Strony

wtorek, 10 kwietnia 2012

Minimalizm - moja trzecia wiosna

Wiosna jest czasem tradycyjnych porządków. Dla wielu osób także pozbywania się niepotrzebnych rzeczy. Przyroda i słońce przynoszą optymizm i tak jakoś łatwiej uporać się z różnymi zaległymi sprawami i zbędnymi przedmiotami. Dziś zwierzenia Prawie Anonimowego Prawie Minimalisty. ;)


Inspiracja nr 1
Dla mnie to już trzecia wiosna, odkąd usłyszałam pierwszy raz słowo „minimalizm”. Odwiedził nas wówczas kolega Grześ, młodszy o 10 lat, który był wtedy na etapie ostrej selekcji stanu posiadania. Miał nawet tabelkę, w której spisał swój dobytek, z podziałem na kategorie. Wynikało z niej, o ile dobrze pamiętam, że ma 250 rzeczy. Zrobiło to na mnie duże wrażenie. Byłam jednak dość sceptyczna, czy to dla mnie. Po pierwsze, był sporo młodszy (w dodatku facet), więc po prostu nie uzbierało mu się jeszcze tyle różnych rzeczy. Miał inne zainteresowania. Nie muszę chyba tłumaczyć, że niektóre zajęcia wymagają posiadania większej ilości narzędzi i materiałów niż inne. Mieszkał sam, w wynajmowanym mieszkaniu. Na pewno było mu łatwiej panować nad tą swoją tabelką. Kiedy jednak zaczął mi pokazywać różne rzeczy w naszym domu i pytać, czy na pewno są mi one potrzebne, zaczęłam się zastanawiać. Był to pierwszy impuls, który zaowocował pozbyciem się całkiem pokaźnej sterty różności, tych najbardziej absurdalnych, pomyłkowych zakupów, niepotrzebnych prezentów, bibelotów, śmieci, notatek ze studiów itp.

Inspiracja nr 2
W sumie idea minimalizmu nie była dla mnie całkiem nowa. W końcu od wielu lat wyjeżdżałam z plecakiem, czasem w odległe miejsca, i musiałam mieć przy sobie wszystko, co niezbędne do życia i podstawowego komfortu. Namiot, śpiwór, czasem jedzenie na miesiąc, ubrania - wszystko to potrafię zmieścić w 60-litrowy plecak. Czy podczas tych wyjazdów myślę o PRZEDMIOTACH, które zostały w domu? Nie. A przecież przeżywam piękne, szczęśliwe chwile. To znaczy, że dobra materialne nie mają z tym szczęściem i wolnością nic wspólnego!

Inspiracja nr 3
Trzecim bodźcem była śmierć moich Dziadków, którzy byli niesamowitymi zbieraczami. Nie wyrzucali dosłownie niczego, bo wszystko mogło się do czegoś przydać. Nawet pobieżny rzut oka na pozostawione przez nich kolekcje najrozmaitszych rzeczy dawał wiele do myślenia. Na pewno każdy z Was zna kogoś takiego. Często to właśnie osoby ze starszego pokolenia, pamiętające wojnę i czasy kryzysu, mają problem z chomikowaniem. Stare kalendarze, zużyte części do różnych urządzeń, splątane włóczki, ba, nawet meble, których ktoś chciał się pozbyć - to wszystko składowane jest w jaskiniach chomików od podłogi po sam sufit, od piwnicy po strych. Mam nadzieję, że kolekcjonerstwo nie jest zapisane w DNA...

Po jakimś czasie, gdy poczytałam trochę o minimalizmie, o sposobach pozbywania się rzeczy (nie tylko kwestie techniczne, ale dużo trudniejsze - psychologiczne), wiedziałam już, że w minimalizmie wcale nie chodzi o te przysłowiowe 100 rzeczy, ani tak naprawdę o przedmioty. Myślę, że najbardziej zmieniło się moje podejście do konsumpcji - do zakupów, do prezentów, do tego, co wypada, a co nie wypada.

Chciałabym móc podzielić się z Wami dobrą nowiną - że mam już tylko to, co mi potrzebne, że zostałam minimalistką. Tak niestety nie jest. Wybrałam drogę stopniowej redukcji i wiem, że przede mną jeszcze sporo pracy. Wydawać by się mogło, że trzy wiosny oddawania, sprzedawania i redukowania powinny doprowadzić mój stan posiadania praktycznie do zera, ale tak się nie stało. W dodatku ten etap przejściowy jest dość męczący - prawie zawsze w specjalnie wydzielonym miejscu u nas w domu leżą jakieś rzeczy, przeznaczone „do wyjścia”. Czasem jednak trzeba poczekać na spotkanie z osobą, która zgodziła się je przyjąć, albo poczekać aż uda się je sprzedać. A to oznacza, że praktycznie zawsze mamy w domu jakieś kartony, folię bąbelkową i papier do pakowania i czasami żyjemy jak w wielobranżowym magazynie. :)

Zredukowanie niektórych dziedzin przyszło łatwiej (np. kosmetyki albo sprzęty kuchenne - ubyły nam w międzyczasie dwie półki w kuchni), inne idą bardzo powoli (książki). Na pewno każdy ma jakieś pola, które są dla niego piętą Achillesową. Na przykład Ajka pisała kiedyś, że trudno było jej opanować nadmierne zakupy spożywcze. Dla mnie akurat jedzenie nie jest problemem, zdarza mi się żyć kilka dni na „pustej” lodówce, kiedy akurat zaprzątają mnie jakieś inne sprawy. Z kolei mam problem z ubraniami, których na pewno mam ciągle o wiele za dużo, a niektóre zapomniane (wcale nie nielubiane, tylko właśnie zapomniane) zalegają w tylnym rzędzie szafy.

Mimo tych wszystkich przygód, kryzysów, inspiracji, nagłych zrywów i rozmyślań nad minimalizmem, myślę sobie, że jestem na dobrej drodze, nie musimy z Sahibem zmieniać mieszkania na większe - 28 m kwadratowych jest naprawdę ok! Wbrew obawom różnych osób nastawionych krytycznie jeszcze żadna z rzeczy, które stąd wywędrowały, nie okazała się nagle niezwykle potrzebna i niezastąpiona.

Mam taki zeszyt, w którym spisuję wszystkie rzeczy, które udało mi się sprzedać na internetowych aukcjach (wklejam do niego pocztowe potwierdzenia nadania). Kartkowanie tego zeszytu jest dla mnie jedną z najbardziej inspirujących minimalistycznych lektur w ostatnim czasie, a większa ilość powietrza wokół staje się wręcz namacalna.

A jak Wasze postępy?

37 komentarzy:

  1. Ja rachunek rzeczy sprzedanych na aukcjach trzymam w pliku z informacją ile za nie zapłacili nowi właściciele (bo nie mogę powiedzieć, że na nich zarobiłam). Ponieważ większość tej sprzedaży to odzież, stwierdziłam że w tym samym pliku będę śledzić wydatki na ubrania (zapisując je "na minus") tak by wiedzieć jak wygląda moje saldo..chwilowo nie wygląda zbyt korzystnie, bo jest na -367 zł...ale konsekwentnie będę dążyć do zera i na plus!

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak, Aube, z ubraniami jest ból, bo faktycznie trudno je posprzedawać, i jeśli w ogóle, to za śmieszne pieniądze. Jeszcze najsensowniej można sprzedać jakieś sportowe i turystyczne ciuchy. Ja mam sporo ciuchów z SH, więc też i rękę do pozbywania się lekką ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nigdy nie byłem minimalistą… i nie będę.. Nie stać mnie na telewizor plazmowy, zestaw stereo, kolejny gadżet w kuchni, nową parę butów do biegania. Czasami myślę, że brak pieniędzy to mój minimalizm.

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę Marcinie, że minimalizm nie jest tak do końca związany z możliwościami finansowymi. W końcu można latami zbierać przedmioty, można kupować tanie książki, ciuchy w second handach, brać niepotrzebne meble od znajomych (tak robili moi Dziadkowie). Nadal będzie to stan gromadzenia, zabezpieczania się. Można też mieć pieniądze, ale wydawać je w inny sposób, na przykład na podróże albo jeździć na zawody. Minimalizm to nie stan posiadania tylko stan umysłu. Kilka lat temu napisała do mnie znajoma takie słowa: "Nie boli mnie, gdy nie mogę czegoś mieć". Wtedy wydawały mi się obce i trudne do zaakceptowania, ale powoli stały się moje. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ula, zgadza się, że to stan umysłu, a nie posiadania.
      Jednak... Rozwinę myśl.

      Dla mnie minimalizm to remedium na wszechobecny konsumpcjonizm. Więcej spotkasz ludzi otaczających się "wszelakimi dobrami”, dlatego, że nie liczy się zdrowy rozsadek, a to jak są postrzegani przez otoczenie, niż zbieraczy nauczonych nieprzyjemnymi doświadczeniami. Do tego możesz dorzucić podniesienie standardu życia, wpływ reklamy etc. Tak więc rola pieniądza, kredytu, czy innej formy płatności :) jest w tym wypadku dość duża i do tego właśnie nawiązałem.

      Tak się złożyło, że groszem nie śmierdzę, przez co uprawiam racjonale oszczędzanie. Nie zbieram klamotów, nie posiadam wielkiego telewizora plazmowego, wypasionego zestawu stereo, kuchni pełnej gadżetów AGD, Jest rodzina. Dziewczynki trzeba ubrać, kupić zabawki, słodkie pyszności. Jest dom, jak skarbonka. Jest pasja. Ale gdybym dysponował grubszym portfelem pojawiłaby się pokusa, stąd twierdzenie, że brak pieniędzy to mój minimalizm.

      Pokolenie "chomików”, o których pisałaś zostaje wyparte przez te, które zainfekowała bezmyślna konsumpcja. Wpływ czasów i zmiany mentalności nie zmienia faktu, że sprowadza się to do wspólnego mianownika...

      Usuń
    2. Masz dużo racji. Przez jakiś czas miałam większe dochody, mogłam sobie pozwolić na zachcianki i często je miewałam. Teraz dochody mam skromne, a mimo to nie czuję braków. Czuję za to dużo więcej wolności w podejmowaniu decyzji. Na przykład reklamy są dla mnie czymś jeszcze bardziej abstrakcyjnym niż były dawniej. Myślę też, że takie słowa jak skromność, umiar, rozpoznanie swoich potrzeb można przeciwstawić słowu "bieda".
      Konsumpcja nigdy wcześniej w historii nie odbywała się na taką skalę. Kiedyś dotyczyła pojedynczych jednostek.
      Przykłady współczesnej "bezmyślnej konsumpcji" można mnożyć. Są na przykład ludzie, którzy obkupują się w wypasiony sprzęt AGD (który podałeś jako przykład). Nie idzie to wcale w parze z ich potrzebami kulinarnymi, zdolnościami lub wolnym czasem potrzebnym, by z nich korzystać (często jedzą na mieście). Tymczasem warto przypomnieć sobie, jak gotowały nasze babcie, czym dysponowały. Było kilka garnków, ręczna tarka, sitko, chochla, gazowa kuchenka - sprawnie operując kilkoma narzędziami potrafiły ugotować wspaniałe rzeczy, w które wkładały umiejętności, doświadczenie i dużo pracy i serca.

      Usuń
  5. Ja w posiadaniu niecierpie obawy o utrate która to czasem mi się włącza, zwłaszcza po nabyciu.
    Też myślę że trudniej jest zdecydwać się na pozbycie się czegoś niż funkcjonowanie bez tego czegoś.
    Makhi

    OdpowiedzUsuń
  6. Makhi, dobrze to podsumowałeś. Muszę o tym pomyśleć. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślę, że niektórym ludziom zgromadzone przedmioty dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Zbieractwo to swoista choroba, stan umysłu.
    Nigdy nie lubiłam gromadzić niepotrzebnych rzeczy, ciuchów i przedmiotów co nie znaczy, że dążę do życia w totalnej ascezie. Wolę raczej zorganizowany porządek. Chyba w ten sposób można to określić.
    Umiar i jeszcze raz umiar!

    Moja nieżyjąca już mama ku zdziwieniu bliskich w czasie trwania remontu spakowała swój cały dobytek do 10 kartonów. Pamiętam co wtedy powiedziała:"wiesz, jak kiedyś mnie zabraknie to przynajmniej nie będziesz musiała się martwić o kontener na śmieci..."

    Pozdrawiam,
    Bea
    xoxox

    OdpowiedzUsuń
  8. Beo, to dziś rzadka umiejętność. W mojej rodzinie praktycznie niespotykana. Raczej unika się remontów, przynajmniej tych na większą skalę. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. a ja stopniowo wyprzedaje niepotrzebne rzeczy, mniejszą część oddaje za friko, nawet dzisiaj sprzedałem akurat jeden z ciuchów w necie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak trzymaj :) a konto w jakimś portalu aukcyjnym powinien dziś mieć każdy, naprawdę każdy - ku pożytkowi ogółu :)

      Usuń
    2. wiesz, nie mam konta na aukcjach - wszystko wystawiam na portalach ogłoszeń drobnych i lokalnych

      mam na przyklad widget tablica.pl, który mogę np umieścić na blogu jako reklamę - zobacz u mnie w prawym pasku na blogu - to ostatnia reklama o dołu - wrzucam tam nawet reklamy rodziny i bliskich znajomych

      absolutnie nic nie płacę za wystawienie przedmiotów, sporadycznie wydam parę złoty na jednym lokalnym portalu kiedy trzeba wykorzystać jakieś bonusy z komórek

      Usuń
    3. jak byś chciała abym pomógł ci coś takiego założyć (albo któremuś z twoich czytelników) - napiszcie mi na moim blogu w komentarzach wiadomość to napiszę

      to nie takie proste do końca z tym modułem reklamowym, ale samo wystawianie jest łatwe

      Usuń
    4. Ja się przyzwyczaiłam do allegro, prowizje owszem są, ale zasięg rynkowy na pewno większy niż lokalne portale - czasem trochę grosza z tego wpada. Sprzedaję głównie rzeczy wyspecjalizowane i literaturę specjalistyczną, więc na lokalnym rynku nie mam niestety czego szukać.

      Usuń
    5. na pewno masz rację, zupełnie inna sprawa z niszowymi produktami

      np. ciuch który wczoraj sprzedałem wisiał prawie rok na gratce i tablicy
      ale jakoś mi się zupełnie nie śpieszyło, ani się nie spinałem szczególnie tymi ogłoszeniami

      ponieważ wystawiam rzeczy typowo użytkowe - jest sens działać lokalnie

      wpada z tego dosłownie grosz, ale warto się pozbyć rzeczy niechcianych/używanych i odgracać mieszkanie

      ja mam o tyle dobrze, że mam duże biuro - kilka pomieszczeń - i mogę odgracić mieszkanie kosztem wrzucenia czegoś do szafki w biurze

      Usuń
  10. A u mnie różnie Tofalario :-) nadal dużo wyrzucam ale też sporo kupiłam i planuję kolejne zakupy. Zbliżam się do piątej siódemki w moim życiu a to dla mnie zawsze czas zmian...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja chyba przegapiłam jakieś siódemki! Ależ ten czas leci - coraz szybciej. ;)

      Usuń
    2. E, tam! normalnie leci :-)
      a ja znów piszę :-)

      Usuń
  11. Witam, dziękuję za komentarz na moim blogu. Wokół Opowieści... kręciłem się od jakiegoś czasu. Ja też jestem starym allegrowiczem i ciągle "sprzedał" ściga się z "kupił", na razie z nieznaczną przewagą tego ostatniego. Ale nadrobimy. Ostatnie moje "sukcesy" to karton zabawek dla znajomego i worek zabawek do kontenera. Ile się tego nazbiera. Poza tym wszystkie dokumenty wepchnięte po odchudzeniu w jeden segregator. Ja też mam listę 100 rzeczy, co jakiś czas wyrzucam coś lub zgubię, ale bez skrupulanctwa - wszystkich skarpetek nie trzeba liczyć. Pozbywanie się rzeczy jest chyba moim -zdrowym- nałogiem. Czasem potem czegoś szukam i przypominam sobie, że przecież to wyrzuciłem (: A moi dziadkowie też chomikują - wszędzie te torebeczki, foliowe worki.Ale niejedno przeszli i wszystko było przydatne.
    Pozdrawiam konrad

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem trochę do tyłu z czytaniem postów.Twoje czytam wszystkie, krótko i z mądrymi spostrzeżeniami, co lubię.
    Mam pytanie,jeśli często wysprzedajesz odzież sportową/turystyczną, to jeśli nie jest to problem proszę o linka/nicka na allegro.
    Dziekuję.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedyś przeczytałam, usłyszałam,że każdy przedmiot nagromadzony w domu działa jak wampir energetyczny, wysysa z człowieka energię a do tego zabiera cenna w mieszkaniu przestrzeń.
    Ja od zawsze staram się nie gromadzić.
    Aby np.po to, jak mnie już nie będzie ktoś spakował mnie tj. wyzej opisano w parę kartonów i po sprawie?!Niestety w moim domu ciągle była walka mojego ojca i moja z moją mamą, która do tej pory lubi gromadzić,
    ale chyba bardziej nie potrafi się przemóc, aby się pozbywać niepotrzebnie nagromadzonych pierdół.
    Moja połowa też lubi gromadzić, niestety wszystko się może przydać...:-)
    Ja nie cierpię bibelotów na meblach-mam dosłownie kilka takich rzeczy- to są tylko pożeracze kurzu.Ani to uroku domu nie dodaje, tylko zbiera roztocza.
    Przestrzeń w domu jest potrzebna, człowiek inaczej funkcjonuje.
    Konsumpcjonizm w tym kraju,tona reklam wszędzie(naprawdę nie ma miejsc,gdzie by ich nie było, nawet w toaletach w kinach widzisz reklamy)Mnie osobiście przeraża.
    Mniej się dziwię osobom , co żyły w latach kryzysu w PRL u- wtedy niczego nie było , więc jak się pojawiły dobra w sklepach, to ludzie jakby nadrabiali braki, ale młode osoby w tych czasach, które tak gromadzą?-niepojęte dla Mnie.
    Dobrze zauważył ktoś wyżej, że kupują np super wypaśne agd a i tak jadają na mieście.Po co?-dla szpanu przed znajomymi i toniemy w kredytach , aby było, bo tak mają inni w domach?
    A nie lepiej kupić zwykłą kuchnię?
    Gromadzimy tez nadmiernie jedzenie: głównie w okolicach Swiąt/długich weeekendów.
    Toniemy po Swiętach wtedy w resztkach żywności wyrzucanych gdzie popadnie,niezjedzone ilości chleba.A teraz czas grillów, więc tony butelek plastikowych(recycling-a co to jest??),pełno puszek wywalanych gdzie popadnie.Kubeł?-a co to jest?
    Wiosna czas remontów,sprzątania-tu juz zbaczam z tematu, ale wywalamy z domów, piwnic co nie potrzebne i jadą sobie Polacy do lasów zanieczyszczać przemiotami już niepotrzebnymi rowy, polany- zamiast oczywiście spacerować.
    Bo jakby taki "Kowalski"spacerował po lasach, to by się puknął w czółko zanim zanieczyściłby las i inne użyteczne miejsca.I po co gromadzić?
    Tylko z tym problem a nie pożytek jakby się na początku myślało.
    Minimalizm to oszczędność, planowanie.Staram się kupować tyle jedzenia, ile zjem, lub nadwyzkę mrozić, aby mieć potem szybki i łatwy obiad, kupuje odzież, buty takie,ktore na tę chwilę potrzbuję.Nic na zapas.Po co, w sklepach jest tyle towarów, że nic tylko kupować.Po co Mi kilka tych samych typów butów?-aby raz czy dwa razy w roku je włożyć?Sprzętu nie kolekcjonuję,mam tyle ile potrzebuję do funkcjonowania.
    Pozdrawiam wszystkich.Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziękuję, Agnieszko, za ciekawy i obszerny komentarz. Mam bardzo podobne odczucia. Śmieci w lesie - koszmar! Wczoraj zabrałam koleżankę na trening pokazać jej "mój" las. A tu wstyd - fura nowych śmieci. I to nawet niekoniecznie z gospodarstwa domowego, raczej chyba z jakiejś firmy, a może budowy. Taka postawa jest mentalnie tak bardzo poza moim zasięgiem, że chyba nigdy nie zrozumiem, jak można tak po prostu wywalić śmieci do lasu albo na łąkę. Nowa ustawa w kwestii śmieci chyba niewiele zmieni.
    Co do AGD. Pamiętam, jak kupowałam baterię do kuchni w zaprzyjaźnionej hurtowni, dobre 10 lat temu. Sympatyczny właściciel z miejsca zapytał, czy chcę coś "do robienia wrażenia na gościach" czy do normalnego użytkowania.
    Mrożenie jest super! Na przykład gdy trzeba nagle wyjechać, a zostało nam pół garnka zupy. ;) Warto wiedzieć, że można zamrozić nawet nadmiar sera, tylko trzeba go wcześniej zetrzeć. Albo zblanszowane grzyby, jajka po rozbiciu itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam!
      Dzięki za info, jeśli będziesz coś wystawiała na Allegro :-)
      Właśnie byłam na Twoich aukcjach i nie mogę zapomnieć o tym kultowym Canonie EOS 50E- zazdroszczę temu, który kupił to cudeńko.Kupiłabym od razu :-) jest śliczniutki!Pozdrawiam

      Usuń
  15. Allegro i inne serwisy aukcyjne rzeczywiście wymagają trochę wprawy i oswojenia. Mnie osobiście dziwi, że ludzie sprzedają używane książki po cenie nieznacznie niższej od nowej. Czasami po doliczeniu przesyłki wychodzi tak mała różnica w stosunku do księgarni internetowej, że właściwie się nie opłaca. Sama przymierzam się do sprzedaży i myślałam o mniej więcej 50% ceny nowej. Jak to wygląda z Twojego doświadczenia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już odpowiadam. Otóż niektóre starsze książki, zwłaszcza tematyczne, okazały się bardzo cenne. Dosłownie zdarzyła się przebitka 10-krotna. Nie wiem czemu, ale na Allegro zdarzają się maniacy, gotowi licytować do zaskakujących sum. :) Podręczniki itp. wystawiam raczej tanio. Zawsze sprawdzam, jakie są ceny i daję niższe. W końcu nie jest to dla mnie źródło dochodu, więc nie muszę sprzedawać z jakimś wielkim zyskiem (raczej na zasadzie, by się komuś przydało, niż biblioteka miałaby oddać na przemiał). Wtedy aukcje kończą się szybko. Są i takie książki, które nie pójdą nawet za 2 zł. Nie warto zawracać sobie wtedy głowy, lepiej oddać do biblioteki, a co oni z tym zrobią, to już ich sprawa. Beletrystyka sprzedaje się raczej słabo. Wyjątek to uznani autorzy fantastyki, zwłaszcza książki nie wznawiane od jakiegoś czasu. Książki obcojęzyczne też idą słabo. Po dość wysokich cenach można natomiast sprzedać książki nowe w idealnym stanie (np. nietrafione prezenty), choć zawsze trzeba dać cenę niższą niż księgarnie (chyba, że ktoś ma czas i chce taką książkę wystawiać po 10 razy). Skuteczne bywa grupowanie książek tematycznie lub wg autorów w większe paczki.

      Zresztą na Allegro także kupujemy z Sahibem różne książki. Potrzebujemy konkretną tematykę, a to rzeczy dostępne tylko na rynku antykwarycznym. Beletrystyki nie kupuję prawie w ogóle, biorę z biblioteki albo od znajomych. Mam szczęście - lubią wielu autorów, których i ja czytuję. ;)

      Usuń
    2. Dzięki za tak obszerną odpowiedź! Ja mam właśnie większość beletrystyki i obcojęzycznych. Plus przewodniki, ale tych nawet nie próbuję sprzedawać, bo starzeją się z prędkością światła :)) Więc chyba zrobię tak, że puszczę listę wśród znajomych, żeby sobie wybrali, co ich interesuje, a resztę postaram się pogrupować w jakieś sensowne tematyczne bloki i wstawić na allegro po bardzo przystępnych cenach. Trochę czasochłonne, ale przy okazji studzi zapał do nieprzemyślanych zakupów. Zanim coś kupię, sprawdzam katalog biblioteczny :)

      Usuń
  16. Tofalario, gdzie jesteś? Dawno Cię tu nie było, brakuje Twoich wpisów. Czyżbys zminimalizowała się do imentu? Buba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bubo, dziękuję za pamięć. W tej chwili intensywnie działam na moim drugim blogu... no i ten nieco podupadł... Ale wrócę i to niedługo. Do opisania mam chociażby eksperyment żywieniowy.

      Usuń
  17. Zgoda co do wyrzucania smieci do lasu. Ostatnio przerazenie mnie wzieło jak kolega z pracy z ktorym wracelem wlasnie po robocie wyrzucal caly bagaznik smieci. A przecierz gdy wychodzilismy z firmy stoi jak byk kubel na odpadki.
    Wydaje mi sie ze taka postawa to po prostu tkwi w ludziach w ich mentalnosci niestety.

    Herkus- monte ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego już nawet nie ma jak skomentować...

      Usuń
  18. Wiesz co, ja narazie pozbyłam się nienoszonych od dawna ciuchów, które nie wiadomo po co jeszcze w szafie leżały robiąc niepotrzebny 'tłok'. Wiem, że przede mną jeszcze sporo przeglądania i porządków, choć nie wiem jak za to się zabrać. Bardziej z lenistwa, niż z samej niewiedzy.

    OdpowiedzUsuń
  19. Bardzo ciekawy post. Kiedyś ogromną przyjemność sprawiało mi wyrzucanie i oddawanie niepotrzebnych rzeczy. Myślę, że osiągnęliśmy moment, że mamy tylko rzeczy potrzebne, no...albo takie, które nam się podobają. Ostatnio mam wrażenie, że wyrzuciłem nawet trochę za dużo i potrzebuję rzeczy, a część miałem i wyrzuciłem.
    Bardzo ciekawa jest sama w sobie taka potrzeba porządkowania i usuwania przedmiotów. Czy to potrzeba porządkowania świata i panowania nad własnym losem ? Ciekawe... Ukłony. Sąsiad :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zadałeś ciekawe pytanie. Dobry temat na osobny wpis.

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ze względu na intensywne ataki spamerskie komentarze tylko z kont Google. Przepraszam za utrudnienia.