Popularne pytanie zadawane każdemu dziecku brzmi "kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz?" Kto z nas tego nie słyszał?
Jak byłam mała, to marzyłam o tym, żeby zamieszkać w wozie Drzymały (czyli w takim baraku na kółkach) i przemieszczać się z miejsca na miejsce. Zawód: cygan (bez podtekstu rasistowskiego, oczywiście). Moją Babcię bardzo oburzały te deklaracje. Nie znałam jeszcze wtedy wszystkich możliwych profesji. Kojarzyłam strażaka, panią sklepową, kierowcę itp. Jednak te ścieżki kariery nie wydawały się zbyt atrakcyjne.
Wczoraj w gronie dobrych znajomych wymyśliłam nowy, fantastyczny zawód dla siebie. Chciałabym zostać, ni mniej ni więcej, tylko:
"projektantem nazw kolorów farb do malowania ścian"
Wiecie, z kolorami mam nieco do czynienia. Ściany też parę razy malowałam. Ale przede wszystkim wymyśliłam nowe nazwy! Proszę bardzo, oto próbka mojej twórczości: "stary burak" oraz "zgniłe liście kukurydzy". Może być? Czy dział HR dystrybutora farb na literę D mnie czyta? :)
czwartek, 16 grudnia 2010
środa, 15 grudnia 2010
Murakami o minimalizmie
"Jak człowiek chce się czegoś pozbyć, to w życiu da się pozbyć prawie wszystkiego. Nie, prawie, dosłownie wszystkiego. A jak się zacznie pozbywać kolejnych rzeczy, nabiera się ochoty, żeby się pozbyć absolutnie wszystkiego. Tak samo jak hazardzista, który stracił połowę pieniędzy, w desperacji wyrzuca resztę. Odechciewa się człowiekowi robić coś połowicznie i czegoś się trzymać.
W końcu udało mi się zmieścić wszystkie potrzebne rzeczy w średniej wielkości walizce firmy Samsonite."
Notka bibliograficzna: Haruki Murakami, opowiadanie "Koty ludojady" ze zbioru "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta", Muza SA, 2008
W końcu udało mi się zmieścić wszystkie potrzebne rzeczy w średniej wielkości walizce firmy Samsonite."
Notka bibliograficzna: Haruki Murakami, opowiadanie "Koty ludojady" ze zbioru "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta", Muza SA, 2008
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Palmiery z rukolą
Dziś bardzo prosty przepis, powiedzmy - pięciominutowy. Wczoraj jadłam palmiery na słodko. Gdzieś wyczytałam, że nazwa tych ciasteczek pochodzi z Hiszpanii - przypominają one liście palmy. Sahib nazwał je po polsku roladkami :) Poniżej fotostory z kuchennych działań, wersja na ostro z rukolą. Zdjęcia bez rewelacji, bo światło było słabe, ale mam nadzieję, że widać, o co chodzi.
Potrzebne będą: paczka mrożonego ciasta francuskiego, pudełko rukoli, nieco mąki do oprószenia stołu, sól, pieprz, sezam
Ciasto francuskie wyłożyłam na stół, posypując lekko solą, pieprzem i sezamem. Niestety nie miałam ciasta w jednym kawałku, użyłam takich płatów, ułożonych na styk:

Minęło czasu mało-wiele, gdy zmiękło, pośrodku położyłam pierwszą warstwę rukoli, a brzegi zawinęłam do wewnątrz (na razie bez sklejania):

To nie koniec zieleniny! Kolejną warstwę położyłam na tej węższej już powierzchni, a brzegi zalepiłam, zwilżając je lekko wodą i dociskając do siebie:

Nóż naostrzyłam jak do krojenia sushi. To ważne, bo tępym nożem uszkodzi się rukolę i nic z tego nie wyjdzie:

Centymetrowej grubości plasterki ułożyłam na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem, w pewnych odstępach od siebie - ciasto francuskie bardzo rośnie:

Po 20 minutach w 200°C palmiery były gotowe! Smacznego!
Potrzebne będą: paczka mrożonego ciasta francuskiego, pudełko rukoli, nieco mąki do oprószenia stołu, sól, pieprz, sezam
Ciasto francuskie wyłożyłam na stół, posypując lekko solą, pieprzem i sezamem. Niestety nie miałam ciasta w jednym kawałku, użyłam takich płatów, ułożonych na styk:

Minęło czasu mało-wiele, gdy zmiękło, pośrodku położyłam pierwszą warstwę rukoli, a brzegi zawinęłam do wewnątrz (na razie bez sklejania):

To nie koniec zieleniny! Kolejną warstwę położyłam na tej węższej już powierzchni, a brzegi zalepiłam, zwilżając je lekko wodą i dociskając do siebie:

Nóż naostrzyłam jak do krojenia sushi. To ważne, bo tępym nożem uszkodzi się rukolę i nic z tego nie wyjdzie:

Centymetrowej grubości plasterki ułożyłam na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem, w pewnych odstępach od siebie - ciasto francuskie bardzo rośnie:

Po 20 minutach w 200°C palmiery były gotowe! Smacznego!
czwartek, 2 grudnia 2010
Władca Arktyki
Niedawno nasz kolega Michał Jastrzębski napisał bardzo ciekawy artykuł o niedźwiedziach. Wiosną tego roku Michał fotografował i filmował przyrodę Spitsbergenu. Celem jego bezkrwawych łowów był między innymi ten futrzany władca Arktyki. W artykule zobaczycie też kilka świetnych jego ujęć, między innymi misia zjeżdżającego przezabawnie po ośnieżonym stoku.
Moją wyobraźnię rozpaliły dane liczbowe dotyczące niesamowitej gospodarki energetycznej niedźwiedzia polarnego. Wiem, wiem, misie mają zupełnie inną budowę niż człowiek, między innymi grubą warstwę tłuszczową, więc porównywanie ich do człowieka ma średni sens, ale daje pewne wyobrażenie o tym, jakich przystosowań nam brakuje do życia w skrajnie zimnych warunkach.
"Nad zatoką Hudsona w Kanadzie odłowiono samicę, która ważyła tylko 97 kg. Po 9 miesiącach ta sama samica została odłowiona ponownie. Była w doskonałej kondycji i ważyła już 450 kg. Niedźwiedzie głodując mogą przeżyć przez prawie 6 miesięcy."
97 kg to szokująco niska waga! Proste obliczenie: załóżmy, że 450 kg samica odpowiada 120-kilogramowej kobiecie, której "się powodzi" (nawiasem mówiąc, o ile 120-kilogramowa kobieta wydaje nam się mało atrakcyjna, to taka odpasiona niedźwiedzica nie narzekałaby na powodzenie u samców). Natomiast ważąca 97 kg niedźwiedzica odpowiadałaby kobiecie ważącej tylko 25,8 kg! Czyli tłusta grubaska musiałaby schudnąć bardziej niż anorektyczki - to waga, której dorosła kobieta nie ma szansy przeżyć.
"Młode rodzą się w grudniu lub w styczniu i często są to bliźniaki. Ważą po około 600-700 gram."
Drugi przykład: samica niedźwiedzia waży przeciętnie około 300 kg i rodzi młode ważące po 700 g. Przy tej analogii kobieta ważąca 60 kg rodziłaby dzieci ważące 140 g czyli tyle, co troszkę większy chomik :)
"Niedźwiedzie maja duży żołądek, który stanowi ok. 20% masy ciała, dlatego jednorazowo mogą zjeść nawet 50-70 kg pożywienia."
No i tutaj chyba nawet bohaterowie Księgi Rekordów Guinnessa nie dotrzymaliby kroku niedźwiedziowi przy stole. Bo skoro ważący około 700 kg samiec potrafi zjeść naraz do 70 kg pokarmu, to rachunek jest prosty - mężczyzna ważący 80 kg musiałby zjeść 8 kg naraz! W dodatku tłustego, surowego mięsa foki :)
Zdjęcie na początku notki: Marcin Klisz
poniedziałek, 29 listopada 2010
Murakami razy trzy
Ostatnio Sahib stwierdził, że po wpisach na blogu można sądzić, jakbym w ogóle nie czytała książek. Rzeczywiście :) Już się poprawiam - wcale nie w czytaniu, tylko w polecaniu ciekawej lektury. Dziś będzie długo i hurtowo. Jakiś czas temu pisałam o Murakamim i obiecałam do niego wrócić. Od tego czasu przeczytałam jeszcze trzy jego powieści, których wspólnym mianownikiem jest egzotyczna sceneria współczesnej Japonii i barwne postacie kobiet. Murakami ma specyficzny styl drobiazgowego opisu uczuć, sytuacji, nawet miejsc. Z kart książek nieraz emanuje pesymizm samotności. Mimo to opowiedziane historie mają w sobie coś wciągającego. Dodam na koniec, że wizualnie podobają mi się kolorowe, łatwo rozpoznawalne okładki poniższej serii (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA).
Na południe od granicy, na zachód od słońca
Intrygujący tytuł kryje historię mężczyzny wspominającego swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, z którą rozstał się w wieku 12 lat. Kiedy los zetknie ich 25 lat później są już innymi ludźmi, z bagażem doświadczeń, a jednak pozostało coś niezmiennego, stałego. To prosta, niedługa historia, którą odbiera się przez pryzmat własnych doświadczeń. Utrata bratniej duszy, trudne wybory, poszukiwanie zrozumienia, prawdziwe głębokie uczucia, pustka codzienności. Te wszystkie wątki spina postać spełnionego zawodowo i rodzinnie mężczyzny oraz tajemniczej kobiety, która pojawia się i znika według własnych upodobań. Zakończenie nieco naiwne, ale nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni bohatera i to zaliczam do plusów tej powieści.
Kronika ptaka nakręcacza
To książka, która zauroczyła mnie od pierwszej strony. Przyznam nawet, że pierwsze 100 stron po prostu mnie bawiło. Opis absurdalnych zdarzeń, które mają miejsce w najbliższym otoczeniu bohatera, niesamowite postacie kobiet - współczesne odmiany czarownic, a do tego wątek jakby... detektywistyczny? Mężczyzna rezygnuje z pracy, ginie mu kot, po jakimś czasie znika żona. Jednocześnie przez jego dom zaczyna przewijać się cała galeria coraz dziwniejszych postaci. Śmiałam się co chwilę. Po jakimś narracja wkracza w mroczne tereny różnych stanów świadomości, porównywalnych chyba najbardziej z medytacją lub snami. Wielowątkowość, oniryczność, rozbudowane dygresje, zaskakujące pomysły, barwne postacie drugiego planu - emerytowany wojskowy albo milczący chłopak pomagający matce w prowadzeniu interesu - i nareszcie happy end - tworzą piorunującą mieszankę. Powieść długa, ale nie nużąca. Spośród tych trzech podobała mi się najbardziej.
Norwegian Wood
Przyznaję, że kilka razy próbowałam zabrać się za tę książkę. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron - jakiś oderwanych od siebie wątków - odkładałam. W końcu udało mi się przełamać. Może nie wciąga tak jak "Kronika ptaka nakręcacza", ale akcja toczy się dość wartko. Dorastający chłopak i dwie dziewczyny. Znów mamy tu motyw przyjaciółki z dzieciństwa, nieco sennej, zamkniętej w sobie i wrażliwej Naoko. Jej przeciwieństwem jest wyzwolona i wygadana Midori, dziewczyna z krwi i kości, pozornie śmiała, lecz w głębi duszy poszukująca tego, co większość z nas - prawdziwej, ciepłej miłości. Zagubiony w kontaktach pomiędzy nimi dwiema bohater dojrzewa, zmienia się, przepoczwarza się w mężczyznę przy dźwiękach piosenek Beatlesów, w akademiku, w nocnych barach Tokio, w podróży. "I once had a girl, or should I say she once had me...". Sama historia - może nic odkrywczego, ale opowiedziana w charakterystyczny dla Murakamiego, głęboki i subtelny sposób.
Na południe od granicy, na zachód od słońca
Intrygujący tytuł kryje historię mężczyzny wspominającego swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, z którą rozstał się w wieku 12 lat. Kiedy los zetknie ich 25 lat później są już innymi ludźmi, z bagażem doświadczeń, a jednak pozostało coś niezmiennego, stałego. To prosta, niedługa historia, którą odbiera się przez pryzmat własnych doświadczeń. Utrata bratniej duszy, trudne wybory, poszukiwanie zrozumienia, prawdziwe głębokie uczucia, pustka codzienności. Te wszystkie wątki spina postać spełnionego zawodowo i rodzinnie mężczyzny oraz tajemniczej kobiety, która pojawia się i znika według własnych upodobań. Zakończenie nieco naiwne, ale nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni bohatera i to zaliczam do plusów tej powieści.Kronika ptaka nakręcacza
To książka, która zauroczyła mnie od pierwszej strony. Przyznam nawet, że pierwsze 100 stron po prostu mnie bawiło. Opis absurdalnych zdarzeń, które mają miejsce w najbliższym otoczeniu bohatera, niesamowite postacie kobiet - współczesne odmiany czarownic, a do tego wątek jakby... detektywistyczny? Mężczyzna rezygnuje z pracy, ginie mu kot, po jakimś czasie znika żona. Jednocześnie przez jego dom zaczyna przewijać się cała galeria coraz dziwniejszych postaci. Śmiałam się co chwilę. Po jakimś narracja wkracza w mroczne tereny różnych stanów świadomości, porównywalnych chyba najbardziej z medytacją lub snami. Wielowątkowość, oniryczność, rozbudowane dygresje, zaskakujące pomysły, barwne postacie drugiego planu - emerytowany wojskowy albo milczący chłopak pomagający matce w prowadzeniu interesu - i nareszcie happy end - tworzą piorunującą mieszankę. Powieść długa, ale nie nużąca. Spośród tych trzech podobała mi się najbardziej.Norwegian Wood
Przyznaję, że kilka razy próbowałam zabrać się za tę książkę. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron - jakiś oderwanych od siebie wątków - odkładałam. W końcu udało mi się przełamać. Może nie wciąga tak jak "Kronika ptaka nakręcacza", ale akcja toczy się dość wartko. Dorastający chłopak i dwie dziewczyny. Znów mamy tu motyw przyjaciółki z dzieciństwa, nieco sennej, zamkniętej w sobie i wrażliwej Naoko. Jej przeciwieństwem jest wyzwolona i wygadana Midori, dziewczyna z krwi i kości, pozornie śmiała, lecz w głębi duszy poszukująca tego, co większość z nas - prawdziwej, ciepłej miłości. Zagubiony w kontaktach pomiędzy nimi dwiema bohater dojrzewa, zmienia się, przepoczwarza się w mężczyznę przy dźwiękach piosenek Beatlesów, w akademiku, w nocnych barach Tokio, w podróży. "I once had a girl, or should I say she once had me...". Sama historia - może nic odkrywczego, ale opowiedziana w charakterystyczny dla Murakamiego, głęboki i subtelny sposób.
piątek, 26 listopada 2010
Na koniec jesieni - dynia z jabłkiem

Dziś bardzo prosty przepis dla leniwych, w sam raz na zakończenie dyniowego sezonu. Tak się składa, że wtedy, gdy dojrzewają dynie, mamy do wyboru mnóstwo ciekawych dodatków do nich. Połączenie słodkawej z natury dyni i kwaśnego jabłka to strzał w dziesiątkę.
Cóż, papka z dyni nie wygląda może zbyt apetycznie. To dlatego dziś takie kolorowe zdjęcie, które ma nieco odwrócić uwagę :) Ale podać ją można z razowym chlebem, makaronem, ryżem. Zastosowań jest wiele.
Składniki:
spory kawałek dyni, kwaśne jabłko (albo dwa, jeśli ktoś lubi), cebula lub dwie, oliwa, sól i pieprz, ulubione zioła (majeranek, cząber, bazylia bardzo pasują)
Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy najpierw cebulkę, gdy lekko się zeszkli - dynię pokrojoną w spore kawałki. Dusimy po przykryciem. Jeśli wychodzi zbyt wodniste, odkrywamy pokrywkę - odparuje. Jabłko - drobno pokrojone lub nawet starte na grubej tarce - dodajemy pod koniec duszenia, razem z przyprawami.
Smacznego!
piątek, 29 października 2010
Jak nie zostałam Robin Hoodem
Rower rowerem, ale na prawdziwego rajdowca czeka 1001 wyzwań. Postanowiłam więc zapoznać się nieco bliżej z tematem łucznictwa. Niezawodny kolega Bodek zaproponował wspólny wyjazd na strzelnicę myśliwską, która na stanie ma również łuki.
Pan Włodek łuk udostępnił, pan Witek pokazał co i jak. Niełatwo mi było spełnić jego trenerskie ambicje. Ręka-ręka-oko-nos-broda-cięciwa-strzała i co najważniejsze - TARCZA ;) Powoli celność zaczęła jednak wzrastać, gdzieś tak od 10 do 20%. Mowa oczywiście o wcelowaniu w słomianą tarczę o boku 1 metra, nie mam tu na myśli żadnych mikroskopijnych kółek wielkości zeszytu.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jedna strzała, która za mocno utkwiła w tarczy. Ale z pomocą już spieszy Bodek. Nagle... łuuuuup! Tarcza spada z zaimprowizowanego stojaka, dobrze, że Bodek uskoczył, kierując się siódmym zmysłem geparda. Niestety strzała nr 1 poszła w drzazgi.
No ale było jeszcze 9 bałwanków, znaczy - strzał. Celność znów pnie się w górę. I gdy osiąga już 50% (cud!!!) pojawia się kolega Bodka, zwany Przystojniakiem. "Oooo, łuk! Mogę spróbować?" Ależ oczywiście, w końcu jestem tu tylko gościem (gościówą).
Kolega Przystojniak składa się fachowo, naciąga cięciwę całą swoją Mocą, strzała leci prosto w środek tarczy! Nagle.... łuuuuuup! Niestety cała tarcza oraz powbijane w nią przeze mnie strzały walą się na ziemię...
W obliczu takiej klęski, gdy zostało już tylko 5 bałwanków, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, a ratując co się da, postanowiłam przerwać chwilowo moją błyskawicznie rozwijającą się karierę łuczniczą. A tak naprawdę, to myślę, że strzelałam tak marnie, bo brakowało mi rajtuzów i oczywiście kaptura ;)
Pan Włodek łuk udostępnił, pan Witek pokazał co i jak. Niełatwo mi było spełnić jego trenerskie ambicje. Ręka-ręka-oko-nos-broda-cięciwa-strzała i co najważniejsze - TARCZA ;) Powoli celność zaczęła jednak wzrastać, gdzieś tak od 10 do 20%. Mowa oczywiście o wcelowaniu w słomianą tarczę o boku 1 metra, nie mam tu na myśli żadnych mikroskopijnych kółek wielkości zeszytu.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jedna strzała, która za mocno utkwiła w tarczy. Ale z pomocą już spieszy Bodek. Nagle... łuuuuup! Tarcza spada z zaimprowizowanego stojaka, dobrze, że Bodek uskoczył, kierując się siódmym zmysłem geparda. Niestety strzała nr 1 poszła w drzazgi.
No ale było jeszcze 9 bałwanków, znaczy - strzał. Celność znów pnie się w górę. I gdy osiąga już 50% (cud!!!) pojawia się kolega Bodka, zwany Przystojniakiem. "Oooo, łuk! Mogę spróbować?" Ależ oczywiście, w końcu jestem tu tylko gościem (gościówą).
Kolega Przystojniak składa się fachowo, naciąga cięciwę całą swoją Mocą, strzała leci prosto w środek tarczy! Nagle.... łuuuuuup! Niestety cała tarcza oraz powbijane w nią przeze mnie strzały walą się na ziemię...
W obliczu takiej klęski, gdy zostało już tylko 5 bałwanków, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, a ratując co się da, postanowiłam przerwać chwilowo moją błyskawicznie rozwijającą się karierę łuczniczą. A tak naprawdę, to myślę, że strzelałam tak marnie, bo brakowało mi rajtuzów i oczywiście kaptura ;)
czwartek, 30 września 2010
Muzyczna wyprawa do Chin
Wczoraj w ramach muzycznej podróży serwowanej przez 6. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur wybraliśmy się do Chin. Niełatwo było rozgrzać publiczność - temperatura w środku namiotu festiwalowego była prawie taka jak na zewnątrz. Tym większy podziw budził występ czterech Chinek w zwiewnych sukienkach, ale po kolei ;)
Mamer
Mamer to zarówno artysta, jak i stworzony przez niego zespół. Pochodzi z prowincji Sinkiang, gdzie kultura chińska spotyka się z kręgiem kultury muzułmańskiej. To kraina, gdzie wiatr hula w stepie, tak jak w sąsiednim Kazachstanie. Sam Mamer pół roku spędza w terenie, a pół - w Pekinie. Mamer wprowadził stepowy folk w krainę mrocznego rocka, uzyskując całkiem ciekawe, energetyczne brzmienie, momentami skręcające w stronę rocka, to znów bardziej transowe. Niski głos, dumbra o ostrym brzmieniu - szarpany instrument podobny do mandoliny, do tego basówka i perkusja tworzą wybuchową mieszankę, przy której można się dobrze bawić, a także rozgrzać ;) Kawałki nie były monotonne, każdy był inny - to bardziej stonowane, to znów ostre. Perkusista, zarazem tłumacz zespołu, wydawał się jako jedyny cokolwiek mówić po angielsku. Sam Mamer - drobny chłopak w czapce naciągniętej na oczy, nie sprawiał wrażenia zbyt kontaktowego. Ale pasowało to do klimatu muzycznego. Ogólnie koncert niezły, można wybaczyć tym młodym artystom nawet nie zawsze pasujące playbacki. Widać, że jeszcze długa droga przed nimi, ale już mają swój styl i za to daję im ****.
Quing Mei Jing Yue
Kiedy popatrzyłam na program środowego koncertu, pomyślałam sobie, że klasyczna muzyka chińska będzie pewnie smętnym przerywnikiem pomiędzy żywszymi kapelami. Nic bardziej mylnego! Kwartet czterech Chinek brzdąkających na dziwnych instrumentach szarpanych i strunowych wywołał prawdziwą burzę na widowni. Muzyka w swym brzmieniu, jak określił Maciej Szajkowski, prawdziwie bajkowa. Przywołuje na myśl płynącą szeroko rzekę, to znów szemrzący strumień, z liśćmi drzew poruszającymi się w rytm wiatru, z ptaszkami przelatującymi nad wodą. Muzyka to warto płynie, to znów zamiera. Pomimo skromnego instrumentarium egzotyczne muzyczki potrafiły wyczarować rozmaite nastroje, wplatając w swoją muzykę nawet takty z Chopina. Kilka kawałków pobrzmiewało celtyckimi echami, a największy aplauz wzbudziła "Kukułeczka" - tak, tak, ta co kuka i gniazdka sobie szuka! Wszyscy chyba zastanawiali się, czy to ich standardowy repertuar czy przygotowany specjalnie na ten występ. Do tego wszystkiego dochodzi wirtuozeria gry na tradycyjnych instrumentach, które na pewno nie należą do łatwych. Piękne Chinki w kolorowych, długich sukniach, kłaniające się publiczności po każdym utworze, wyglądały jak dawne damy dworu przeniesione na współczesną scenę. Za ten występ przy prawie ujemnej temperaturze ;) dostają ode mnie *****.
Hanggai
Ostatnim zespołem tego wieczoru był Hanggai - goście z Pekinu, lecz nawiązujący w swoim repertuarze do tradycji stepowej Mongolii i śpiewu gardłowego. Przyznaję, że byłam trochę rozczarowana, spodziewałam się czegoś w rodzaju Huun Huur tu albo Altai Khangai, tymczasem muzyka Hanggai to spotkanie gdzieś w połowie drogi między punk-rockiem a folkiem. Ostre granie i dużo hałasu, oczywiście śpiew gardłowy też, ale tylko jako dodatek. Nie było to w sumie złe, publiczność bawiła się dobrze, ot, takie do potańczenia, poklaskania i wspólnego śpiewania. Ukłonem w stronę tradycji jest image zespołu - tradycyjne kaftany i spiczaste czapeczki, które wprowadzają nas w klimat muzyki stepów. Do tego rytm galopującego konia, podkreślony perkusją i basem, przysadzisty lider Ilchi, który śmieje się, gada po swojemu, macha batem i porusza biodrami - tak, że nie sposób nie poczuć do niego sympatii. Za rozgrzanie publiczności w ten deszczowy, zimny wieczór oceniam ich na ****.
To już niestety moje ostatnie sprawozdanie z tegorocznego festiwalu. Wczoraj można było jeszcze kupić bilety na piątkowy Osjan - koncert zapowiada się smakowicie, wystąpi bowiem Daishuko Yoshimoto, niesamowity japoński performer-aktor-tancerz. Polecam!
Mamer
Mamer to zarówno artysta, jak i stworzony przez niego zespół. Pochodzi z prowincji Sinkiang, gdzie kultura chińska spotyka się z kręgiem kultury muzułmańskiej. To kraina, gdzie wiatr hula w stepie, tak jak w sąsiednim Kazachstanie. Sam Mamer pół roku spędza w terenie, a pół - w Pekinie. Mamer wprowadził stepowy folk w krainę mrocznego rocka, uzyskując całkiem ciekawe, energetyczne brzmienie, momentami skręcające w stronę rocka, to znów bardziej transowe. Niski głos, dumbra o ostrym brzmieniu - szarpany instrument podobny do mandoliny, do tego basówka i perkusja tworzą wybuchową mieszankę, przy której można się dobrze bawić, a także rozgrzać ;) Kawałki nie były monotonne, każdy był inny - to bardziej stonowane, to znów ostre. Perkusista, zarazem tłumacz zespołu, wydawał się jako jedyny cokolwiek mówić po angielsku. Sam Mamer - drobny chłopak w czapce naciągniętej na oczy, nie sprawiał wrażenia zbyt kontaktowego. Ale pasowało to do klimatu muzycznego. Ogólnie koncert niezły, można wybaczyć tym młodym artystom nawet nie zawsze pasujące playbacki. Widać, że jeszcze długa droga przed nimi, ale już mają swój styl i za to daję im ****.
Quing Mei Jing Yue
Kiedy popatrzyłam na program środowego koncertu, pomyślałam sobie, że klasyczna muzyka chińska będzie pewnie smętnym przerywnikiem pomiędzy żywszymi kapelami. Nic bardziej mylnego! Kwartet czterech Chinek brzdąkających na dziwnych instrumentach szarpanych i strunowych wywołał prawdziwą burzę na widowni. Muzyka w swym brzmieniu, jak określił Maciej Szajkowski, prawdziwie bajkowa. Przywołuje na myśl płynącą szeroko rzekę, to znów szemrzący strumień, z liśćmi drzew poruszającymi się w rytm wiatru, z ptaszkami przelatującymi nad wodą. Muzyka to warto płynie, to znów zamiera. Pomimo skromnego instrumentarium egzotyczne muzyczki potrafiły wyczarować rozmaite nastroje, wplatając w swoją muzykę nawet takty z Chopina. Kilka kawałków pobrzmiewało celtyckimi echami, a największy aplauz wzbudziła "Kukułeczka" - tak, tak, ta co kuka i gniazdka sobie szuka! Wszyscy chyba zastanawiali się, czy to ich standardowy repertuar czy przygotowany specjalnie na ten występ. Do tego wszystkiego dochodzi wirtuozeria gry na tradycyjnych instrumentach, które na pewno nie należą do łatwych. Piękne Chinki w kolorowych, długich sukniach, kłaniające się publiczności po każdym utworze, wyglądały jak dawne damy dworu przeniesione na współczesną scenę. Za ten występ przy prawie ujemnej temperaturze ;) dostają ode mnie *****.
Hanggai
Ostatnim zespołem tego wieczoru był Hanggai - goście z Pekinu, lecz nawiązujący w swoim repertuarze do tradycji stepowej Mongolii i śpiewu gardłowego. Przyznaję, że byłam trochę rozczarowana, spodziewałam się czegoś w rodzaju Huun Huur tu albo Altai Khangai, tymczasem muzyka Hanggai to spotkanie gdzieś w połowie drogi między punk-rockiem a folkiem. Ostre granie i dużo hałasu, oczywiście śpiew gardłowy też, ale tylko jako dodatek. Nie było to w sumie złe, publiczność bawiła się dobrze, ot, takie do potańczenia, poklaskania i wspólnego śpiewania. Ukłonem w stronę tradycji jest image zespołu - tradycyjne kaftany i spiczaste czapeczki, które wprowadzają nas w klimat muzyki stepów. Do tego rytm galopującego konia, podkreślony perkusją i basem, przysadzisty lider Ilchi, który śmieje się, gada po swojemu, macha batem i porusza biodrami - tak, że nie sposób nie poczuć do niego sympatii. Za rozgrzanie publiczności w ten deszczowy, zimny wieczór oceniam ich na ****.
To już niestety moje ostatnie sprawozdanie z tegorocznego festiwalu. Wczoraj można było jeszcze kupić bilety na piątkowy Osjan - koncert zapowiada się smakowicie, wystąpi bowiem Daishuko Yoshimoto, niesamowity japoński performer-aktor-tancerz. Polecam!
środa, 29 września 2010
Tarantela i dziewczyna jak wulkan
Za oknami plucha, pluska, pluje i psuje... wszystkie fajne plany. Na pocieszenie w tym tygodniu odbywa się 6. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur. W zeszłym roku byliśmy na fenomenalnym koncercie muzyki indyjskiej i mojego ukochanego projektu Indialucia. Wczoraj skusiłam się na włoskich tamburynistów i Mayrę Andrade z Wysp Zielonego Przylądka. Festiwal, podobnie jak rok temu, odbywa się w olbrzymim namiocie rozstawionym na Pl. Defilad i prowadzi go Maciej Szajkowski, znany z Kapeli ze Wsi Warszawa, koncertów Muzyka w Muzeum i świetnych audycji o muzyce etnicznej w Polskim Radiu.
Tamburellisti di Torrepaduli
Pierwsza część poświęcona była tradycyjnej muzyce południa Włoch, której korzenie sięgają podobno starożytnej Grecji. Trochę nie chce mi się wierzyć, by stateczni Grecy, jak Pitagoras, oddawali się tak szalonym tańcom, bowiem muzyka zaprezentowana przez sympatycznych Włochów (i Włoszki) najbardziej przypominała bałkańskie rytmy, które znamy z filmów Kusturicy. Żywy rytm, ale wszystko do siebie zbyt podobne, co na dłuższą metę usypia. I być może publiczność, osłuchana z tego typu ludowymi przyśpiewkami, nie reagowała aż tak entuzjastycznie, jak by wypadało. Do tego fatalny, naprawdę fatalny wokal - choć być może niski, zachrypły głos, bardziej recytujący niż śpiewający był efektem zamierzonym. Mnie osobiście do gustu nie przypadł. Koncert ratowała tancerka - bardzo powabna dziewczyna, kręcąca się do szalonych rytmów. Biały strój zmieniła w połowie koncertu na czerwony, do tego wymachiwała czerwoną chusteczką. Wszystko razem tworzyło wizualnie przyjemny efekt . Na koniec - jako kropka nad "i" - solowe, niesamowite popisy trzech tamburynistów. No i to było coś, za co dałabym koncertowi ****.
Mayra Andrade
Mayra okazała się gwiazdą wieczoru, choć wcale na gwiazdę nie wygląda. Na scenę weszła niska dziewczyna w szarej, workowatej sukience, gładko zaczesana, przypominająca grzeczną uczennicę. Jednak już od pierwszych zaśpiewanych słów podbiła serca publiczności. Niski, ciepły i głęboki ton głosu z lekką chrypką, którą bardzo lubię u wokalistek. A muzyka? Trudno ją jakoś zaszufladkować. Mayra urodziła się na Kubie, mieszkała w Senegalu i na Wyspach Zielonego Przylądka, by na koniec wylądować w Paryżu. I całą tę życiową wycieczkę zawarła w komponowanej przez siebie muzyce. Słychać tu i odwołania do muzyki karaibskiej i spojrzenia w stronę Afryki, i echa piosenki francuskiej, i fado, i jazzu... czego tam nie ma! Artystce towarzyszył sympatyczny zespół - dwóch gitarzystów, basista, trzech perkusistów, z czego dwóch obsługiwało różne fantastyczne przeszkadzajki. Lubię muzyków, którzy grają i widać, że sami się przy tym świetnie bawią. I ten zespół takie wrażenie sprawiał. A sama Mayra to dziewczyna jak wulkan, rozgrzewała drętwą publiczność, wtrącała przeróżne anegdoty pomiędzy piosenkami, wciągała do wspólnego śpiewania, a przede wszystkim dużo się uśmiechała. Były bisy i owacje na stojąco. Jej uśmiech i zaangażowanie w koncert w połączeniu z fantastycznym głosem zasługują moim zdaniem na *****.
ps. Dziś goście z Chin i khoomei!
Tamburellisti di Torrepaduli
Pierwsza część poświęcona była tradycyjnej muzyce południa Włoch, której korzenie sięgają podobno starożytnej Grecji. Trochę nie chce mi się wierzyć, by stateczni Grecy, jak Pitagoras, oddawali się tak szalonym tańcom, bowiem muzyka zaprezentowana przez sympatycznych Włochów (i Włoszki) najbardziej przypominała bałkańskie rytmy, które znamy z filmów Kusturicy. Żywy rytm, ale wszystko do siebie zbyt podobne, co na dłuższą metę usypia. I być może publiczność, osłuchana z tego typu ludowymi przyśpiewkami, nie reagowała aż tak entuzjastycznie, jak by wypadało. Do tego fatalny, naprawdę fatalny wokal - choć być może niski, zachrypły głos, bardziej recytujący niż śpiewający był efektem zamierzonym. Mnie osobiście do gustu nie przypadł. Koncert ratowała tancerka - bardzo powabna dziewczyna, kręcąca się do szalonych rytmów. Biały strój zmieniła w połowie koncertu na czerwony, do tego wymachiwała czerwoną chusteczką. Wszystko razem tworzyło wizualnie przyjemny efekt . Na koniec - jako kropka nad "i" - solowe, niesamowite popisy trzech tamburynistów. No i to było coś, za co dałabym koncertowi ****.
Mayra Andrade
Mayra okazała się gwiazdą wieczoru, choć wcale na gwiazdę nie wygląda. Na scenę weszła niska dziewczyna w szarej, workowatej sukience, gładko zaczesana, przypominająca grzeczną uczennicę. Jednak już od pierwszych zaśpiewanych słów podbiła serca publiczności. Niski, ciepły i głęboki ton głosu z lekką chrypką, którą bardzo lubię u wokalistek. A muzyka? Trudno ją jakoś zaszufladkować. Mayra urodziła się na Kubie, mieszkała w Senegalu i na Wyspach Zielonego Przylądka, by na koniec wylądować w Paryżu. I całą tę życiową wycieczkę zawarła w komponowanej przez siebie muzyce. Słychać tu i odwołania do muzyki karaibskiej i spojrzenia w stronę Afryki, i echa piosenki francuskiej, i fado, i jazzu... czego tam nie ma! Artystce towarzyszył sympatyczny zespół - dwóch gitarzystów, basista, trzech perkusistów, z czego dwóch obsługiwało różne fantastyczne przeszkadzajki. Lubię muzyków, którzy grają i widać, że sami się przy tym świetnie bawią. I ten zespół takie wrażenie sprawiał. A sama Mayra to dziewczyna jak wulkan, rozgrzewała drętwą publiczność, wtrącała przeróżne anegdoty pomiędzy piosenkami, wciągała do wspólnego śpiewania, a przede wszystkim dużo się uśmiechała. Były bisy i owacje na stojąco. Jej uśmiech i zaangażowanie w koncert w połączeniu z fantastycznym głosem zasługują moim zdaniem na *****.
ps. Dziś goście z Chin i khoomei!
środa, 22 września 2010
Paski w ordynku
Miałam pisać recenzję indyjskiej książki (nawet wynotowałam sobie nazwiska bohaterów przed oddaniem jej do biblioteki), tymczasem zamiast tego zrobiłam taki oto wieszak na paski:

Wszystkie elementy do jego wykonania były, jak się okazało, w szafce z narzędziami, w której robiłam dziś porządek. Wieszaczek jest jak widać wspólny, a wręcz zdominowany przez eleganckie paski Sahiba ;)

Wszystkie elementy do jego wykonania były, jak się okazało, w szafce z narzędziami, w której robiłam dziś porządek. Wieszaczek jest jak widać wspólny, a wręcz zdominowany przez eleganckie paski Sahiba ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)