Moje wymarzone wakacje spełniają trzy warunki:
- trochę się zmęczyć,
- przemieszczać się w nowe miejsce najlepiej codziennie (pieszo, rowerem, kajakiem...),
- jak najwięcej przyrody, jak najmniej miast i ludzi.
Wakacje na rowerze, z sakwami, pod namiotem, do tego na południu Szwecji i w towarzystwie Sahiba to jeden z tych ideałów. Nie będę tutaj się rozpisywać o tym, jak fajnie się jeździ po Szwecji rowerem i w ogóle jak fajna jest Szwecja (to bardziej temat na mojego drugiego, rowerowego bloga - może pora go odkurzyć?). Chciałam podzielić się paroma luźnymi refleksjami o podróży z małym bagażem, o lekkości w drodze, a jednocześnie niezależności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 sierpnia 2017
piątek, 3 kwietnia 2015
Parę kawałków z Chatwina
„Obecnie bardziej niż kiedykolwiek ludzie muszą nauczyć się tego, jak obywać się bez różnych rzeczy. Rzeczy powodują, że człowiek zaczyna się bać - im więcej ma, tym bardziej się boi. Rzeczy potrafią spętać duszę, a następnie mówić jej, co ma robić.
Nalał herbaty do dwóch czerwonych, emaliowanych kubków. Była ciemna i gorąca. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, aż w końcu zdecydował się przerwać milczenie.
- Czy to nie wspaniałe żyć w cudownym, dwudziestym wieku? Po raz pierwszy w historii można się obejść bez rzeczy.
Nalał herbaty do dwóch czerwonych, emaliowanych kubków. Była ciemna i gorąca. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, aż w końcu zdecydował się przerwać milczenie.
- Czy to nie wspaniałe żyć w cudownym, dwudziestym wieku? Po raz pierwszy w historii można się obejść bez rzeczy.
wtorek, 2 września 2014
Wakacje w studenckiej chatce
Czy wiele potrzeba, by poczuć się wolnym i swobodnym? Wręcz przeciwnie – im mniej, tym lepiej. :)Przekonałam się o tym kolejny raz. Nie miałam w tym roku perspektywy na jakąś dalszą wakacyjną wyprawę. Pod wpływem impulsu zgłosiłam się więc do zostania „chatkową” w bazie studenckiej SKPB Warszawa w Teodorówce, koło Dukli, na skraju Beskidu Niskiego.
czwartek, 13 marca 2014
Kompleks dużego plecaka...
...i droga do podróżowania z małą torebką (na razie tylko do Krakowa)
Słowo „kompleks” należy potraktować z przymrużeniem oka. Nie mam „kompleksu”, ale mam refleksję. Refleksję o tym, że mój bagaż podczas rozmaitych podróży mógłby być wielokrotnie mniejszy!
poniedziałek, 22 lipca 2013
Autostopem w czerwonych kurtkach
W tym roku po raz kolejny wybraliśmy się z Sahibem na Islandię. Nie będę się rozpisywać o „krainie lodu i ognia”, o jej krajobrazach, pogodzie i innych atrakcjach, bo wpis byłby siedem razy dłuższy. Pozostanę w temacie autostopu. Przy pomocy tej techniki podróżniczej udało nam się objechać Wyspę dookoła.czwartek, 8 listopada 2012
Jaworzec, Bieszczady
Ostry dach, jak połonina,
i przebija, co potrzeba -
chmury, strachy, myśli złe.
Tu się jedzie po przygody,
liście, tropy i widoki.
Tu przy świeczce wieczór mija,
raz samotnie, a raz w tłumie.
Nowe twarze - stare stoły,
nowe koty - stary piec,
nowy śnieg - ale duch stary.
Tutaj jedno słowo - jest jak setki słów.
Bacówka w Jaworcu - pierwsze schronisko PTTK w Bieszczadach. Oddane w 1976 roku. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że to dobry rocznik? W końcu jesteśmy równolatkami. ;)
i przebija, co potrzeba -
chmury, strachy, myśli złe.
Tu się jedzie po przygody,
liście, tropy i widoki.
Tu przy świeczce wieczór mija,
raz samotnie, a raz w tłumie.
Nowe twarze - stare stoły,
nowe koty - stary piec,
nowy śnieg - ale duch stary.
Tutaj jedno słowo - jest jak setki słów.
Bacówka w Jaworcu - pierwsze schronisko PTTK w Bieszczadach. Oddane w 1976 roku. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że to dobry rocznik? W końcu jesteśmy równolatkami. ;)
czwartek, 1 marca 2012
Andrzej Śmiały o wolności
Zaczyna się sezon spania pod namiotem, więc na dobry początek marca podzielę się z Wami inspirującym cytatem o wolności. Słowa te pochodzą z książki Andrzeja Śmiałego „Pętla Spitsbergenu. Ciepła opowieść o mroźnej Arktyce”, którą ostatnio czytamy z Sahibem. Piękna to opowieść - jednocześnie zabawna, wzruszająca, groźna - jak większość książek o podbiegunowych terenach, które miałam przyjemność czytać. W dodatku z prześmiesznymi rysunkami samego Autora!środa, 28 grudnia 2011
Opowieści z puchowej krainy
Dziś zapraszam na wycieczkę do fabryki puchowych śpiworów. Spędziliśmy dziś z Sahibem i jego kolegą Jastrzębiem (urodzonym, co ciekawe, tego samego dnia, co Sahib) dwie godziny w firmie Yeti, opracowując różne patenty na wyprawę chłopaków. Wyprawa planowana jest na marzec-kwiecień 2012, a więc już niedługo! Jej celem jest Ziemia Torella, położona w głębi Spitsbergenu. Stąd nazwa wyprawy - Torell Expedition. Tereny te były eksplorowane przez polskie wyprawy w okresie międzywojennym, pozostałością tych czasów są polskie nazwy geograficzne lodowców, szczytów i przełęczy. Trasa wiedzie z Longyearbyean do polskiej stacji polarnej Hornsund - a potem z powrotem.Owocem dzisiejszej arcyciekawej wycieczki do fabryki Yeti jest wpis, który popełniłam gościnnie na stronie chłopaków. Uwielbiam poznawać tajniki produkcji różnych rzeczy, a puchowe śpiwory, z mnóstwem komór w środku są naprawdę niesamowite. Zapraszam do lektury!
sobota, 19 listopada 2011
Kazimierz Nowak o wolności
"- Czy pan nie boi się lwa? A takiego lamparta? A tych żmij i innych potwornych węży? - tym podobne pytania zadają mi ludzie czy to tu w Afryce, w Europie, czy w Azji Mniejszej.Zawsze wtedy wyrywa mi się odpowiedź jednakowa: boję się jedynie stworzonego przez ludzi świata cywilizowanego, pełnego wiz, kaucji, urzędników emigracyjnych, gwarancji i innych nowości mających niby ułatwiać życie i zwiększających 'wolność' cywilizowanego człowieka. Każdy dzień na świecie przynosi nowe prawa, ustawy, rozporządzenia..."
Od jakiegoś czasu raczę się tą lekturą - Afryka lat 30. XX wieku i skromny polski podróżnik Kazimierz Nowak, ze swoim anarchistycznym, antykolonialnym, antyglobalistycznym (jak byśmy dziś powiedzieli) spojrzeniem na świat, z minimalistycznym bagażem zapakowanym na rower. Polecam!
Notka bibliograficzna: Kazimierz Nowak "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936", wyd. Sorus, Poznań 2008
środa, 17 sierpnia 2011
Zabuffmy się!
Buff, o którym wspominałam już kilka razy przy różnych okazjach (m.in. o fastpackingu) jest dla mnie jednym ze sprytniejszych wyrobów tekstylnych, z jakimi miałam do czynienia. Coś na kształt szwajcarskiego scyzoryka, lecz w dziale nakryć głowy. Skojarzenie ze scyzorykiem nasuwa się mimowolnie, gdy spojrzeć na zastosowania buffa - może być czapką, opaską, siatką, frotką do włosów, ręcznikiem, ba, nawet obrusem! A przy tym jest ładny, mięciutki, lekki i szybko schnie po praniu.

niedziela, 7 sierpnia 2011
"Za 600 metrów fotoradar" czyli po co nam autostrady
czwartek, 14 kwietnia 2011
Latte caldo!
Włoskie Alpy kojarzą się przede wszystkim z jazdą na nartach. Na zjazdówkach nie jeżdżę, ale w tym górskim regionie bywamy latem. Pomimo kilku wyjazdów, wstyd się przyznać, wciąż po włosku umiemy tylko "dzień dobry" i "dziękuję", więc pozostaje nam dogadywanie się mieszanką angielskiego, hiszpańskiego i uniwersalnego języka gestów (kiedyś pojechał z nami kolega, który dorzucił klasyczną łacinę - szło mu naprawdę świetnie!).Podczas ostatniego wyjazdu w ciągu jednego dnia zeszliśmy z Monte Rosy, zjechaliśmy na dół do najlepszej pizzerii w okolicy i postanowiliśmy tego samego wieczoru dostać się do Zermatt, po drugiej stronie Alp. Po kilkudziesięciu kilometrach zrobiło się sennie, więc zaczęliśmy wypatrywać jakiegoś Maka, żeby napić się kawy.
Kiedy w końcu ujrzeliśmy upragnione logo, cała nasza piątka wydała zgodny okrzyk, a śmiały kierowca Damiano złamał bez wahania kilka przepisów, by po chwili zaparkować pod krainą hamburgera.
poniedziałek, 31 maja 2010
Podlasie - odcinek 7
Ostatnia częśćWybraliśmy opcję powrotu dla śpiochów - pociągiem z Białej Podlaskiej dopiero o 15. Od stacji dzieliło nas około 40 km, z czego połowę pokonał z nami Paweł, jadąc na kolarce pożyczonej od swojego brata. Podziwiałam go na tych leśnych piachach, bo ja pomimo terenowych opon miałam od czasu do czasu problemy z utrzymaniem równowagi. Na asfalcie zamieniliśmy się na chwilę - jazda na kolarce to jednak fantastyczna sprawa! Po drodze znalazłam starą podkówkę dla małego konia (teraz konie bywają większe).
Z Pawłem rozstaliśmy się w Studziankach. Od tego momentu czuliśmy już, że wyjazd naprawdę się skończył. Dopadł mnie lekki smutek.
W Białej wszystko było zabite dechami. Tylko jedna pizzeria wyłamała się z tego trendu, więc spożyliśmy w niej posiłek, siedząc w ostrym słońcu przy stoliku na dworze. Ja tradycyjnie wybrałam pizzę (była zresztą naprawdę dobra), a Grzesiek świeżonkę, na którą go namówiłam. W pewnym momencie przed barem pojawił się staruszek na drewnianym rowerze. Aż przetarłam oczy ze zdumienia - nawet łańcuch miał drewniany!
Ledwo wyjechaliśmy, a już wracamy. Gdy wsiedliśmy do pociągu, już naprawdę zapanowała atmosfera schyłkowości i towarzyszyła nam aż do Warszawy.
K O N I E C
niedziela, 30 maja 2010
Podlasie - odcinek 6
Przedostatni etap...Tak zimnego poranka jak tego dnia, to jeszcze nie mieliśmy. Po wyjściu z namiotu ubraliśmy się we wszystko, co mieliśmy, a do jazdy założyłam nawet ciepłe rękawiczki. W miejscowości Ortel zauważyliśmy piękną starą cerkiewkę przerobioną na kościół. Mieliśmy farta - w środku jakieś panie akurat coś układały, więc mogliśmy zwiedzić wnętrze - drewniane i bardzo kameralne.
Jazda bez mapy to zwykle przyjemne zaskoczenia - w Studziankach znaleźliśmy zupełnie przypadkowo stary mizar, różniący się od tego w Kruszynianach brakiem nowych grobów. Może dzięki temu był jeszcze bardziej urokliwy, ostre słoneczne światło docierało stłumione przez korony drzew.
Dalsza droga wiodła częściowo po głębokim piachu, Wisznice były na wyciągnięcie ręki, a tak jakby wciąż się oddalały. W końcu jednak stanęliśmy pod upragnioną zieloną tablicą z nazwą miejscowości. Mniej więcej pamiętałam z mapy, gdzie mieszka Paweł, znaleźliśmy jego ulicę, ale nie mogliśmy znaleźć numeru. Zaraz jednak pomogła nam jakaś młoda dziewczyna - lustrując nas i nasze rowery zapytała, czy szukamy Pawła Pakuły (skąd wiedziała?). Wyciągnęliśmy go spod prysznica, pod który właśnie był wszedł po treningu, i poszliśmy najpierw zapolować na coś do jedzenia.
Naszym łupem padła znaczna liczba jajek i pierogów w największym sklepie Wisznic. Po drodze miałam wrażenie, że Paweł zna tu wszystkich, ponieważ co chwilę z kimś się witał. Podczas gdy poszłam się kąpać po tygodniu mycia tylko w kałużach i bagnach, chłopcy zrobili jajecznicę z 15 jajek, która była naszym marzeniem od jakiegoś czasu. Zjedliśmy też ciasto i poszliśmy na wycieczkę w stronę Horodyszcza.
Po drodze był sklep, w którym praktycznie bez ograniczeń mogliśmy kupić tyle oranżady, ile chcieliśmy! No ale bez przesady, nadmiar przyjemności powoduje, że przestają one aż tak cieszyć, dlatego wzięliśmy tylko 3 butelki na miejscu i 5 do plecaka.
Potem trochę poszwendaliśmy się po bagnach i krzakach, oglądając też grodzisko - ziemny wał na łąkach. Dzięki opowieści Pawła życie przed wiekami stanęło nam przed oczami jak żywe, zobaczyliśmy jak mieszkańcy okolicznych osad chronią się przed najazdami. A że Paweł jest archeologiem, to wie, o czym mówi.
Pod lasem natknęliśmy się na żurawie i degustowaliśmy miejscowe jałowce. W lesie przekicała przed nami kuna. Okolice Wisznic okazały się nie tylko urokliwe i malownicze, ale także dzikie!
Wieczór upłynął nam na spożyciu trzech paczek pysznych pierogów oraz projekcji filmu „Zmruż oczy”, który w moim odczuciu był świetnym podsumowaniem całej wycieczki.
c.d.n.
wtorek, 25 maja 2010
Podlasie - odcinek 5
Po obfitym śniadaniu (kasza manna kontra parówki) ruszyliśmy na podbój nadbużańskich wiosek. Okolica, jak całe Podlasie, obfituje w drewniane, niskie chaty, z czego część wykupują miastowi i użytkują jako domki letniskowe.Odkąd przekroczyliśmy Bug, nasza wycieczka zaczęła powoli dobiegać końca. Jednak tereny, które wciąż mieliśmy przed sobą, nie były wcale nudne. Do Janowa Podlaskiego jechaliśmy trzymając się blisko rzeki, mijając wioski o wdzięcznych nazwach jak Gnojno albo Stary Bubel. W Serpelicach spotkaliśmy jednego gościa, który mieszkał zbyt blisko sklepu i na dobre mu to nie wyszło.
Janów zaraził nas atmosferą sennego miasteczka, w którym wszyscy się nudzą, z młodzieżą na czele. Koło przystanku PKS otwarty był jedyny bar. Nie oferował może zbyt wypasionych potraw, ale na nasze potrzeby placki ziemniaczane i pierogi były w sam raz. Do tego prawdziwa oranżada, na którą później polowaliśmy po sklepach. Okazała się limitowanym i ekskluzywnym rarytasem, pomimo ceny poniżej 1 pln (butelka zwrotna).
Ten izotonik dodał Grzesiowi mnóstwo sił, wyrwał do przodu zupełnie jak ja pierwszego dnia po serniku. W ten sposób pierogi i parówki pokonały dziś kaszę manną i placki ziemniaczane w nieformalnym challengu.
Koło Kijowca zaskoczył nas objazd, postanowiliśmy jednak nic sobie z niego nie robić. Ciągle nie mieliśmy lepszej mapy, skazani na samochodówkę nie chcieliśmy dodatkowo nadkładać drogi. Okazją do objazdu okazała się budowa mostu na Krznie. Przejechaliśmy z rowerami kładką dla robotników, udana akcja.
Niestety pogoda, do tej pory wyśmienita, zaczęła nieco się psuć. Zanim dojechaliśmy do szosy Terespol-Warszawa, dopadła nas gwałtowna ulewa. Przycupnęliśmy sobie pod blaszaną budką przystanku i jakiś czas słuchaliśmy bębnienia. Gdy tylko ustało, przecięliśmy krajówkę i za Chotyłowem skryliśmy się w leśnych ostępach. Szliśmy przez las tak długo, aż zatrzymały nas bagienne tereny i rowy z wodą. Tam założyliśmy ostatni biwak, a korzystając z rozpogodzenia, Grzesiek poszedł pobiegać.
c.d.n.
poniedziałek, 24 maja 2010
Podlasie - odcinek 4
Ani się obejrzeliśmy, a za nami zostały puszczańskie ostępy. Rano wyjechaliśmy z lasu, przed nami była Wojnówka i kilka innych urokliwych wiosek, mozaika pół, łąk i niedużych, gospodarczych sośniaków. Na ławeczkach przed domami grzali się w słońcu starcy i babinki, w zasadzie młodych ludzi widać było jak na lekarstwo. W niedługim czasie dotarliśmy do Czeremchy, gdzie obkupiliśmy się w największym sklepie. Żonglując jabłkami i kefirami udaliśmy się do lasu w celu spożycia.Naszym pośrednim celem było Adamowo, w którym Marcin pracował tego dnia na powierzchni leśnej. Niestety po opuszczeniu puszcz opuściliśmy też teren objęty przez mapy turystyczne i musieliśmy posługiwać się samochodówką. To spowodowało, że pojechaliśmy zupełnie nie tam gdzie trzeba i nadłożyliśmy z 15 km. Ale Marcina w końcu przydybaliśmy w lesie. Był trochę zajęty, więc umówiliśmy się w Mielniku, gdzie każdy dotarł swoim transportem. Chwilę pogawędziliśmy pod sklepem, a potem ruszyliśmy dalej - w stronę najbliższego mostu na Bugu, czyli mostu kolejowego koło Siemiatycz.
Nieopodal mostu nabraliśmy wodę u jednego kolarza szosowego, jak się okazało. Zaprezentował nam swoje dwie kolarki, bardzo ładne, wraz ze zdobycznymi bidonami. Most kolejowy przekroczyliśmy bez problemu po specjalnych deskach dla pieszych. Za mostem nastąpiła nasza jedyna awaria roweru w trakcie całego wyjazdu. Grześkowi spadł łańcuch i zakleszczył się pomiędzy kasetą i szprychami. Dobrą chwilę mocowaliśmy się z żelastwem.
Zanim znaleźliśmy miejsce na nocleg nad Bugiem, nasze liczniki pokazały 100 km. Był to nasz rekordowy dystans i do tego momentu tendencja była wzrostowa.
Na noc zatrzymaliśmy się koło starych ośrodków wypoczynkowych, takich z dykty. Plusem były metalowe schodki, po których bez przeszkód mogliśmy zbiegać ze skarpy nad wodę. Wystrugałam dwie łódki z kory - zawsze problem, żeby znaleźć dobry kawałek. Przyznaję, że nieminimalistyczny scyzoryk Grzesia jest lepszy do tego celu niż mój - minimalistyczny.
Nocą w Bugu harcowały jakieś wielkie potwory, a my słodko spaliśmy po dobrym jedzeniu i tych wszystkich kilometrach.
c.d.n.
niedziela, 23 maja 2010
Podlasie - odcinek 3
Gdy wyjrzałam z naszej wieży o świcie zobaczyłam mgły nad zalewem i wschodzące słońce. Czym prędzej udałam się na dół z aparatem. Oczywiście potem jeszcze pospałam, nie jestem jakimś zwariowanym fotografem!Dziś czekał nas ciekawy przejazd przez Puszczę Białowieską. Do Babiej Góry pojechaliśmy naokoło, przez zalane wodą lasy. Tam nabraliśmy wodę w gospodarstwie i zagłębiliśmy się w świat puszczańskich ścieżek i przyrody. Zauważyłam, że po dwóch dniach coraz lepiej pokonuję z sakwami różne trudności na drodze, jak błoto. Trochę się pogubiliśmy na początku, ale w końcu udało nam się wbić na starą wąskotorówkę, którą dotarliśmy aż na Kosy Most. To miejsce, w którym 13 lat temu razem z Marcinem zbieraliśmy materiały do jego magisterki. Tym razem pojedliśmy trochę batonów i ruszyliśmy dalej, do Białowieży, bez większych przygód, raczej monotonnie kręcąc po szutrówkach.
Białowieżę objechaliśmy prawie całą w poszukiwaniu ciekawych lokali gastronomicznych, których nie było. Skończyło się na zapiekance i tortilli w barze na świeżym powietrzu (a więc przyjaznym rowerzystom). Ale co to była za zapiekanka! Nie żaden gniot z mrożonki. To była najlepsza zapiekanka, jaką jadłam w życiu, serio! Były na niej wielkie kawałki pieczarek, kukurydza, pomidor, świeży ogórek i kapusta pekińska!
Po tym posiłku z wolna potoczyliśmy się w stronę Miejsca Mocy, w którym naszą intuicję i wrażliwość spotęgowaliśmy wypijając na spółkę egzotyczne, litewskie piwo pszeniczne.
Tocząc się nadal niezbyt szybko przez wieczorne lasy dotarliśmy do Topiła, gdzie nabraliśmy wody i zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na nocleg. Niestety po drodze nie było żadnych żubrów w zasięgu wzroku.
Koło miejscowości Krugłe (zwane też Krągłym) znaleźliśmy miły zakątek pomiędzy młodnikami, na zielonej trawie. Grzesiek postanowił jeszcze wyjść na wieczorne bieganie i na szczęście nie zgubił się w lesie. Jakoś ciągnie nas chyba do spania na bagienkach, a może tu nie ma innych terenów? Wieczorem graliśmy w „państwa-miasta”, była też kategoria coś rajdowego”. Coś rajdowego na E?
c.d.n.
piątek, 21 maja 2010
Podlasie - odcinek 2
Po zimnej nocy na szczęście obudziło nas słońce. Po drodze do Krynek zaczęliśmy kręcić jakieś śmieszne filmiki. W miasteczku posiedzieliśmy trochę na głównym placyku jedząc różne frykasy, takie jak kefir i wzbudzając zaciekawienie miejscowych. Dobrze zapamiętałam, że do Krynek jedzie się pod górę (i to z każdej strony). Do Kruszynian dojechaliśmy za to szybko, bo w dół. Koło meczetu spotkaliśmy przewodnika, który właśnie grabił liście. Oprowadził nas, wyczerpująco opowiadając nie tylko to, co miał w środku nagrane, ale też odpowiadając na wiele moich pytań. Potem ulegliśmy krótkiej refleksji nad przemijaniem na miejscowym mizarze (cmentarzu) i własnemu łakomstwu w tatarskiej knajpie, dość drogiej, choć faktycznie ciekawej. Tu miała miejsce straszna przygoda - klapka od aparatu wpadła Grześkowi pomiędzy greting tarasu i musieliśmy ją wyłowić przy pomocy wielkanocnych bazi! Dodatkowo obśliniły nam nasze rowerowe łydki dwa sympatyczne szczeniaki bokserów.Co jedliśmy? Grześ degustował pieriekaczewnik (z akcentem na 3 sylabę od końca), czyli mięso pozawijane w taki jakby naleśnik. Ja dostałam porcję pierogów z ziemniakami, jajkiem na twardo, pietruszką i cebulą. Dobre to było, tylko mało, jak na kolarski standard.
Nieco posileni udaliśmy się drogą niekoniecznie najkrótszą, ale jak się później okazało - bardzo ciekawą, wzdłuż Świsłoczy. Wielkie otwarte przestrzenie, przypominające stepy i małe wioseczki zachwyciły Grzesia. Przed nami na niebie widać było burzowy armagedon - czarne chmury i zacieki deszczu! Jechaliśmy wprost w paszczę potwora. Od czasu do czasu coś kropiło, a my chowaliśmy się, a to pod świerki, a to pod okap drewnianej chaty. Pośród takiej zabawy w ciuciubabkę z deszczem upływały nam kolejne kilometry, aż dotarliśmy nad Podlaskie morze - Jezioro Siemianówka!
Pod okapem groźnych chmur wyglądało fantastycznie. W oddali szybowały różne ptaki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, czy uda nam się dostać na drugą stronę na skróty - po nasypie kolejowym. Okazało się, że koło torów jest wygodna droga, która bliżej mostu przechodzi w urwistą perć. Odcinek czystej adrenaliny!
Za mostem uzupełniliśmy nasze zapasy o piwo na wieczór. Już bardzo blisko czekał na nas wybrany biwak - wieża widokowa nad samą wodą. W okolicy kręcili się wędkarze, których od czasu do czasu goniła policja. Wypakowaliśmy dobytek i przenieśliśmy się na górny podest wieży. Tam postawiliśmy namiot, żeby w nocy było cieplej i poszliśmy się myć. Grześ wybrał staw przy przepompowni, na którym unosiła się piana niewiadomego pochodzenia. Ja wybrałam jezioro, w którym pływała zdechła ryba. Wokół za to unosił się zapach nektaru kwitnących wierzb, darły dziób żurawie i latały czaple.
Wieczorem na dole odbyła się kameralna imprezka miejscowych metalowców, podczas której siedzieliśmy sobie na wieży i sączyliśmy własne napoje.
c.d.n.
czwartek, 20 maja 2010
Podlasie - odcinek 1
Pierwsza część relacji z wyjazdu rowerowego na Podlasie w kwietniu tego roku.Naszą wycieczkę przez Podlasie zaczęliśmy w Czarnej Białostockiej, w kwietniowy poranek. Podróż mieliśmy komfortową - cały wagon rowerowy tylko dla siebie. Tuż przed docelową stacją zaczęła mnie ogarniać senność, bo wstaliśmy bardzo wcześnie.
W Czarnej powitało nas ostre słońce. Nagle spojrzałam na Grzesia i powiedziałam „Nie ruszaj się!" (wyobraźcie sobie jego minę!). Bo na ramieniu siedziała mu kózka, czyli taki leśny żuczek z przepięknymi czułkami, tak długimi, że nie zmieściłby się na dłoni (nie udało się również uchwycić go w całości na zdjęciu). Kózka trochę popiszczała, poskrzypiała i przeniosła się na nasz bagaż, na którym na gapę próbowała pojechać z nami do lasu.
Dość szybko opuściliśmy miasteczko, kupując jedynie nieco kalorii w przydrożnym sklepie. Grzesiek był rozczarowany ubogim asortymentem, ale uświadomiłam mu, że to jest właśnie wschód i żeby specjalnie nie liczył na jakieś rarytasy (rarytasy były, ale o tym potem).
Jechaliśmy sobie przez las, ucząc się balansować na obciążonych rowerach, ale drogi nie były złe. Pierwszym turystycznym przystankiem było arboretum w Kopnej Górze, które polecił nam Marcin. Jednak o tej porze roku, gdy liście dopiero nieśmiało wychylają się z pąków, nie robiło zbyt wielkiego wrażenia. W poszukiwaniu ciekawych doznań i urokliwych miejsc objechaliśmy je wzdłuż i wszerz, pokonując wiele wzniesień, w sumie treningowo.
Nieco rozczarowani ruszyliśmy asfaltem do Supraśla, gdzie Grześ liczył na paszę w legendarnej „Jarzębince". Zamknięte w poniedziałki! Co za porażka! Na pocieszenie w innej restauracji zamówiliśmy pyszny sernik i herbatę w eleganckich filiżankach. W łazience odkryłam, że już po pół dnia na rowerze mam kompletnie czarne ręce, nie wiedzieć od czego.
Sernik okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Tempo wyraźnie wzrosło i przez małe wioski prułam jak burza. Trafiliśmy na strasznie zapiaszczony Trakt Napoleoński, ten piach musiał sponiewierać słynną armię. 7 km przed Krynkami, które miały być celem tego dnia, znaleźliśmy fantastyczne miejsce, by się rozbić. Podmokłe bagienko, otoczone lasami, z jeleniem czyli akcentem przyrodniczym, ale też z wiatą i stolikami, a więc z akcentem cywilizacji. Nie mieliśmy wody, więc gotowaliśmy tę z bagienka. Nie powiem, co tam pływało. Spożyliśmy całkiem niezłe rzeczy - płatki gryczane z mozarellą i poprzekomarzaliśmy się, kto więcej marudził na trasie.
Grześ poszedł spać pod wiatą, by testować śpiwór. Ja rozbiłam namiot na nieco uginającym się gruncie. Z oddali dochodził klangor żurawi, a kumkanie rozochoconych żab tuż zza ścian namiotu. W końcu mają te swoje gody, nie?
c.d.n.
sobota, 24 kwietnia 2010
Lżej, szybciej, dalej
Hans-Otto Meissner „Sztuka życia i przetrwania”, 1982
Każdy wyjazd, dłuższy czy krótszy, to wielkie pakowanie. Pakowanie obarczone dylematami, co zabrać, co tak naprawdę okaże się konieczne? Chyba każdemu z nas zdarzyło się po powrocie z wyjazdu znaleźć w plecaku przedmioty, których nie użył. Czasem nawet niezjedzone jedzenie, cóż za marnotrawstwo – sił oczywiście! Jedyny wyjątek to apteczka – najlepiej jak wraca do domu w nienaruszonym stanie – tu możemy nie mieć wyrzutów sumienia.
Pomimo wielu przemyśleń na temat pakowania, stosowania wagi, zawsze mam wrażenie że zabrałam za dużo. Mam swoje małe grzeszki w dziedzinie pakowania. Z wielką zazdrością patrzę później na spotkanych na szlaku prawdziwych „fastpackerów”, z plecakami dwa razy lżejszymi niż mój! Sprzymierzeńcami-motywatorami w walce o lekkość są też małe plecaki oraz lotnicze limity wagowe.
Co to takiego – fastpacking? Fastpacking to filozofia, która może być przydatna nie tylko dla biegaczy ultra albo rajdowych zawodników pokonujących wielkie dystanse z małymi plecaczkami i absolutnym minimum sprzętu. Fastpacking to nic innego jak minimalizm w pakowaniu i sztuka znalezienia kompromisu pomiędzy komfortem, który chcemy sobie zapewnić, a wagą noszonego plecaka. Skrajnością jest podejście survivalowe, przetrwanie w terenie z przysłowiowym nożem i zapałkami. Ten tekst nie będzie jednak o tym, ale o próbie znalezienia własnego złotego środka.
Nie ma jednej gotowej recepty, jak się spakować, bo wszystko zależy od tego dokąd jedziemy, w jakiej porze roku, w jakiej formule, na jak długo, samotnie czy w grupie, jakich środków transportu używamy. Umiejętność spakowania tego, co niezbędne najbardziej przyda się piechurom i rowerzystom.
Są też sytuacje, które fastpackingowi nie służą: zimny klimat, dzikie miejsca, oddalenie od cywilizacji, samotne podróżowanie, podejmowanie specjalistycznych aktywności wymagających dodatkowego sprzętu (profesjonalna fotografia, wspinaczka, łowiectwo, obserwacje przyrodnicze itd.). Znajomość terenu, rozmowy z osobami, które już tam były, czytanie relacji - pomagają spakować się lepiej, czyli oszczędniej.
Każda rzecz waży
Jest jednak kilka zasad, którymi fastpacking można podsumować. Przede wszystkim przekonanie, że KAŻDA rzecz waży, w tym sam plecak i rozmaite pokrowce. Szukanie lżejszych, a równie dobrych zamienników posiadanego sprzętu. Odchudzanie sprzętu (usuwanie zbędnych elementów). Stosowanie wielofunkcyjnych rozwiązań (dobrym przykładem jest buff). Naszym najlepszym przyjacielem powinna na kilka godzina stać się elektroniczna waga (wystarczy zwykła, kuchenna, do 2-3 kg, dokładność to zwykle 2 g). Dobra metoda to zważyć posiadany sprzęt raz i zrobić listę do ponownego użytku.
Fastpacking zakłada pewien optymizm, który nie oznacza rezygnacji z rozsądku. Nie rezygnujemy na przykład z apteczki, jednak zabieramy taką ilość odpowiednio dobranych leków, by w najczęściej spotykanych wypadkach móc sobie poradzić. Optymizm przejawia się w tym, że rezygnujemy z zabezpieczania się od nietypowych, bardzo rzadkich sytuacji, albo stosujemy w nich rozwiązania awaryjne.
Trochę konkretów
Zawartość plecaka możemy podzielić na kilka kategorii: plecak, biwak, gotowanie, żywność, ubrania, kosmetyczka, apteczka, mapy i przewodniki, sprzęt nietypowy i „przydasie”. W każdej kategorii możemy uszczknąć co najmniej parę gramów.
Plecak. Ostatnio wymieniłam plecak na lżejszy. Sporo się naszukałam, dużo przymierzała, opłaciło się. Mój plecak 70 l waży 1900 g. To dużo czy mało? Standardowo plecaki o tym litrażu ważą około 2,5 kg, jestem zadowolona. Poza tym jest bardzo wygodny. Mogłabym jeszcze wyciągnąć z niego rzadko używane sznurki i skrócić paski.
Biwak. Namiot czy płachta biwakowa? A może spanie w szałasach i awaryjne NRC? A jeśli namiot – to czy możemy nasz namiot jakoś „odchudzić?” Niektórzy producenci oferują wymianę stelaża na aluminiowy, lżejszy niż z włókna szklanego. Można kupić komplet lekkich szpilek i wymienić odciągi na kawałki cienkiego repa. Niektóre pokrowce namiotów mają dodatkowe kieszonki lub paski, które nie są niezbędne i można je po prostu odciąć. Karimata czy mata samopompująca? A może po prostu zwykłą alumata? To kwestia komfortu i ciepła. Mata samopompująca jest bardzo wygodna, nieźle izoluje, ale waży około 1 kg. Dobra karimata to ok. 0,5, kg, alumata połowę mniej. Zwykle wybieram opcję złotego środka czyli karimatę. Śpiwory to osobny temat.
Gotowanie. Jeśli chodzi o samą kuchenkę czyli palnik, to niewiele możemy zaoszczędzić – jedynie na etapie zakupu możemy wybrać najlżejszy model. Może być on mniej stabilny i mniej wygodny w użyciu niż cięższy, z dłuższymi ramionami. Zabierając gaz warto mieć pewien zapas, jednak nie przesadny – tu przydaje się umiejętność oceny, jak szybko nam schodzi gaz (latem, zimą). Inne opcje to kuchenka benzynowa (cięższa niż palnik gazowy, ale niezastąpiona w podróży lotniczej), gotowanie na ognisku (jeśli jest opał), jedzenie w schroniskach lub barach. Do zestawy kuchennego wchodzą ponadto menażki, kubek, łyżka, nóż. Widelec zawsze uważałam za zbędny, praktycznie wszystko można zjeść łyżką. Łyżka stalowa to około 36 g, podobnej wielkości łyżka z tytanu lub aluminium to 20 g, a więc prawie o połowę mniej! (Jeśli kogoś zaskakuje mój entuzjazm przy oszczędzeniu tych 16 g to proponuję przejść do działu: kosmetyczka) Kubka nie zabieram, piję z menażki. Odkąd stałam się szczęśliwą posiadaczką tytanowych menażek, nie mam dylematu co do wagi. Ważą tyle, co aluminiowe, około połowy tego, co stalowe. Niestety słono kosztują i to ich główna wada. Kupując menażki wybierałabym jak najlżejsze i bez przymocowanych na stałe rączek. Nóż - są zwolennicy ciężkich myśliwskich finek. Moja stara finka waży 222 g! Aż trudno mi w to uwierzyć, że kiedyś była moim stałym towarzyszem wędrówek! Wypasiony scyzoryk z wieloma funkcjami i w miarę sporym ostrzem to 100 g. Mały „rajdowy” scyzoryk waży tylko 46 g.
Żywność. Podobnie jak śpiwór czy ubrania to temat na osobny artykuł. Dobrą metodą, którą stosuję od jakiegoś czasu, jest paczkowanie jedzenia na dzienne porcje – śniadaniowe i obiadowe, plus przekąska w środku dnia. Łatwo wtedy zajrzeć do worka z jedzeniem i policzyć, na ile dni nam zostało. Od herbat odcinam zbędne sznurki i papierki. Zabieram dobrej jakości herbaty. Stosuję jako szczelne opakowania np. lekkie plastikowe pojemniczki na mocz, które można kupić w aptece oraz torebki strunowe. Unikam zabierania „pustych kalorii” takich jak zupki w proszku. Wolę zabrać więcej płatków owsianych, kaszy. Ubrania. To moja pięta achillesowa. Pomimo tego, że swego czasu zważyłam wszystkie wyjazdowe koszulki, polarki i skarpetki, pakowanie ubrań zawsze spędza mi sen z oczu. Staram się brać ubrania nadające się jako cebulka, w których da się chodzić i spać. Uwielbiam wielofunkcyjnego buffa (kiedyś robił nawet za siatkę na jabłka i jako cumka do kajaka). Polecam ważenie ubrań – można się nieźle zdziwić. Trójwarstwowy goretex to około 700 g. Packlite, świetny latem – połowa tego!
Kosmetyczka - mój konik, jeśli chodzi o odchudzanie sprzętu. Poniżej lista oszczędności:
• papier toaletowy – usuwam zbędną tekturkę ze środka, stanowi ona wagową równowartość 1,5 m papieru – 5 g oszczędności.
• pasta do zębów – zamiast tradycyjnej tuby 75 ml (waga z tubą 100 g) stosuję malutką skoncentrowaną Ajonę (do kupienia w aptece) – ok. 8 g z opakowaniem – 92 g oszczędności
• zamiast dezodorantu (waga ok. 150 g) używam odciętego kawałka dezodorantu w sztyfcie w torebce strunowej – około 15 g – 135 g oszczędności
• mydło – zabieram tylko tyle, ile naprawdę potrzeba, zwykle około 30 g
mały grzebień 10 g
• szczoteczka do zębów – moja ma 22 g, ale miałam kiedyś taką, która ważyła 16 g, możne oczywiście obciąć jej kawałek rączki, to już chyba tradycyjny przykład odchudzania plecaka
• ręcznik mam leciutki, tylko 90 g, ale jeszcze mniej waży pielucha z tetry – 50 g (zanim kupiłam ten ręcznik zwykle na wyjazdy zabierałam tetrę)
• krem – tubka 25 ml wystarcza zwykle na miesiąc (w wyższe góry większa tubka z mocnym filtrem)
• sama lekka kosmetyczka waży aż 70 g! zamiast niej polecam torebkę strunową – około 5 g
Można zmieścić się w około 200 g (nie licząc papieru toaletowego).
Mapy i przewodniki. Od map śmiało odcinam zbędne okładki. Czasem nawet odcinam niepotrzebne fragmenty. Zamiast mapnika biorę torebki strunowe. Z grubych przewodników zdarza mi się wycinać niepotrzebne kartki, okładkę. Ostatnio coraz częściej nie biorę notesu tylko złożoną kartkę papieru.
Reszta sprzętu. Telefon, aparat, czołówka, okulary, baterie, kijki teleskopowe, podstawowy zestaw naprawczy i inne „przydasię”. Praktycznie każda z tych rzeczy może być lżejsza lub cięższa.
Ciekawa jestem Waszych opinii i patentów. Uważajcie, to wciąga!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




