Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzętowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzętowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 grudnia 2011

Opowieści z puchowej krainy

Dziś zapraszam na wycieczkę do fabryki puchowych śpiworów. Spędziliśmy dziś z Sahibem i jego kolegą Jastrzębiem (urodzonym, co ciekawe, tego samego dnia, co Sahib) dwie godziny w firmie Yeti, opracowując różne patenty na wyprawę chłopaków. Wyprawa planowana jest na marzec-kwiecień 2012, a więc już niedługo! Jej celem jest Ziemia Torella, położona w głębi Spitsbergenu. Stąd nazwa wyprawy - Torell Expedition. Tereny te były eksplorowane przez polskie wyprawy w okresie międzywojennym, pozostałością tych czasów są polskie nazwy geograficzne lodowców, szczytów i przełęczy. Trasa wiedzie z Longyearbyean do polskiej stacji polarnej Hornsund - a potem z powrotem.

Owocem dzisiejszej arcyciekawej wycieczki do fabryki Yeti jest wpis, który popełniłam gościnnie na stronie chłopaków. Uwielbiam poznawać tajniki produkcji różnych rzeczy, a puchowe śpiwory, z mnóstwem komór w środku są naprawdę niesamowite. Zapraszam do lektury!

wtorek, 25 października 2011

Plastrony czyli koszulki startowe - co z nimi zrobić?


Dziś będzie dość ekspresowy post. Startując w różnych zawodach zgromadziliśmy pewną kolekcję numerów startowych w postaci koszulek - inaczej zwanych też plastronami. Pamiątka miła, ale jako początkująca (ciągle) minimalistka, nie chciałam trzymać bezużytecznych przedmiotów tylko z powodu wspomnień. Te koszulki są co prawda z dobrego materiału, ale krój mają luźny, raczej nie nadają się jako koszulka, ani do biegania, ani do innych dyscyplin.

Pomysły są dwa.

środa, 17 sierpnia 2011

Zabuffmy się!

Buff, o którym wspominałam już kilka razy przy różnych okazjach (m.in. o fastpackingu) jest dla mnie jednym ze sprytniejszych wyrobów tekstylnych, z jakimi miałam do czynienia. Coś na kształt szwajcarskiego scyzoryka, lecz w dziale nakryć głowy. Skojarzenie ze scyzorykiem nasuwa się mimowolnie, gdy spojrzeć na zastosowania buffa - może być czapką, opaską, siatką, frotką do włosów, ręcznikiem, ba, nawet obrusem! A przy tym jest ładny, mięciutki, lekki i szybko schnie po praniu.



środa, 30 czerwca 2010

Selle czyli siodło

Nie od dziś wiadomo, że przepustką do długiego dystansu na rowerze są nie tylko mocne nogi, ale i mocny tyłek... albo dobre siodło! Fotka prosto z naszej domowej stajni (może niezbyt artystyczna, ale prawdziwa).

Dziś będzie więc recenzja sprzętowa. Od razu na wstępie uprzedzę, że nie jestem w żaden sposób związana z firmą Selle Italia. A może szkoda, bo dostawałabym siodełka do testów za darmo? Zwolennicy supermarketowych rowerów mogą mnie zlinczować, bo siodełko to kosztuje mniej więcej tyle, co cały najtańszy chiński rower. Ale etap jazdy na Longwayu (zresztą bardzo burzliwy i przygodowy) mam już za sobą w mojej krótkiej kolarskiej karierze ;)

Biorąc pod uwagę komfort, wagę i nieco lansu skusiłam się na model Selle Italia Diva Gel Flow. Siodełka Gel Flow tej renomowanej firmy to cała seria - zarówno męskich, jak i damskich. Damskie różnią się nieco długością (są krótsze) i kształtem wycięcia. Niedługo będę mogła dodać do recenzji uwagi Marcina i Maćka, którzy kupili bardzo podobne męskie siodełka - są w fazie testów.

Pierwsze wrażenie jest korzystne. Pomimo pozornej masywności siodełko jest lekkie (waga 240 g podana przez producenta jest faktyczną wagą produktu), między innymi dzięki lekkiemu vanoxowemu stelażowi. Pokrycie to czarna skóra, wykonanie solidne. Siodełko wcale niechętnie ugina się pod naciskiem ręki. Z tyłu, hm... Różowa wyszywanka w postaci kwiatowego motywu. Ale niech tam, w obliczu błota wszystkie kolory są równe niczym na Sądzie Ostatecznym.

Po oględzinach przyszła pora na montaż (standardowy) i próbną jazdę. Przyznam, że pierwsza jazda nieco mnie rozczarowała. Kształt i miękkość całkiem ok, do życzenia pozostawała nieco „śliskość” siodła. Przy spokojnej jeździe po równym nie odczuwałam problemu, ale wszystkie bardziej wymagające, techniczne odcinki sprawiały, że tyłek nieco „latał” po siodełku. Skóra pokrycia jest gładka i nie ma żadnych elementów antypoślizgowych.

Siodełko zabrałam za sobą na Grassora - jazda przez 24 godziny to miał być prawdziwy test. I tu przyznaję, że test wypadł znakomicie. Przede wszystkim nie poobcierałam się, a to zawsze był mój problem przy dłuższej jeździe. Żeby szanse były równe, jechałam w niezbyt wypasionych spodenkach z Decathlonu. 230 km nie spowodowało żadnego uszczerbku na ciele i duszy. Jechałam na nim również na Bike Orient, gdzie pokonałam około 130 km. Ten test także wypadł satysfakcjonująco, na trudniejszych odcinkach już nie odczuwałam ślizgania (a może nie zwróciłam na nie uwagi w startowym amoku). W sumie - dobre siodełko to takie, o którym się nie myśli.

Podsumowując: lekkie, dość komfortowe damskie siodło, do jazdy raczej w łatwym terenie, za to dobre na dług dystans. Ze swojej strony polecam!

sobota, 24 kwietnia 2010

Lżej, szybciej, dalej

„Gdy w gronie ekspertów omawia się, co trzeba zabrać w drogę, toczą się gorące spory, bo idzie tu o odwieczny dylemat pomiędzy przydatnością bagażu a jego wagą. Decydującą rolę odgrywa zazwyczaj osobista zdolność do dźwigania i umiejętność przetrwania ze skąpym wyposażeniem we wszelkich możliwych sytuacjach. (…) Wygody postoju piechur zawsze przypłaca niewygodami marszu”.
Hans-Otto Meissner „Sztuka życia i przetrwania”, 1982

Każdy wyjazd, dłuższy czy krótszy, to wielkie pakowanie. Pakowanie obarczone dylematami, co zabrać, co tak naprawdę okaże się konieczne? Chyba każdemu z nas zdarzyło się po powrocie z wyjazdu znaleźć w plecaku przedmioty, których nie użył. Czasem nawet niezjedzone jedzenie, cóż za marnotrawstwo – sił oczywiście! Jedyny wyjątek to apteczka – najlepiej jak wraca do domu w nienaruszonym stanie – tu możemy nie mieć wyrzutów sumienia.

Pomimo wielu przemyśleń na temat pakowania, stosowania wagi, zawsze mam wrażenie że zabrałam za dużo. Mam swoje małe grzeszki w dziedzinie pakowania. Z wielką zazdrością patrzę później na spotkanych na szlaku prawdziwych „fastpackerów”, z plecakami dwa razy lżejszymi niż mój! Sprzymierzeńcami-motywatorami w walce o lekkość są też małe plecaki oraz lotnicze limity wagowe.

Co to takiego – fastpacking?

Fastpacking to filozofia, która może być przydatna nie tylko dla biegaczy ultra albo rajdowych zawodników pokonujących wielkie dystanse z małymi plecaczkami i absolutnym minimum sprzętu. Fastpacking to nic innego jak minimalizm w pakowaniu i sztuka znalezienia kompromisu pomiędzy komfortem, który chcemy sobie zapewnić, a wagą noszonego plecaka. Skrajnością jest podejście survivalowe, przetrwanie w terenie z przysłowiowym nożem i zapałkami. Ten tekst nie będzie jednak o tym, ale o próbie znalezienia własnego złotego środka.
Nie ma jednej gotowej recepty, jak się spakować, bo wszystko zależy od tego dokąd jedziemy, w jakiej porze roku, w jakiej formule, na jak długo, samotnie czy w grupie, jakich środków transportu używamy. Umiejętność spakowania tego, co niezbędne najbardziej przyda się piechurom i rowerzystom.
Są też sytuacje, które fastpackingowi nie służą: zimny klimat, dzikie miejsca, oddalenie od cywilizacji, samotne podróżowanie, podejmowanie specjalistycznych aktywności wymagających dodatkowego sprzętu (profesjonalna fotografia, wspinaczka, łowiectwo, obserwacje przyrodnicze itd.). Znajomość terenu, rozmowy z osobami, które już tam były, czytanie relacji - pomagają spakować się lepiej, czyli oszczędniej.

Każda rzecz waży

Jest jednak kilka zasad, którymi fastpacking można podsumować. Przede wszystkim przekonanie, że KAŻDA rzecz waży, w tym sam plecak i rozmaite pokrowce. Szukanie lżejszych, a równie dobrych zamienników posiadanego sprzętu. Odchudzanie sprzętu (usuwanie zbędnych elementów). Stosowanie wielofunkcyjnych rozwiązań (dobrym przykładem jest buff). Naszym najlepszym przyjacielem powinna na kilka godzina stać się elektroniczna waga (wystarczy zwykła, kuchenna, do 2-3 kg, dokładność to zwykle 2 g). Dobra metoda to zważyć posiadany sprzęt raz i zrobić listę do ponownego użytku.

Nie dla pesymistów

Fastpacking zakłada pewien optymizm, który nie oznacza rezygnacji z rozsądku. Nie rezygnujemy na przykład z apteczki, jednak zabieramy taką ilość odpowiednio dobranych leków, by w najczęściej spotykanych wypadkach móc sobie poradzić. Optymizm przejawia się w tym, że rezygnujemy z zabezpieczania się od nietypowych, bardzo rzadkich sytuacji, albo stosujemy w nich rozwiązania awaryjne.

Trochę konkretów

Zawartość plecaka możemy podzielić na kilka kategorii: plecak, biwak, gotowanie, żywność, ubrania, kosmetyczka, apteczka, mapy i przewodniki, sprzęt nietypowy i „przydasie”. W każdej kategorii możemy uszczknąć co najmniej parę gramów.

Plecak. Ostatnio wymieniłam plecak na lżejszy. Sporo się naszukałam, dużo przymierzała, opłaciło się. Mój plecak 70 l waży 1900 g. To dużo czy mało? Standardowo plecaki o tym litrażu ważą około 2,5 kg, jestem zadowolona. Poza tym jest bardzo wygodny. Mogłabym jeszcze wyciągnąć z niego rzadko używane sznurki i skrócić paski.

Biwak. Namiot czy płachta biwakowa? A może spanie w szałasach i awaryjne NRC? A jeśli namiot – to czy możemy nasz namiot jakoś „odchudzić?” Niektórzy producenci oferują wymianę stelaża na aluminiowy, lżejszy niż z włókna szklanego. Można kupić komplet lekkich szpilek i wymienić odciągi na kawałki cienkiego repa. Niektóre pokrowce namiotów mają dodatkowe kieszonki lub paski, które nie są niezbędne i można je po prostu odciąć. Karimata czy mata samopompująca? A może po prostu zwykłą alumata? To kwestia komfortu i ciepła. Mata samopompująca jest bardzo wygodna, nieźle izoluje, ale waży około 1 kg. Dobra karimata to ok. 0,5, kg, alumata połowę mniej. Zwykle wybieram opcję złotego środka czyli karimatę. Śpiwory to osobny temat.

Gotowanie. Jeśli chodzi o samą kuchenkę czyli palnik, to niewiele możemy zaoszczędzić – jedynie na etapie zakupu możemy wybrać najlżejszy model. Może być on mniej stabilny i mniej wygodny w użyciu niż cięższy, z dłuższymi ramionami. Zabierając gaz warto mieć pewien zapas, jednak nie przesadny – tu przydaje się umiejętność oceny, jak szybko nam schodzi gaz (latem, zimą). Inne opcje to kuchenka benzynowa (cięższa niż palnik gazowy, ale niezastąpiona w podróży lotniczej), gotowanie na ognisku (jeśli jest opał), jedzenie w schroniskach lub barach. Do zestawy kuchennego wchodzą ponadto menażki, kubek, łyżka, nóż. Widelec zawsze uważałam za zbędny, praktycznie wszystko można zjeść łyżką. Łyżka stalowa to około 36 g, podobnej wielkości łyżka z tytanu lub aluminium to 20 g, a więc prawie o połowę mniej! (Jeśli kogoś zaskakuje mój entuzjazm przy oszczędzeniu tych 16 g to proponuję przejść do działu: kosmetyczka) Kubka nie zabieram, piję z menażki. Odkąd stałam się szczęśliwą posiadaczką tytanowych menażek, nie mam dylematu co do wagi. Ważą tyle, co aluminiowe, około połowy tego, co stalowe. Niestety słono kosztują i to ich główna wada. Kupując menażki wybierałabym jak najlżejsze i bez przymocowanych na stałe rączek. Nóż - są zwolennicy ciężkich myśliwskich finek. Moja stara finka waży 222 g! Aż trudno mi w to uwierzyć, że kiedyś była moim stałym towarzyszem wędrówek! Wypasiony scyzoryk z wieloma funkcjami i w miarę sporym ostrzem to 100 g. Mały „rajdowy” scyzoryk waży tylko 46 g.

Żywność. Podobnie jak śpiwór czy ubrania to temat na osobny artykuł. Dobrą metodą, którą stosuję od jakiegoś czasu, jest paczkowanie jedzenia na dzienne porcje – śniadaniowe i obiadowe, plus przekąska w środku dnia. Łatwo wtedy zajrzeć do worka z jedzeniem i policzyć, na ile dni nam zostało. Od herbat odcinam zbędne sznurki i papierki. Zabieram dobrej jakości herbaty. Stosuję jako szczelne opakowania np. lekkie plastikowe pojemniczki na mocz, które można kupić w aptece oraz torebki strunowe. Unikam zabierania „pustych kalorii” takich jak zupki w proszku. Wolę zabrać więcej płatków owsianych, kaszy.

Ubrania. To moja pięta achillesowa. Pomimo tego, że swego czasu zważyłam wszystkie wyjazdowe koszulki, polarki i skarpetki, pakowanie ubrań zawsze spędza mi sen z oczu. Staram się brać ubrania nadające się jako cebulka, w których da się chodzić i spać. Uwielbiam wielofunkcyjnego buffa (kiedyś robił nawet za siatkę na jabłka i jako cumka do kajaka). Polecam ważenie ubrań – można się nieźle zdziwić. Trójwarstwowy goretex to około 700 g. Packlite, świetny latem – połowa tego!

Kosmetyczka
- mój konik, jeśli chodzi o odchudzanie sprzętu. Poniżej lista oszczędności:
• papier toaletowy – usuwam zbędną tekturkę ze środka, stanowi ona wagową równowartość 1,5 m papieru – 5 g oszczędności.
• pasta do zębów – zamiast tradycyjnej tuby 75 ml (waga z tubą 100 g) stosuję malutką skoncentrowaną Ajonę (do kupienia w aptece) – ok. 8 g z opakowaniem – 92 g oszczędności
• zamiast dezodorantu (waga ok. 150 g) używam odciętego kawałka dezodorantu w sztyfcie w torebce strunowej – około 15 g – 135 g oszczędności
• mydło – zabieram tylko tyle, ile naprawdę potrzeba, zwykle około 30 g
mały grzebień 10 g
• szczoteczka do zębów – moja ma 22 g, ale miałam kiedyś taką, która ważyła 16 g, możne oczywiście obciąć jej kawałek rączki, to już chyba tradycyjny przykład odchudzania plecaka
• ręcznik mam leciutki, tylko 90 g, ale jeszcze mniej waży pielucha z tetry – 50 g (zanim kupiłam ten ręcznik zwykle na wyjazdy zabierałam tetrę)
• krem – tubka 25 ml wystarcza zwykle na miesiąc (w wyższe góry większa tubka z mocnym filtrem)
• sama lekka kosmetyczka waży aż 70 g! zamiast niej polecam torebkę strunową – około 5 g
Można zmieścić się w około 200 g (nie licząc papieru toaletowego).

Mapy i przewodniki.
Od map śmiało odcinam zbędne okładki. Czasem nawet odcinam niepotrzebne fragmenty. Zamiast mapnika biorę torebki strunowe. Z grubych przewodników zdarza mi się wycinać niepotrzebne kartki, okładkę. Ostatnio coraz częściej nie biorę notesu tylko złożoną kartkę papieru.

Reszta sprzętu. Telefon, aparat, czołówka, okulary, baterie, kijki teleskopowe, podstawowy zestaw naprawczy i inne „przydasię”. Praktycznie każda z tych rzeczy może być lżejsza lub cięższa.

Ciekawa jestem Waszych opinii i patentów. Uważajcie, to wciąga!

piątek, 25 grudnia 2009

Goretex kontra "focze skórki"

W przewidywaniu rychłej odwilży dobry Aniołek z Wilanowa umieścił pod choinką wymarzone przeze mnie wodoodporne skarpetki SealSkinz w stosownym rozmiarze M (odpowiednik 39). Dziękuję! Już po wyjęciu ich z eleganckiej opakówki zaczęłam dokładnie je oglądać, nie dowierzając, by coś mogło być jednocześnie elastyczne, wodoodporne, oddychające, ciepłe itd. Czego to ludzie nie wymyślą? Pod światło nie dało się ich prawie przejrzeć, prześwity minimalne. Materiał z zewnątrz wydawał się szorstki, w neoprenowym klimacie. Pierwsze wrażenie to ich spora grubość - w końcu mają trzy warstwy. Wewnętrzna - zaskakująco przyjemne merino. Kształt skarpet wydał mi się słabo wyprofilowany, przypominając trochę szyte kiedyś skarpety z polaru (worek z ledwo zaznaczoną piętą). Jednak po założeniu butów bardzo dobrze dopasowały się do stopy i to wrażenie znikło.

Na test wybraliśmy się dzisiaj do Kabat. Lwia część 17-kilometrowej pobiegawki wiodła po leśnych drogach pokrytych lodem i warstwą wody oraz po nasiąkniętym wodą gruncie. Mimo wczesnej pory - około 18.00, cały las mieliśmy do wyłącznej dyspozycji, nie spotykając nikogo. Założyłam "focze skórki", a na to zwykłe letnie siateczkowe Salomony, Sahib zaś wskoczył w Salomony z goretexem. Jego wodoodporność sięgała zatem kostki, moja - do pół łydki, prawie jak w kaloszach. Dzisiejsza temperatura +10°C okazała się być może graniczną, w której da się w SealSkinzach wytrzymać. Od samego początku było mi ciepło w stopy, które przy bieganiu praktycznie nie marzną (co innego na rowerze). Mimo to stopy nie pociły się bardziej niż w zwykłych skarpetkach.

Na szczęście w lesie czekały już pierwsze kałuże, do których zaczęłam ochoczo wskakiwać. Lodowata woda natychmiast przemoczyła buty, a ja tylko czekałam aż przedrze się przez skarpety. Ale nie doczekałam się! Jedyne wrażenie to lekki chłód, jednak woda bardzo szybko podgrzewała się w butach i biegło się jak w najsuchszy letni dzień. Na koniec przebiegliśmy jeszcze polami, gdzie również stały głębokie kałuże. Sahib postanowił jednak przemoczyć swoje goretexy, stojąc w jednej kałuży zbyt długo, więc z tej pierwszej potyczki "focze skórki" wyszły górą, a ja po przyjściu do domu miałam zupełnie suche nogi.

Oczywiście to skarpety na specjalne okazje, nie mam zamiaru zajeździć ich na treningach (kosztują tyle co dwie, a nawet trzy pary zaawansowanych skarpet z wełny). Myślę, że w niższej temperaturze albo na rowerze będą się sprawowały idealnie. Jedyne co mnie martwi, to ich trwałość - w końcu każde mechaniczne uszkodzenie membrany powoduje w tym przypadku utratę właściwości. Na koniec dodam, że są ładne, czarne i wykończone niebieskim szlaczkiem.

Tylko jak to będzie - kończyć rajd z suchymi nogami?