Dobiega końca 8. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur, pora
na małe, subiektywne podsumowanie. Od niedzieli regularnie spędzałam
wieczory w festiwalowym namiocie, wchłaniając muzykę - w tym roku bliską
mi estetycznie i emocjonalnie muzykę azjatycką, z niewielkimi
domieszkami Afryki. Muzyka etniczna - czasem niedopracowana,
improwizująca, bliska korzeni, porusza mnie głęboko. Z perspektywy tych
kilku dni łatwiej mi odnieść się do Festiwalu jako całości, jak i
poszczególnych muzyków. Gościliśmy zarówno zespoły, jak i wybitne
indywidualności sceniczne; słuchaliśmy dźwięków cichych i subtelnych,
jak i kakofonicznego „hałasu”; poznawaliśmy bogactwo wokalnej tradycji
Wschodu, jak i rozmaitość egzotycznych, czasem mało znanych
instrumentów. Dla mnie Festiwal jest nie tylko spotkaniem z odmiennymi
kulturami, ale przede wszystkim poszukiwaniem (już kolejny raz)
muzycznych inspiracji, nowych brzmień, wykonawców, którzy zagoszczą w
mojej płytotece na dłużej. I najważniejszym muzycznie wydarzeniem w
roku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skrzyżowanie kultur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skrzyżowanie kultur. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 września 2012
czwartek, 29 września 2011
Hoven Droven i Corvus Corax - 7. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur
Przyznam szczerze, że na festiwalowe koncerty staram się chodzić z głową otwartą na nowości. Jednak przed czwartkowym koncertem dręczyły mnie wątpliwości, czy "perkusja w nadmiarze" oraz "harmider" będą w ogóle do zniesienia. Ten wieczór pokazał, jak bardzo się myliłam! Koncert był fantastyczny, przez trzy godziny tańczyłam, skakałam, krzyczałam aż do ochrypnięcia, a wyszłam mokrusieńka i trochę przygłucha. Dawno nie bawiłam się tak dobrze! Było ostro, głośno, gorąco!
Koncert rozpoczął Hoven Droven, co oznacza "harmider" - bynajmniej nie najgłośniejszy wykonawca tego dnia.
Koncert rozpoczął Hoven Droven, co oznacza "harmider" - bynajmniej nie najgłośniejszy wykonawca tego dnia. Barbara Furtuna i Linares - 7. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur
środa, 28 września 2011
Psarantonis i Aynur - 7. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur
Za nami kolejny dzień festiwalowych emocji. Wtorkowy wieczór spędziliśmy pod hasłem "Śródziemnomorskie klimaty".
Koncert rozpoczął Psarantonis (Antonis Xylouris), którego Sahib określił całkiem trafnie "Sabałą z Krety".
Koncert rozpoczął Psarantonis (Antonis Xylouris), którego Sahib określił całkiem trafnie "Sabałą z Krety". wtorek, 27 września 2011
Kalaniemi i Peón - 7. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur
W niedzielę rozpoczął się kolejny, siódmy już Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur. Rozpoczął się od koncertu Urszuli Dudziak w Sali Kongresowej. Jako prości ludzie wybraliśmy się z Sahibem dopiero wczoraj na koncert "namiotowy" pod PKiN. Rzadko bywamy na koncertach, więc muzyka grana na żywo robi na nas przeważnie duże wrażenie. Na Festiwalu zaś co roku można posłuchać wykonawców niszowej muzyki z pogranicza folku, która nieczęsto pojawia się w mediach, a i w sieci znajdują ją raczej znawcy. Wczorajszy koncert upłynął pod hasłem "Kobiety Świata na Skrzyżowaniu Kultur".
Jako pierwsza wystąpiła Maria Kalaniemi - fińska mistrzyni gry na akordeonie, a zarazem śpiewaczka.
Jako pierwsza wystąpiła Maria Kalaniemi - fińska mistrzyni gry na akordeonie, a zarazem śpiewaczka. czwartek, 30 września 2010
Muzyczna wyprawa do Chin
Wczoraj w ramach muzycznej podróży serwowanej przez 6. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur wybraliśmy się do Chin. Niełatwo było rozgrzać publiczność - temperatura w środku namiotu festiwalowego była prawie taka jak na zewnątrz. Tym większy podziw budził występ czterech Chinek w zwiewnych sukienkach, ale po kolei ;)
Mamer
Mamer to zarówno artysta, jak i stworzony przez niego zespół. Pochodzi z prowincji Sinkiang, gdzie kultura chińska spotyka się z kręgiem kultury muzułmańskiej. To kraina, gdzie wiatr hula w stepie, tak jak w sąsiednim Kazachstanie. Sam Mamer pół roku spędza w terenie, a pół - w Pekinie. Mamer wprowadził stepowy folk w krainę mrocznego rocka, uzyskując całkiem ciekawe, energetyczne brzmienie, momentami skręcające w stronę rocka, to znów bardziej transowe. Niski głos, dumbra o ostrym brzmieniu - szarpany instrument podobny do mandoliny, do tego basówka i perkusja tworzą wybuchową mieszankę, przy której można się dobrze bawić, a także rozgrzać ;) Kawałki nie były monotonne, każdy był inny - to bardziej stonowane, to znów ostre. Perkusista, zarazem tłumacz zespołu, wydawał się jako jedyny cokolwiek mówić po angielsku. Sam Mamer - drobny chłopak w czapce naciągniętej na oczy, nie sprawiał wrażenia zbyt kontaktowego. Ale pasowało to do klimatu muzycznego. Ogólnie koncert niezły, można wybaczyć tym młodym artystom nawet nie zawsze pasujące playbacki. Widać, że jeszcze długa droga przed nimi, ale już mają swój styl i za to daję im ****.
Quing Mei Jing Yue
Kiedy popatrzyłam na program środowego koncertu, pomyślałam sobie, że klasyczna muzyka chińska będzie pewnie smętnym przerywnikiem pomiędzy żywszymi kapelami. Nic bardziej mylnego! Kwartet czterech Chinek brzdąkających na dziwnych instrumentach szarpanych i strunowych wywołał prawdziwą burzę na widowni. Muzyka w swym brzmieniu, jak określił Maciej Szajkowski, prawdziwie bajkowa. Przywołuje na myśl płynącą szeroko rzekę, to znów szemrzący strumień, z liśćmi drzew poruszającymi się w rytm wiatru, z ptaszkami przelatującymi nad wodą. Muzyka to warto płynie, to znów zamiera. Pomimo skromnego instrumentarium egzotyczne muzyczki potrafiły wyczarować rozmaite nastroje, wplatając w swoją muzykę nawet takty z Chopina. Kilka kawałków pobrzmiewało celtyckimi echami, a największy aplauz wzbudziła "Kukułeczka" - tak, tak, ta co kuka i gniazdka sobie szuka! Wszyscy chyba zastanawiali się, czy to ich standardowy repertuar czy przygotowany specjalnie na ten występ. Do tego wszystkiego dochodzi wirtuozeria gry na tradycyjnych instrumentach, które na pewno nie należą do łatwych. Piękne Chinki w kolorowych, długich sukniach, kłaniające się publiczności po każdym utworze, wyglądały jak dawne damy dworu przeniesione na współczesną scenę. Za ten występ przy prawie ujemnej temperaturze ;) dostają ode mnie *****.
Hanggai
Ostatnim zespołem tego wieczoru był Hanggai - goście z Pekinu, lecz nawiązujący w swoim repertuarze do tradycji stepowej Mongolii i śpiewu gardłowego. Przyznaję, że byłam trochę rozczarowana, spodziewałam się czegoś w rodzaju Huun Huur tu albo Altai Khangai, tymczasem muzyka Hanggai to spotkanie gdzieś w połowie drogi między punk-rockiem a folkiem. Ostre granie i dużo hałasu, oczywiście śpiew gardłowy też, ale tylko jako dodatek. Nie było to w sumie złe, publiczność bawiła się dobrze, ot, takie do potańczenia, poklaskania i wspólnego śpiewania. Ukłonem w stronę tradycji jest image zespołu - tradycyjne kaftany i spiczaste czapeczki, które wprowadzają nas w klimat muzyki stepów. Do tego rytm galopującego konia, podkreślony perkusją i basem, przysadzisty lider Ilchi, który śmieje się, gada po swojemu, macha batem i porusza biodrami - tak, że nie sposób nie poczuć do niego sympatii. Za rozgrzanie publiczności w ten deszczowy, zimny wieczór oceniam ich na ****.
To już niestety moje ostatnie sprawozdanie z tegorocznego festiwalu. Wczoraj można było jeszcze kupić bilety na piątkowy Osjan - koncert zapowiada się smakowicie, wystąpi bowiem Daishuko Yoshimoto, niesamowity japoński performer-aktor-tancerz. Polecam!
Mamer
Mamer to zarówno artysta, jak i stworzony przez niego zespół. Pochodzi z prowincji Sinkiang, gdzie kultura chińska spotyka się z kręgiem kultury muzułmańskiej. To kraina, gdzie wiatr hula w stepie, tak jak w sąsiednim Kazachstanie. Sam Mamer pół roku spędza w terenie, a pół - w Pekinie. Mamer wprowadził stepowy folk w krainę mrocznego rocka, uzyskując całkiem ciekawe, energetyczne brzmienie, momentami skręcające w stronę rocka, to znów bardziej transowe. Niski głos, dumbra o ostrym brzmieniu - szarpany instrument podobny do mandoliny, do tego basówka i perkusja tworzą wybuchową mieszankę, przy której można się dobrze bawić, a także rozgrzać ;) Kawałki nie były monotonne, każdy był inny - to bardziej stonowane, to znów ostre. Perkusista, zarazem tłumacz zespołu, wydawał się jako jedyny cokolwiek mówić po angielsku. Sam Mamer - drobny chłopak w czapce naciągniętej na oczy, nie sprawiał wrażenia zbyt kontaktowego. Ale pasowało to do klimatu muzycznego. Ogólnie koncert niezły, można wybaczyć tym młodym artystom nawet nie zawsze pasujące playbacki. Widać, że jeszcze długa droga przed nimi, ale już mają swój styl i za to daję im ****.
Quing Mei Jing Yue
Kiedy popatrzyłam na program środowego koncertu, pomyślałam sobie, że klasyczna muzyka chińska będzie pewnie smętnym przerywnikiem pomiędzy żywszymi kapelami. Nic bardziej mylnego! Kwartet czterech Chinek brzdąkających na dziwnych instrumentach szarpanych i strunowych wywołał prawdziwą burzę na widowni. Muzyka w swym brzmieniu, jak określił Maciej Szajkowski, prawdziwie bajkowa. Przywołuje na myśl płynącą szeroko rzekę, to znów szemrzący strumień, z liśćmi drzew poruszającymi się w rytm wiatru, z ptaszkami przelatującymi nad wodą. Muzyka to warto płynie, to znów zamiera. Pomimo skromnego instrumentarium egzotyczne muzyczki potrafiły wyczarować rozmaite nastroje, wplatając w swoją muzykę nawet takty z Chopina. Kilka kawałków pobrzmiewało celtyckimi echami, a największy aplauz wzbudziła "Kukułeczka" - tak, tak, ta co kuka i gniazdka sobie szuka! Wszyscy chyba zastanawiali się, czy to ich standardowy repertuar czy przygotowany specjalnie na ten występ. Do tego wszystkiego dochodzi wirtuozeria gry na tradycyjnych instrumentach, które na pewno nie należą do łatwych. Piękne Chinki w kolorowych, długich sukniach, kłaniające się publiczności po każdym utworze, wyglądały jak dawne damy dworu przeniesione na współczesną scenę. Za ten występ przy prawie ujemnej temperaturze ;) dostają ode mnie *****.
Hanggai
Ostatnim zespołem tego wieczoru był Hanggai - goście z Pekinu, lecz nawiązujący w swoim repertuarze do tradycji stepowej Mongolii i śpiewu gardłowego. Przyznaję, że byłam trochę rozczarowana, spodziewałam się czegoś w rodzaju Huun Huur tu albo Altai Khangai, tymczasem muzyka Hanggai to spotkanie gdzieś w połowie drogi między punk-rockiem a folkiem. Ostre granie i dużo hałasu, oczywiście śpiew gardłowy też, ale tylko jako dodatek. Nie było to w sumie złe, publiczność bawiła się dobrze, ot, takie do potańczenia, poklaskania i wspólnego śpiewania. Ukłonem w stronę tradycji jest image zespołu - tradycyjne kaftany i spiczaste czapeczki, które wprowadzają nas w klimat muzyki stepów. Do tego rytm galopującego konia, podkreślony perkusją i basem, przysadzisty lider Ilchi, który śmieje się, gada po swojemu, macha batem i porusza biodrami - tak, że nie sposób nie poczuć do niego sympatii. Za rozgrzanie publiczności w ten deszczowy, zimny wieczór oceniam ich na ****.
To już niestety moje ostatnie sprawozdanie z tegorocznego festiwalu. Wczoraj można było jeszcze kupić bilety na piątkowy Osjan - koncert zapowiada się smakowicie, wystąpi bowiem Daishuko Yoshimoto, niesamowity japoński performer-aktor-tancerz. Polecam!
środa, 29 września 2010
Tarantela i dziewczyna jak wulkan
Za oknami plucha, pluska, pluje i psuje... wszystkie fajne plany. Na pocieszenie w tym tygodniu odbywa się 6. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur. W zeszłym roku byliśmy na fenomenalnym koncercie muzyki indyjskiej i mojego ukochanego projektu Indialucia. Wczoraj skusiłam się na włoskich tamburynistów i Mayrę Andrade z Wysp Zielonego Przylądka. Festiwal, podobnie jak rok temu, odbywa się w olbrzymim namiocie rozstawionym na Pl. Defilad i prowadzi go Maciej Szajkowski, znany z Kapeli ze Wsi Warszawa, koncertów Muzyka w Muzeum i świetnych audycji o muzyce etnicznej w Polskim Radiu.
Tamburellisti di Torrepaduli
Pierwsza część poświęcona była tradycyjnej muzyce południa Włoch, której korzenie sięgają podobno starożytnej Grecji. Trochę nie chce mi się wierzyć, by stateczni Grecy, jak Pitagoras, oddawali się tak szalonym tańcom, bowiem muzyka zaprezentowana przez sympatycznych Włochów (i Włoszki) najbardziej przypominała bałkańskie rytmy, które znamy z filmów Kusturicy. Żywy rytm, ale wszystko do siebie zbyt podobne, co na dłuższą metę usypia. I być może publiczność, osłuchana z tego typu ludowymi przyśpiewkami, nie reagowała aż tak entuzjastycznie, jak by wypadało. Do tego fatalny, naprawdę fatalny wokal - choć być może niski, zachrypły głos, bardziej recytujący niż śpiewający był efektem zamierzonym. Mnie osobiście do gustu nie przypadł. Koncert ratowała tancerka - bardzo powabna dziewczyna, kręcąca się do szalonych rytmów. Biały strój zmieniła w połowie koncertu na czerwony, do tego wymachiwała czerwoną chusteczką. Wszystko razem tworzyło wizualnie przyjemny efekt . Na koniec - jako kropka nad "i" - solowe, niesamowite popisy trzech tamburynistów. No i to było coś, za co dałabym koncertowi ****.
Mayra Andrade
Mayra okazała się gwiazdą wieczoru, choć wcale na gwiazdę nie wygląda. Na scenę weszła niska dziewczyna w szarej, workowatej sukience, gładko zaczesana, przypominająca grzeczną uczennicę. Jednak już od pierwszych zaśpiewanych słów podbiła serca publiczności. Niski, ciepły i głęboki ton głosu z lekką chrypką, którą bardzo lubię u wokalistek. A muzyka? Trudno ją jakoś zaszufladkować. Mayra urodziła się na Kubie, mieszkała w Senegalu i na Wyspach Zielonego Przylądka, by na koniec wylądować w Paryżu. I całą tę życiową wycieczkę zawarła w komponowanej przez siebie muzyce. Słychać tu i odwołania do muzyki karaibskiej i spojrzenia w stronę Afryki, i echa piosenki francuskiej, i fado, i jazzu... czego tam nie ma! Artystce towarzyszył sympatyczny zespół - dwóch gitarzystów, basista, trzech perkusistów, z czego dwóch obsługiwało różne fantastyczne przeszkadzajki. Lubię muzyków, którzy grają i widać, że sami się przy tym świetnie bawią. I ten zespół takie wrażenie sprawiał. A sama Mayra to dziewczyna jak wulkan, rozgrzewała drętwą publiczność, wtrącała przeróżne anegdoty pomiędzy piosenkami, wciągała do wspólnego śpiewania, a przede wszystkim dużo się uśmiechała. Były bisy i owacje na stojąco. Jej uśmiech i zaangażowanie w koncert w połączeniu z fantastycznym głosem zasługują moim zdaniem na *****.
ps. Dziś goście z Chin i khoomei!
Tamburellisti di Torrepaduli
Pierwsza część poświęcona była tradycyjnej muzyce południa Włoch, której korzenie sięgają podobno starożytnej Grecji. Trochę nie chce mi się wierzyć, by stateczni Grecy, jak Pitagoras, oddawali się tak szalonym tańcom, bowiem muzyka zaprezentowana przez sympatycznych Włochów (i Włoszki) najbardziej przypominała bałkańskie rytmy, które znamy z filmów Kusturicy. Żywy rytm, ale wszystko do siebie zbyt podobne, co na dłuższą metę usypia. I być może publiczność, osłuchana z tego typu ludowymi przyśpiewkami, nie reagowała aż tak entuzjastycznie, jak by wypadało. Do tego fatalny, naprawdę fatalny wokal - choć być może niski, zachrypły głos, bardziej recytujący niż śpiewający był efektem zamierzonym. Mnie osobiście do gustu nie przypadł. Koncert ratowała tancerka - bardzo powabna dziewczyna, kręcąca się do szalonych rytmów. Biały strój zmieniła w połowie koncertu na czerwony, do tego wymachiwała czerwoną chusteczką. Wszystko razem tworzyło wizualnie przyjemny efekt . Na koniec - jako kropka nad "i" - solowe, niesamowite popisy trzech tamburynistów. No i to było coś, za co dałabym koncertowi ****.
Mayra Andrade
Mayra okazała się gwiazdą wieczoru, choć wcale na gwiazdę nie wygląda. Na scenę weszła niska dziewczyna w szarej, workowatej sukience, gładko zaczesana, przypominająca grzeczną uczennicę. Jednak już od pierwszych zaśpiewanych słów podbiła serca publiczności. Niski, ciepły i głęboki ton głosu z lekką chrypką, którą bardzo lubię u wokalistek. A muzyka? Trudno ją jakoś zaszufladkować. Mayra urodziła się na Kubie, mieszkała w Senegalu i na Wyspach Zielonego Przylądka, by na koniec wylądować w Paryżu. I całą tę życiową wycieczkę zawarła w komponowanej przez siebie muzyce. Słychać tu i odwołania do muzyki karaibskiej i spojrzenia w stronę Afryki, i echa piosenki francuskiej, i fado, i jazzu... czego tam nie ma! Artystce towarzyszył sympatyczny zespół - dwóch gitarzystów, basista, trzech perkusistów, z czego dwóch obsługiwało różne fantastyczne przeszkadzajki. Lubię muzyków, którzy grają i widać, że sami się przy tym świetnie bawią. I ten zespół takie wrażenie sprawiał. A sama Mayra to dziewczyna jak wulkan, rozgrzewała drętwą publiczność, wtrącała przeróżne anegdoty pomiędzy piosenkami, wciągała do wspólnego śpiewania, a przede wszystkim dużo się uśmiechała. Były bisy i owacje na stojąco. Jej uśmiech i zaangażowanie w koncert w połączeniu z fantastycznym głosem zasługują moim zdaniem na *****.
ps. Dziś goście z Chin i khoomei!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
