukiwanie słów rzadkich a soczystych kwitły na całego i były czule pielęgnowane. A studia filogiczne i zamiłowanie do czytania mogły słowną fiksację tylko pogłębić. Że nie wspomnę o pracy tłumacza i blogowaniu.
    Mam mnóstwo ulubionych słów. Na przykład "muhafaza", "kurcgalopek", "plereza", "kontredans", "schechłany", "hulaszczy", "mufa", "miareczkowanie", "lupanar". Może nie są szczególnie rzadkie, ale lubię ich brzmienie.

    Acha, u nas też często mówiło się, że ktoś się zakałapućkał :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okazuje się, że nawet mała grupa mieszkająca razem tworzy własny "język". Ciekawe, czy ktoś kiedyś badał takie rodzinne języki. Zamiast "zakałapućkał" mówimy jeszcze czasem "zakołował", choć znaczenie jest nieco inne (trochę jak "skołowaciał").

      Usuń
  2. plereza daje rade
    ale i tak wole sobie posiutrać
    zwłaszcza, gdy jestem na ksiutach

    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Treska z pieska, szklana plerezka.. :)

      Usuń
  3. Moja Babcia na pewną część damskiej bielizny mówiła " biushalter" co mnie bardzo śmieszyło.Natomiast na taką dużą klamerkę do robienia fal na włosach mówiła "maszynka"Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Polecam sympatyczną lekturę - Od Czarnohory do Alp Rodniańskich, autorstwa Hugo Zapałowicza, niepozorna książeczka na jeden wieczór, w której znaleźć można urok dawnego stylu po górach łażenia (górołażenia), kopalnię nazw botanicznych oraz po prostu fajny klimat i trochę starego języka. Wydana przez antykwariat górki Filar.

    Osobiście uwielbiam nazwy botaniczne, jakom botanik ;). Do moich ulubionych należy zwrotnica zwierciadło Wenery Specularia speculum-veneris oraz oman oko Chrystusowe Inula oculus-Christi ;).

    Z przychodzącego mi teraz na myśl słowotwórstwa górskiego - "fekalioplastyka" czyli "rzeźba w g.", zwykło się mówić na widok nieprzerwanie ciągnących się po horyzont zarośli kosodrzewiny, w których przyjdzie brodzić przez dobre pół dnia ... oj, bywało ;).

    Pozdrawiam!
    Abiesgrandis ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawna literatura górska (i nie tylko górska) faktycznie obfituje w słownictwo, które już wyszło z użycia. Dla mnie zaskoczeniem było słowo "rukzak" i duża niechęć do powstałego wówczas słówka "plecak". Pisał o tym Klemensiewicz w swoich "Zasadach taternictwa". ;)

      Usuń
  5. Z miłości do słów poszłam na polonistykę i do tej pory zajęcia językoznawcze to dla mnie największa radość.
    Ulubione słowo zmienia mi się tak często... Ostatnio jestem zauroczona tymi: szpicruta, pochop i oprychówka :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znałam pochopu i oprychówki, dzięki!

      Usuń
  6. Moi dziadkowie uzywali czasami slow slow typu szarawary, kandachary czy kalisraki :-) Lubili tez czesto mowic slowo konsensus zupelnie z niewiadomego dla mnie powodu...
    A mi z racji dlugiej juz emigracji czasami brakuje prostego polskiego slowa i wkurza mnie to niemilosiernie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kalisraki to odnosnie czego? bo moj dziadek tak mawial na kalesony:D

      Usuń
    2. Szarawary dość popularne, pozostałych nie znałam.

      Usuń
  7. Fryzolog mi się przypomniał jeszcze. Biusthalter też u nas działał. I ksiuty.

    OdpowiedzUsuń
  8. Trzymają mnie się takie słowa jak aczkolwiek, azaliż, huncwoty, basałyki - i to skutecznie, ponieważ wyrywają mi się w czasie rozmowy powodując dziwne spojrzenia, jakbym trafiła do niewłaściwej epoki :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Hej Tofalario, dopiero teraz się ujawniam, ale już od dawna czytam Twojego bloga, bo jest super super:-)

    Moje ulubione słowo to Filifionka:-)Używam też codziennie słowa "strasznościowe" - że np. coś jest strasznościowo fajnościowe, albo że czegoś strasznościowo nie lubię. Poza tym mam dwa ulubione słowa po hiszpańsku "Pitufo" czyli smerf i "refunfuńar" czyli zrzędzić:-) (czyta się tak samo jak po pol.)

    Jeszcze a propos dziwnych słów to ostatnio czytałam bardzo fajne czytadło (w sensie że nic bardzo ambitnego, ale nie mogłam się oderwać) pt. "Siostrzyca" J. Hardinga i główna bohaterka, 12-letnia dziewczynka, posługuje się wymyślonym językiem, np. pisze "dobiurkowałam" zamiast podeszłam do biurka albo że służąca była "ułokciowana w mące":-) W tle ponure XIX-wieczne domostwo i złowroga guwernantka... polecam:-)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ze względu na intensywne ataki spamerskie komentarze tylko z kont Google. Przepraszam za utrudnienia.