Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Biegać, skakać, latać, pływać - mówi anonimowa endorfinistka

Kilka razy już postanawiałam, że nie będę pisać na endorfinowym haju.

Bo wychodzi z tego przekaz podobny do bełkotu pijaka. I kto chciałby czytać takie wynurzenia? Dzisiaj robię wyjątek!

Jeśli byłeś już dziś na treningu albo porąbałeś kubik drewna, nie czytaj dalej. ;)

środa, 17 sierpnia 2011

Zabuffmy się!

Buff, o którym wspominałam już kilka razy przy różnych okazjach (m.in. o fastpackingu) jest dla mnie jednym ze sprytniejszych wyrobów tekstylnych, z jakimi miałam do czynienia. Coś na kształt szwajcarskiego scyzoryka, lecz w dziale nakryć głowy. Skojarzenie ze scyzorykiem nasuwa się mimowolnie, gdy spojrzeć na zastosowania buffa - może być czapką, opaską, siatką, frotką do włosów, ręcznikiem, ba, nawet obrusem! A przy tym jest ładny, mięciutki, lekki i szybko schnie po praniu.



piątek, 29 października 2010

Jak nie zostałam Robin Hoodem

Rower rowerem, ale na prawdziwego rajdowca czeka 1001 wyzwań. Postanowiłam więc zapoznać się nieco bliżej z tematem łucznictwa. Niezawodny kolega Bodek zaproponował wspólny wyjazd na strzelnicę myśliwską, która na stanie ma również łuki.

Pan Włodek łuk udostępnił, pan Witek pokazał co i jak. Niełatwo mi było spełnić jego trenerskie ambicje. Ręka-ręka-oko-nos-broda-cięciwa-strzała i co najważniejsze - TARCZA ;) Powoli celność zaczęła jednak wzrastać, gdzieś tak od 10 do 20%. Mowa oczywiście o wcelowaniu w słomianą tarczę o boku 1 metra, nie mam tu na myśli żadnych mikroskopijnych kółek wielkości zeszytu.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jedna strzała, która za mocno utkwiła w tarczy. Ale z pomocą już spieszy Bodek. Nagle... łuuuuup! Tarcza spada z zaimprowizowanego stojaka, dobrze, że Bodek uskoczył, kierując się siódmym zmysłem geparda. Niestety strzała nr 1 poszła w drzazgi.

No ale było jeszcze 9 bałwanków, znaczy - strzał. Celność znów pnie się w górę. I gdy osiąga już 50% (cud!!!) pojawia się kolega Bodka, zwany Przystojniakiem. "Oooo, łuk! Mogę spróbować?" Ależ oczywiście, w końcu jestem tu tylko gościem (gościówą).

Kolega Przystojniak składa się fachowo, naciąga cięciwę całą swoją Mocą, strzała leci prosto w środek tarczy! Nagle.... łuuuuuup! Niestety cała tarcza oraz powbijane w nią przeze mnie strzały walą się na ziemię...

W obliczu takiej klęski, gdy zostało już tylko 5 bałwanków, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, a ratując co się da, postanowiłam przerwać chwilowo moją błyskawicznie rozwijającą się karierę łuczniczą. A tak naprawdę, to myślę, że strzelałam tak marnie, bo brakowało mi rajtuzów i oczywiście kaptura ;)

środa, 26 maja 2010

Który nigdy nie szedł

Krótki przerywnik w relacji z Podlasia - recenzja książki Haruki Murakamiego.

Bardziej jako biegacz niż mól książkowy sięgnęłam po „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, zastanawiając się, co odkrywczego można jeszcze o tym napisać? Treningi, zawody, kontuzje, sprzęt, rozmyślania o sensie biegania i nieodłącznie im towarzyszące rozmyślania o sensie życia (albo odwrotnie) - tematycznie pamiętnik Murakamiego nie odbiega zbyt daleko od schematu, do którego przyzwyczaiła nas bogata biegowa blogosfera. Nie jest to długa opowieść - to zbiór kilku esejów, w sam raz na deszczowy wieczór. Początek określiłabym jako monotonny, mnie ta książka wciągnęła od IV rozdziału, od którego nabiera żywszego tempa, gdy dryfuje w stronę ultra i triatlonu.

Haruki Murakami to raczej biegający pisarz niż piszący biegacz. To moje pierwsze zetknięcie z jego prozą, ale na pewno nie ostatnie. Wcale do biegania nie zachęca i to mi się bardzo podoba. Niech każdy szuka swojej drogi, brzmi jego motto. Bieganie i pisanie - dwie główne pasje autora, tak różne, a zarazem podobne. Wszystko to przesiąknięte wschodnią mentalnością. Akceptacja losu, przemijania, starzenia się, akceptacja porażek, a jednocześnie czerpanie z biegania prawdziwej, żywej radości, życiowej siły.

I choć od autora dzieli mnie morze doświadczenia, wiek, płeć i kilometry, niektóre słowa tych luźnych biegowych notatek trafiają prosto w serce. Oddaję Mu głos:

„Nie jestem człowiekiem. Jestem maszyną. Niczego nie czuję. Po prostu zmierzam naprzód.
Tak sobie myślałem. Tylko o tym myślałem i tylko dzięki temu przetrwałem. Gdybym powiedział sobie, że jestem żyjącą istotą ludzką, człowiekiem z krwi i kości, padłbym z bólu. Z pewnością było wtedy we mnie coś, co było mną. I towarzyszyła temu jakaś samoświadomość. Ale w tamtym momencie rozkazałem sobie, żeby myśleć, że moje ja i towarzysząca mu samoświadomość są tylko wygodnymi formami i niczym więcej. To dziwny sposób myślenia o sobie i bardzo dziwne uczucie, gdy świadomie wypiera się świadomość. Trzeba zmusić się do wcielenia w coś nieorganicznego. Instynktownie zdawałem sobie sprawę, że to jedyny sposób, by przetrwać.”


Jednym słowem - polecam.

niedziela, 24 stycznia 2010

Dobrze, gdzie nas nie ma...

Gęsta chmura pary wodnej przesłania skonfudowanego kierowcę czerwonego opla. Inni, stojąc w korku, z niepokojem spoglądają to na termometry, to na wskaźniki temperatury silnika, zastanawiając się, jak długo jeszcze wytrzymają chłodnice. Korek, jak każdy korek, wydaje się nie mieć końca. Kto nie ma klimy, przypieka się w aucie jak kurczak na rożnie. Rtęć kolejny już dzień sięga +36°C, a w asfalcie zostają ślady butów.
Biegnę sobie, wolna od klimy i chłodnic, rozgrzanym chodnikiem, powietrze drga nad ulicą jak nad pustynią. Koniki polne ledwo dają radę odbić się ze źdźbła na źdźbło. Nad bocznymi uliczkami unosi się kurz. Na niebie ani jednej chmurki. Pali słońce, złe, śródziemnomorskie, zwrotnikowe słońce, które do nas zawitało. Trawa utraciła całą wiosenną sprężystość, żółta i sucha łamie się przy najlżejszym ruchu. Myślę sobie, że w lesie musi być lepiej, pot spływa po czole, zalewa oczy, koszulka lepi się do pleców. Ale w lesie powietrze stoi, wcale nie jest chłodniej. Śmieją się ze mnie sroki, a może już dopadły mnie omamy? Przed oczami, obok mroczków, pojawiają się wizje jakiś lochów albo jaskiń, w których można by nieco zmarznąć, dostać gęsiej skórki, posiedzieć na kamieniu. Ukochane ruiny w Czersku? A może jakieś miasteczko o grubych, naprawdę grubych murach? Z niepokojem sięgam po buteleczkę z wodą - ostatni łyk! Wskoczyłabym do jakiejś rzeki, wypiłabym całe wiadro, a tu tylko piach i piach, wyschnięty, przedeptany. Muchy leniwie podnoszą się z ziemi i zaczynają krążyć nad głową... Byle do zimy! Do zimy!

niedziela, 29 listopada 2009

Bieg dzienny, bieg nocny

Kiedy zaczynałam biegać, w naszym kraju panowała polarna, zimowa noc. To znaczy, że cały okres dziennego światła spędzałam w pracy. Siłą rzeczy biegałam po ciemku, po powrocie do domu albo późnym wieczorem, udeptując uliczki naszej pseudo-wioski. Większość oświetlono już wtedy latarniami, nie było więc jakoś bardzo straszno. A nawet im później, tym przyjemniej - mniejszy ruch, większa cisza, samochody spały sobie na podziemnych parkingach, tylko od czasu do czasu po niebie przelatywał jakiś żelazny ptak w stronę pobliskiego Okęcia. Regularnie mijałam podwórko, na którym pewien staruszek, mieszkający w jednym ze starych domów, codziennie rąbał drewno. Nie mieliśmy jeszcze stadionu, więc wieczorami nikt nie bawił się na terenie szkoły.

Z czasem tak przywykłam do tego, że "bieganie" równa się "noc", że gdy wyszłam w jakiś weekend przebiec się w ciągu dnia, przeżyłam szok, poczułam się nieswojo i obco. Słońce raziło, na chodnikach pełno było ludzi, musiałam uważać na wyjeżdżające z każdej dziury samochody. Jasność i hałas przeszkadzały w skupieniu się na rytmie, oddechu, rozpraszały uwagę i zabierały całą przyjemność. Oczywiście musiałam oswoić się z tym wszędobylskim światłem, bo przecież chciałam zrealizować swój pierwszy startowy plan - Bieg o Puchar Bielan na niewyobrażalnym wtedy dystansie 5 km.

Bieganie nocą ma swoje plusy i minusy. Dzienne sprawy są przeważnie załatwione, głowa jest wolna od trosk. Ciało nie jest tak zesztywniałe jak rano, łatwiej się rozciągnąć i rozgrzać. Przyjemnie się potem śpi. Minusy to kręcące się podejrzane typy i wypadające zza rogu zapóźnione psy.

Znów mamy polarną noc. Po raz pierwszy mam plan biegowy. Na razie nie zdradzę jaki, żeby nie zapeszyć. Kto wie, może w końcu zostanę biegaczem? A to z wczorajszej przebieżki:

nocny las oddycha
w rytm kroków biegacza
otwierają się przecinki

piątek, 20 listopada 2009

Pochwała swobody




Słaby ze mnie biegacz, leniwy i niesystematyczny. Wciąż na bieganie narzekam, wynajduję setki powodów, by nie trenować - a to późno i ciemno, a to deszcz pada, a to praca, a to brak towarzystwa, a to chodniki za twarde itd. itd. Co śmieszne, po kilku kilometrach zwykle zaczyna mi się podobać, znajduję jakiś naturalny, niewymuszony rytm. I na przekór swojemu lenistwu bardzo chcę zostać biegaczem. A moje najlepsze tegoroczne wspomnienia wiążą się właśnie z bieganiem, a nie rowerem.

W tym sezonie (który w przeciwieństwie do wszystkich normalnych ludzi zaczynam w listopadzie, gdy kończy się rower) postanowiłam przyłożyć się do biegania. Za namową bardziej doświadczonych, pracowitszych kolegów, ożywiłam zatem pulsometr, wygrany rok temu na naszych gminnych zawodach. Od roku leżał w szufladzie, bo z początku podejrzewałam go o uporczywą niechęć do współpracy. W każdym razie nie umiał wykazać, że mam serce.

Tym razem próba wypadła pomyślnie. Okazało się nie tylko, że mam serce, ale nawet mam tętno! I zaczęła się magia cyferek, a raczej dziwne uzależnienie od spoglądania na wyświetlacz. I co? Co mi to dało? I nic. Nie umiem się do tego nijak odnieść. Nie wiem, czy się obijam, czy biegnę za mocno (raczej to pierwsze). I rzecz całkiem prozaiczna - ten kawałek plastiku wbijający się w mostek jest po prostu niewygodny. Wielka "cebula" na nadgarstku - również. Pomimo że to raczej damski model, na co wskazuje jego obleśnie błękitny kolor.

Chyba jestem biegową minimalistką. Przeszkadza mi wszystko, co zbędne. Przeczytałam gdzieś kiedyś, że my kobiety zabieramy na treningi niezliczoną ilość rzeczy, dlatego projektuje się dla nas ubrania z wielką liczbą kieszonek, zachęca do kupna nerek, plecaczków czy pasów biegowych. A ja? Biorę ze sobą dwa niezbędne klucze do domu i to wszystko. Nocą czasami czołówkę. Nie biorę zbyt ciepłych ubrań, żadnych zegarków, stoperów, telefonów, gps-ów, mp3-jek, a wodę tylko latem.*

Tak samo jak nie umiem przekonać się do nurkowania z akwalungiem, bo nie ma nic cudowniejszego od swobodnego unoszenia się w wodzie, tak samo pozostanę chyba biegaczem swobodnym, kontynuując "run for fun", któremu oddawałam się od samego początku. Na koniec jesienne haiku, które przyplątało się na jednej z pobiegawek:

szalik na wietrze
myśli rozwiewa
wczorajsze frędzle

* Oczywiście daleko mi jeszcze do minimalizmu tych golasów, co biegają po Stalowej Woli u Hiubiego.