Strony

czwartek, 10 sierpnia 2017

Trzy tygodnie na rowerach z sakwami - przemyślenia

Moje wymarzone wakacje spełniają trzy warunki:
- trochę się zmęczyć,
- przemieszczać się w nowe miejsce najlepiej codziennie (pieszo, rowerem, kajakiem...),
- jak najwięcej przyrody, jak najmniej miast i ludzi.

Wakacje na rowerze, z sakwami, pod namiotem, do tego na południu Szwecji i w towarzystwie Sahiba to jeden z tych ideałów. Nie będę tutaj się rozpisywać o tym, jak fajnie się jeździ po Szwecji rowerem i w ogóle jak fajna jest Szwecja (to bardziej temat na mojego drugiego, rowerowego bloga - może pora go odkurzyć?). Chciałam podzielić się paroma luźnymi refleksjami o podróży z małym bagażem, o lekkości w drodze, a jednocześnie niezależności.


Oczywiście można podróżować nawet z jedną niedużą sakwą,  jak to robi Arek Recław - jednak wymaga to zorganizowania sobie jako tako noclegów. A ja lubię być niezależna. Zgraliśmy się z Sahibem pod tym względem naprawdę nieźle. Nic nie planujemy, no może poza ogólnym kierunkiem. Nigdy nie wiemy, gdzie danego dnia dojedziemy. Jeśli jest gdzieś fajnie, możemy zostać dłużej, tak samo nie napinamy się, gdy pogoda jest kiepska (w tym przypadku ograniczał nas tylko termin biletu powrotnego na prom do Gdyni). Na bieżąco patrzymy na mapę i dowolnie zmieniamy plany. Jeśli jakaś droga okazuje się zbyt ruchliwa, szukamy innej, bocznej. Kończy się jedzenie - szukamy sklepu albo farmy z warzywami.

Śpimy w małym, leciutkim namiocie - takim, do którego da się co najwyżej wczołgać i przespać. Coś za coś - komfort na biwaku nie jest priorytetem! Najważniejszy jest możliwie lekki bagaż. Zadziwia mnie, z jak małą liczbą rzeczy doskonale się funkcjonuje. I choć po latach zebranych doświadczeń mam już naprawdę lekkie sakwy, ciągle myślę, jak jeszcze bardziej odchudzić bagaż, żeby jeździło się jeszcze lżej i przyjemniej.

Latem, przy słonecznej pogodzie, w miejscu dzikim, ale jednak cywilizowanym (raz dziennie lub raz na dwa dni jest szansa kupić jedzenie), nie potrzeba wiele.

Na biwaku:
- nie musisz mieć wielkiego ręcznika, sama używam pieluchy tetrowej, która ekspresowo wysycha (czasem na kempingu wywołuje zdziwione spojrzenia, ale to nie mój problem!) i nie śmierdzi jak ręczniki z mikrofibry,
- dwie menażki, łyżka, scyzoryk i maleńki palnik gazowy starczają za całą kuchnię - przy odrobinie kreatywności nie musisz mieć deski do krojenia, ścierek, zlewu, piekarnika, durszlaka i całego tego majdanu,
- dwie cienkie wełniane koszulki wystarczają na wszelkie namiotowo-rowerowe okazje,
- nie musisz mieć tony kosmetyków - wystarczy mydło, maleńka butelka szamponu (i tak się cieszysz, jak w ogóle jest gdzie umyć głowę), maleńka ajona do zębów, malutka tubka kremu. Nie musisz się malować, smarować, lakierować - i tak jesteś piękna/piękny, bo jedziesz rowerem i endorfiny załatwiają te sprawy za Ciebie. W tym roku w ramach eksperymentu nie wzięłam nawet grzebyka - włosy rozczesywałam palcami po myciu i było ok. Naprawdę nie wróciłam z dredami, a włosy mam do łopatek.
- nie musisz mieć przewodników, książek, elektroniki - jeden audiobook na spółkę wgrany do telefonu wypełnił nam zbyt długie wieczory ("Anna Karenina" - bo ma dużo odcinków),
- nie musisz mieć nawet aparatu - po tym, jak padł nam telefon, który miał robić zdjęcia, robiłam je oczami,
- nie musisz jeść lekarstw i suplementów - zbierasz codziennie jagody/poziomki/maliny w lesie, ze słońca łapiesz mnóstwo witaminy D, a ruch pobudza metabolizm i fizycznie czujesz się jak nastolatek,
- nie musisz mieć mebli ani odkurzacza - namiot wystarczy od czasu do czasu wytrzepać z paproszków i owadów. ;)

I tak dalej. To najprostsze życie, jakie znam. Tak szybko wchodzę w wyjazdowy rytm, że po paru dniach w ogóle zapominam, gdzie mieszkam, co robię i jak żyję na co dzień. Nie pamiętam, co mam w domu, jakie ubrania mam w szafie. Po powrocie dziwię się: "Ach, przed wyjazdem kupiłam sobie koszulkę? I patelnię chcieliśmy wymieniać?". Takie to wszystko wydaje się zbędne i nadmiarowe. Z kolei to, co ma się przy sobie, na tym rowerze, wydaje się takie bliskie, jak przedłużenie nas samych. I gdy zgubiliśmy na przedostatni biwaku rączkę do chwytania gorącej menażki, to ten drobiazg wydał się czymś bardzo, bardzo ważnym (choć zaraz poradziliśmy sobie robiąc rękawice kuchenne ze skarpetek).

Oczywiście, przyjdzie jesień, człowiek znowu zasiedzi się w czterech kątach. Będzie odkurzał i piekł, będzie szył albo klecił półki. Będzie robił przetwory, kisił warzywa. Będzie książki wypożyczał z biblioteki, a swoje komuś rozdawał. Nie uwolni się całkiem od przedmiotów. I tak do kolejnego lata!

-----------------------------------------------

I jeszcze słówko na koniec dla tych, co będą marudzić, że się nie da, że nie każdy tak może. 

Spotkaliśmy w drodze mnóstwo osób podróżujących w ten sposób. Oto wybrane przykłady:
- emeryt z północy Szwecji, który przyjechał rowerem na południe (sprawdźcie na mapie, ile to kilometrów), poszlajać się i wpaść na festiwal reggae na Olandii - gość miał około 70 lat, wielkie sakwy i Buddę na kierownicy, którego głaskał na szczęście i z którym gadał podczas dłużyzn w drodze,
- niska i grubawa (naprawdę dość kulista! osoby grube proszę o nie obrażanie się - po prostu nie miała sylwetki powszechnie kojarzonej ze sportowcami) Finka z Helsinek, pięć tygodni w drodze przez Estonię, Łotwę, Litwę, Kaliningrad, Polskę, Bornholm i Szwecję, stary, zupełnie nie-wyczynowy rower, olbrzymie sakwy i jeszcze sporo planów na kolejne tygodnie,
- para z Niemiec z dziećmi w wieku około 10-12 lat - dzieci na własnych rowerkach z małymi sakwami,
- para z Polski z dziećmi w wieku: rok i 2 miesiące oraz 3,5 roku - dzieci jechały w dodatkowej przyczepce ciągniętej przez tatę,
- para na... tandemie z sakwami (!). Ten ostatni team zrobił na mnie największe wrażenie, może dlatego, że u nas to by nie przeszło, bo nawet na kajaku dwójce nie potrafimy z Sahibem płynąć w jednym kierunku. ;)

Czujecie się zainspirowani?

4 komentarze:

  1. Rewelacja :)

    Możesz wkleić trasę z Google Maps? Może być nawet przybliżona. Będzie można pooglądać widoki, np. z Google Street View.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie jestem tak biegła w Google maps, żeby tam narysować trasę. Ale podam parę miejsc: Gdynia-Karlskrona (Verko), Torhamn, Kristianopel, Torsas, Kalmar, prom do Farjestaden (na moście na Olandię jest zakaz ruchu rowerowego, ale prom kosztuje grosze), Morbylanga, Ottenby, Oland Sodra Udde i potem całe wschodnie wybrzeże, Lottorp, Borgholm, Aleklinta - i stąd cudowny nadmorski szlak do Byxelkrok, Oland Norra Udde, Trolleskogen, Boda Sand (straszne miejsce, ale socjologicznie warte odwiedzenia), prom do Oskarshamn, Orefors, Johansfors, na koniec zwiedzanie Karskrony i trochę pływania po archipelagu Blekinge, wyspa Sturko, wyspa Ytteron (cudowna, bez turystów), znów Torhamn, Verko, Gdynia. Krótkie warianty promowe pozwalają czasem zaoszczędzić wielu kilometrów wzdłuż szos, więc polecam taką opcję. W ogóle chyba coś napiszę więcej o jeżdżeniu po Szwecji (i dlaczego jest fajniejsze niż po Polsce), bo już kilka osób mnie o to pytało.

      Usuń
    2. Drodzy moi, przysiadłam i spisałam całą masę praktycznych porad i wrażeń, zapraszam do lektury: http://krolisek.blogspot.com/2017/08/szwecja-rowerem-wrazenia-po-2-wyjazdach.html

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ze względu na intensywne ataki spamerskie komentarze tylko z kont Google. Przepraszam za utrudnienia.