Strony

niedziela, 3 lipca 2011

Człowiek lasu pozdrawia

Chwilowo zostałam człowiekiem lasu. Czytelników (o ile jeszcze ktoś tu zagląda) bardzo proszę o wyrozumiałość. W ramach przeprosin fotka oraz krótka historia pt. "Skąd się bierze jesień". Pobyt w lesie, zwłaszcza z omc doktorem nauk leśnych Sahibem, jest bardzo pouczający!


Ja: Dlaczego drzewa jesienią przebarwiają się i zrzucają liście?
Sahib: Jak to, nie wiesz? Przecież tego uczą już w przedszkolu. Drzewa zrzucają liście, żeby jeże miały w czym się zakopać na zimę!
Ja: Ale skąd drzewa wiedzą, że w okolicy jest jakiś potrzebujący jeż?
Sahib: Bo jeże bardzo głośno tupią.
Ja: Czy jeśli jakaś rodzina jeży podejdzie pod drzewo i zacznie głośno tupać, to drzewo się przebarwi, zrzuci liście i nadejdzie jesień?
Sahib: Oczywiście!

Teraz już wiem, kto ponosi winę za przedwczesne przyjście jesieni... Pozdrawiam Wszystkich i życzę słonecznej pogody!

środa, 8 czerwca 2011

Nie bójcie się szpinaku!


To jest przepis specjalnie dla tych, którzy nie lubią szpinaku, bo kojarzy im się z wodnistą, rozgotowaną papką. A przecież szpinak ma też inne, smakowite oblicze. Sezon na świeży szpinak w pełni - jest to warzywo, które wspaniale smakuje również na surowo. Nie wierzycie? Spróbujcie. Sałatkę ze szpinaku wcinam od kilku dni, aż mi się uszy trzęsą. W warzywniaku to już się nawet przestali dziwić, gdy wpadam i kupuję od razu kilogram. Kilogram to pokaźna torba, bo szpinak jest bardzo lekki. A oto przepis:

trochę liści szpinaku - umyć, pokroić
2 rzodkiewki
garść orzechów włoskich
szczypiorek
parmezan lub ser pleśniowy
(ale niekoniecznie)
oliwa, sól, pieprz

Ta sałatka świetnie smakuje na przykład zawinięta w cienki naleśnik albo z razowym chlebem. Jeśli macie inne pomysły na świeży szpinak, to koniecznie podzielcie się w komentarzach. Życzę udanych szpinakowych wariacji!

PS. Mile widziane inne dania nie wymagające gotowania w te upały :)

piątek, 3 czerwca 2011

Książeczka

Wczoraj wybrałam się do banku (nazwijmy go roboczo Przecudny Kwiat Oszczędności) załatwić pewną sprawę. Nie była zbyt skomplikowana, dzięki czemu spędziłam w banku zaledwie nieco ponad godzinę, a moje papiery obsługiwały tylko cztery osoby. W międzyczasie, stojąc przy okienku i spoglądając na błyskawiczny postęp mojej sprawy, obserwowałam sceny rozgrywające się przy kasie obok.

Otóż do banku przyszła starsza pani - zadbana, elegancko ubrana, w towarzystwie młodszej kobiety. Panie potrzebowały pilnie uzyskać pewną sumę w gotówce, w związku z czym starsza pani przyniosła książeczkę oszczędnościową, z której chciała tę sumę wypłacić. Pamiętacie takie książeczki? Zielony papier, tabelka, pieczątki, ten klimat.

piątek, 27 maja 2011

Z wizytą w młynie

Dziś wpis nietypowy. Po pierwsze zaproszenie na wycieczkę - przynajmniej wirtualną - do młyna w Makowie Mazowieckim. Po drugie - wpis niejako reklamowy :) Być może niektórzy czytając post o kosztach wypieku domowego chleba zwrócili uwagę, że piekę chleb z mąki kupowanej bezpośrednio w młynie. Do tej pory mąka ta była przywożona przez osoby trzecie (do Makowa mamy kawałek...), ale gdy tylko nadarzyła się okazja, osobiście dokonaliśmy zakupów.


Przy okazji właściciel, pan Jerzy Stefański, oprowadził nas po młynie, pozwolił zrobić trochę zdjęć, a przede wszystkim opowiedział bardzo ciekawie o produkcji mąki.

poniedziałek, 23 maja 2011

Chrabąszcze etatowe

Chrabąszcze są nie tylko w lesie. W nawiązaniu do poprzedniego wpisu o owadach - szkodnikach drzew, dorzucam kilka gatunków, które na pewno znacie z bliższego lub dalszego otoczenia. Ze specjalną dedykacją dla MinimaLenki ;)

Monitornik żółtokarteczkowiec
Kawopijca papierosowiaczek
Kabloplątek listwownik
Pleciuch futrynnik
Klawiaturnik jędnorękowiaczek
Telefonnik skryty
Linijkowiec ekierkowiaczek
Czatowiec pogodzinnik
Poniedzielnik leniwiec
Okrusznik podbiurkowiec
Zupojadek brudzikubek


... i wiele innych, które dopiero czekają na odkrycie i opisanie. Miłego poniedziałku!

sobota, 21 maja 2011

Kreatywni entomolodzy

Wczoraj dokształcałam się nieco z entomologii czyli nauki o owadach. Niedługo podejmę się niedużego zlecenia, które będzie wymagało bardzo podstawowej wiedzy na ten temat. Nie nauczyłam się jednak zbyt wiele. Moją uwagę odciągnęły fantastyczne nazwy owadów - niszczycieli drzew i krzewów:

Ogłodek dzirytnik
Zwójka jarzębóweczka
Wystrój wężowiaczek
Zgrzypnik twardokrywka
Wierzbinowiec niszczywierzba
Skoczonos ozdobny
Ryjkowiec kutnerowiec
Drwionek okrętowiec
Szarynka kalinówka
Kibitnik lilakowiaczek
Strąkowiec żarnowcowy
Pryszczarek maliniak
Owocówka głogóweczka
Nimułka różana
Brzęczak porzeczkowy
Nijasionka skrzydlaneczka
Opiętek dwukropkowy...


... mogłabym tak dalej wymieniać i wymieniać. Bogactwo przyrody jest wspaniałe. A nazwy, przyznacie chyba, brzmią całkiem sympatycznie. Mimo to nie chciałabym być drzewem, na którym żerują - w końcu to czarne charaktery!

Jeśli napiszę kiedyś powieść, to już wiem, skąd zaczerpnę imiona dla bohaterów ;)


Bibliografia: Zbigniew Schnaider "Atlas uszkodzeń drzew i krzewów powodowanych przez owady i roztocze", Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1991

piątek, 6 maja 2011

Zwariowany test

Ostatnio mam trochę mniej czasu na blogowanie. Dążąc do niezależności na polu zawodowym postanowiłam założyć własną działalność i wystąpić o dotację na ten cel. To pochłania dość sporo czasu - jeżdżenia po urzędach, wypełniania druczków itd. Dziś uzyskałam jeden z ciekawszych załączników do wniosku: "Opinię doradcy zawodowego".

Aby ją uzyskać, wypełnia się test, który jest następnie oceniany. Test określa predyspozycje psychiczne, opanowanie, motywację do pracy, kwalifikacje itd. Pytania, punktowane od 1 do 5 są przemieszane, a niektóre mają chytrze "odwróconą" punktację (żeby delikwent nie zakreślił z automatu 5 we wszystkich pytaniach).

sobota, 30 kwietnia 2011

Top lista - 10 lektur wszechczasów

Mam taki zwyczaj, że gdy ktoś zaprosi mnie do domu, to nie oglądam kaktusów, paprotek ani kryształów na meblościance. Niektórym gospodarzom na pewno smutno z tego powodu. Mój wzrok jak magnes przyciąga jednak regał z książkami (może to niegrzeczne, ale naprawdę nie potrafię się powstrzymać, nawet gdy siedzę do niego tyłem!). Księgozbiór zdradza o właścicielu niemało, o jego zainteresowaniach, poszukiwaniach duchowych i preferowanej rozrywce.

Dziś zapraszam na wycieczkę na jedną z moich półek z książkami.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Latte caldo!

Włoskie Alpy kojarzą się przede wszystkim z jazdą na nartach. Na zjazdówkach nie jeżdżę, ale w tym górskim regionie bywamy latem. Pomimo kilku wyjazdów, wstyd się przyznać, wciąż po włosku umiemy tylko "dzień dobry" i "dziękuję", więc pozostaje nam dogadywanie się mieszanką angielskiego, hiszpańskiego i uniwersalnego języka gestów (kiedyś pojechał z nami kolega, który dorzucił klasyczną łacinę - szło mu naprawdę świetnie!).

Podczas ostatniego wyjazdu w ciągu jednego dnia zeszliśmy z Monte Rosy, zjechaliśmy na dół do najlepszej pizzerii w okolicy i postanowiliśmy tego samego wieczoru dostać się do Zermatt, po drugiej stronie Alp. Po kilkudziesięciu kilometrach zrobiło się sennie, więc zaczęliśmy wypatrywać jakiegoś Maka, żeby napić się kawy.

Kiedy w końcu ujrzeliśmy upragnione logo, cała nasza piątka wydała zgodny okrzyk, a śmiały kierowca Damiano złamał bez wahania kilka przepisów, by po chwili zaparkować pod krainą hamburgera.

piątek, 8 kwietnia 2011

Gotujemy! Mini calzone na kiepską pogodę

Weekend zapowiada się deszczowy. Dziś dzielę się przepisem, który wymaga nieco pracy, ale nie jest wcale trudny. Pochodzi z książki, którą już kiedyś wspominałam: "Wegetariańska kuchnia włoska" Paoli Gavin.

Calzone to tak naprawdę złożona na pół pizza. Jeśli umiecie zrobić domowe ciasto na pizzę (a to naprawdę prosta sprawa), to jesteście w domu. Prawdziwe calzone jest wielkości typowej pizzy, czyli zajmuje cały duży talerz. Zachęcam do eksperymentowania - w mojej wersji mini jest równie dobre!