Strony

poniedziałek, 14 lutego 2011

Domowy chleb - drogo czy tanio?

Do zamieszczenia tego wpisu zainspirowała mnie informacja, że w sklepie nieopodal nas razowy chleb orkiszowy kosztuje... uwaga, nie pospadajcie z krzeseł - 30 zł za kg!!! Niektórzy uważają, że nie opłaca się piec chleba w domu, że wychodzi to drogo. Oczywiście, jeśli ktoś kupuje dmuchane pieczywo tostowe w supermarkecie, to domowy chleb wyjdzie nieco drożej. Ale nie chodzi mi o chleb, w którym płacimy głównie za powietrze. Domowy chleb na zakwasie robi się bardzo łatwo i zawsze wychodzi. Jest ciężki i pożywny, a przede wszystkim smaczny. Prawdopodobnie również zdrowy :) A cena? Z ciekawości policzyłam, poniżej cała prawda o razowym chlebie. Koszty dotyczą chleba o masie 1 kg, bez dodatków.

0,67 kg mąki orkiszowej, kupionej w młynie prosto od młynarza (1,80 zł/kg) - taka ilość potrzebna jest na 1 kg chleba
1,20 zł

3 płaskie łyżeczki soli (ok. 7 g - 1,50 zł/kg)
0,02 zł

woda (łącznie do chleba i do zmywania, policzone z górką 4 l - 7,05 zł/1000 l)
0,03 zł

prąd z realnego pomiaru z licznika (piekarnik elektryczny, 200°C, 1 h 15 min. pieczenie + 15 min. nagrzewanie, 0,62 zł/kWh)
1,21 zł

około 10 minut pracy przy wymieszaniu i nastawieniu ciasta

SUMA 2,46 zł...

...czyli ponad 10 razy taniej, niż w sklepie!

PS. Zdjęcie z dzisiejszego wypieku :) Zwykle wychodzi to jeszcze taniej, bo piekę większą ilość - ta dziwna waga 0,67 kg jest tylko po to, by zgadzała się docelowa waga chleba dla porównania ze sklepowym. Zwykle daję 1-1,5 kg mąki naraz, a czas pieczenia jest praktycznie ten sam.

Dokładny, własny przepis na chleb z formy podaję tutaj.

środa, 9 lutego 2011

10 sposobów na uwolnienie książek

Dziś będzie dłuuugi wpis. Nigdy nie pisałam poradników, więc liczę na wyrozumiałość :) Jakiś czas temu zaczęliśmy z Sahibem redukować nasz dobytek, między innymi dość liczny, wspólny księgozbiór. Punktem wyjścia było około 1100 woluminów. Nie będę tu pisać o kryteriach, którymi się kierowałam przy selekcji - to bardzo indywidualna sprawa. Będzie za to o sposobach pozbywania się książek, które - obarczone sporym ładunkiem emocjonalnym - są mimo wszystko inną kategorią niż ubrania czy garnki.

1. Oddać do biblioteki publicznej
Niestety nie każda biblioteka chce książki przyjmować. Czasem po prostu brakuje regałów, żeby trzymać wszystkie dary. W naszej małej lokalnej bibliotece książki przynoszone przez czytelników i nie włączone do księgozbioru są wystawione w pudłach i można za symboliczną złotówkę coś sobie wybrać (zdarzają się bardzo ciekawe pozycje!). Od czasu do czasu bibliotekarki robią selekcję i oddają część na makulaturę.

2. Oddać do biblioteki szkolnej
Jeśli sami już wyrośliśmy ze szkolnego mundurka, to na pewno mamy jakiegoś znajomego, który pracuje w szkole. Książki typu popularnonaukowego, lektury, słowniki, podręczniki, zbiory zadań, atlasy - mogą wzbogacić właśnie szkolną bibliotekę.

3. Oddać do biblioteki branżowej
Książki tematyczne, zwłaszcza związane z dziedziną, którą się zajmujemy, mogą znaleźć dobre miejsce w bibliotece zakładu naukowego czy instytutu, ale też klubu górskiego, szachowego, drużyny harcerskiej. Sporo książek/opracowań/czasopism Sahib zaniósł do biblioteki w pracy - zostały przyjęte z radością, a on nadal może z nich korzystać.

4. Oddać znajomym

To też niezła metoda, można wprowadzić zasadę 1 książka = 1 symboliczna złotówka. Zrobiłam podobnie jak z ubraniami - zdjęcia książek wrzuciłam na Picasę i rozesłałam linka znajomym. Jest z tym trochę więcej zachodu niż z oddaniem do biblioteki, czasem paczuszka czeka jakiś czas, aż się z kimś spotkam, ale jest to też świetny pretekst do odnowienia kontaktów towarzyskich.

5. Oddać przez darmowe serwisy
Na przykład takie jak niepotrzebujący, graty z chaty, itp. Nie stosowałam, więc sama jestem ciekawa, czy ta idea się sprawdza.

6. Sprzedać - serwisy aukcyjne i fora tematyczne

To metoda dość czasochłonna, ale całkiem niezła w przypadku cenniejszych książek. Można zarobić parę groszy... albo trochę więcej. Warto sprawdzić w serwisie aukcyjnym, czy dana książka się pojawia, za ile, czy ma wzięcie. Jeśli to parę złotych, to nie warto zawracać sobie głowy (nie ma gwarancji, że się sprzeda, a za aukcję i tak trzeba zapłacić). Ale jeśli jesteśmy w posiadaniu jakiegoś białego kruka, z którego nie korzystamy, to gra jest warta świeczki. Serwisy aukcyjne nie są jedynym miejscem, gdzie możemy próbować sprzedawać książki. Sprzedaliśmy kilkanaście poszukiwanych tytułów na forum tematycznym.

7. Puścić w obieg - bookcrossing
Słyszeliście o tej akcji? To bardzo fajna idea. Ze strony pobiera się specjalną naklejkę, a książkę nią opatrzoną "porzuca" w widocznym miejscu, na przykład na przystanku. Książki są w ciągłym ruchu, używane i zostawiane dla kolejnych czytelników, a dzięki numerkom można śledzić ich historię.

8. Prezent okolicznościowy - książkowy łańcuszek
Jest to "prywatna" odmiana bookcrossingu. Polega na tym, że starannie wybraną książkę daje się znajomemu z dedykacją i koniecznie adnotacją, że jest to książka typu "podaj dalej". On po przeczytaniu pisze kolejną dedykację, przekazując kolejnej osobie. Może być przy tym niemało śmiechu, zwłaszcza jeśli wybierzemy jakiś naprawdę kiczowaty romans, poradnik erotyczny, wesołą książkę kucharską, jakiś dziwny album. Mile widziane są autorskie rysunki i złote myśli na marginesach. Nie powinna to być raczej żadna książka banalna, poczytna i na czasie :) Dostałam kiedyś czytadło "Trzydziestka na karku", a sama zapoczątkowałam inną wymianę książeczką rysunkową o dwóch króliczkach. Ciekawe, dokąd dotarła?

9. Wywieźć na działkę

O ile takową mamy. Pasują tu różne klasyczne, wakacyjne lektury. Pan Samochodzik, Marek Piegus, Ania z Zielonego Wzgórza, Tomek w Krainie Kangurów, hrabia Monte Christo, panna Marple i Chłopiec w Złotych Spodniach - są w sam raz do pobujania się w hamaku albo posiedzenia przy piecu. U nas zawsze znajdują amatorów! :)

10. Makulatura

Drastyczne, ale czasem po prostu nie idzie inaczej...

Znacie jeszcze jakieś inne sposoby?

poniedziałek, 7 lutego 2011

Boso na śniegu - porady babuni

Ostatnio wpadła mi w ręce dość zabawna książeczka pt. "Encyklopedia porad babuni" (tylko czyjej?). Zabawny wydał mi się już sam tytuł, a treść okazała się jeszcze bardziej obiecująca. Co zrobić, gdy kwiatek ma plamy, jak wbijać gwoździe w tynk, jaki napar pomaga na senne koszmary itp.

Znalazłam jednak jedną poradę dla siebie i już spieszę podzielić się z Czytelnikami. A może o tym słyszeliście? Została ona zamieszczona w rozdziale Zdrowie/Odporność.

"Boso na śniegu

Najlepiej to robić we własnym ogródku, ale też udaje się po obfitszych opadach śniegu na balkonie w samym centrum miasta. Przed wyjściem boso na śnieg stopy powinny być ciepłe. Zaczynamy od kilkunastu sekund, potem przedłużamy spacer do minuty lub dwóch. Następnie po umyciu stóp trzeba je dobrze wytrzeć i założyć ciepłe skarpetki. Ta metoda, choć na początku wydaje się drastyczna, naprawdę pomaga przeżyć jesień i zimę bez najmniejszej infekcji."

Ha! Spróbowałam od razu, śnieg na balkonie akurat był świeżutki, temperatura około -7°C. I wiecie co? Pełne zaskoczenie! Wspaniały przypływ energii, pobudzenie krążenia, jednym słowem coś fantastycznego. Po pięciu dniach bez problemu przekroczyłam zalecane dwie minuty. Poguglałam nieco i okazało się, że są ludzie, którzy umawiają się na bose, nawet 20-minutowe i dłuższe spacery w odludnych zakątkach! Podoba mi się to, tak samo jak ruska bania, z tym że bose spacery to zdecydowanie mniej zachodu, wystarczy trochę śniegu i lekki mróz, można je uprawiać praktycznie wszędzie i za darmo.

Znalazłam sobie nowe hobby, szkoda tylko, że deszcz właśnie rozprawił się z całym śniegiem na naszym balkonie. Zimo, wróć!

Notka bibliograficzna: "Encyklopedia porad babuni", Axel Springer, Warszawa 2007

piątek, 4 lutego 2011

Magiczne kilogramy papieru

Jak byłam mała wierzyłam, że nocami bohaterowie bajek mogą przemieszczać się z książki do książki, przekraczając nawet najgrubsze okładki. Nigdy żadnego nie przyłapałam, ale kto ich tam wie?


To tutaj w zgodzie obok siebie żyją Indianie, stolarze, lewitujący jogini, sowy, polarnicy, mechanicy rowerowi, jaszczurki, hobbici, szkodniki drewna i alpiniści. Gwarzą sobie do woli Murakami z Harasymowiczem, Diemberger z Freuchenem, a Jane Eyre z Dalajlamą.
Porzekadło głosi, że „kto czyta, dwa razy żyje”. Dlatego napiszę dziś bardzo antyminimalistycznie - książek bardzo trudno mi się pozbywać (ale nic na siłę). Z sukienkami to szło w try miga :)

środa, 26 stycznia 2011

Allende o minimalizmie (Indianie)

"Nudzili się, bo kiedy złowili już kilka ptaków i ryb, przez resztę dnia nie mieli nic do roboty; nie było sensu łowić więcej, gdyż w ciągu kilku godzin mięso gniło lub pożerały je mrówki. W końcu Alex zrozumiał mentalność Indian, którzy niczego nie gromadzili.
(...)
Indianie nie mieli żadnych przedmiotów zbytku, żadnych rzeczy służących do ozdoby, a jedynie to, co było absolutnie niezbędne do przeżycia; reszty dostarczała natura. Alex nie zauważył ani jednego przedmiotu z metalu, który mógłby wskazywać na ich kontakt ze światem zewnętrznym."


Tak się złożyło, że czytając ostatnio, co i rusz natrafiam na jakieś bardzo inspirujące fragmenty o posiadaniu, zarówno u autorów znanych od dawna, jak i nowych dla mnie. Mam nadzieję, że ten skromny wybór cytatów Wam się podoba. A sama powieść "Miasto Bestii" Isabel Allende? Pierwszy raz Autorka aż tak popuściła wodze fantazji (przynajmniej na tyle, na ile znam jej prozę), przenosząc czytelnika za sprawą 15-letniego amerykańskiego chłopca w świat na poły mityczny, na poły bajkowy. Legendarne plemię Ludzi z Mgły, szamani, El Dorado i krwiożercze Bestie, inicjacje, halucynacje, duchy, totemiczne zwierzęta - w pewnym momencie miałam wrażenie, że pani Isabel troszkę tym razem przesadziła, skupiając tak wiele elementów na zaledwie 270 stronach :) Jednak czyta się dobrze, nieco kryminalna historia z niespodziewanym zakończeniem.

Notka bibliograficzna: Isabel Allende "Miasto Bestii", Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, 2004

niedziela, 23 stycznia 2011

Słodkie ryżowe kulki

Niby rzuciłam słodycze, ale od czasu do czasu mam to samo, co kolega Zenek z Motylej Nogi. Po prostu muszę sztachnąć się cukrem. Chodzę po domu i myślę "zjadłabym coś słodkiego, coś słodkiego, coś słodkiego, je, je, je". A w domu nic nie ma, w myśl zasady, że jak się nie kupi, to się nie zje. Dziś jednak złamałam się, ale wcale nie poleciałam do sklepu po czekoladę. Z tego, co było pod ręką zrobiłam słodkie kulki - wyszły dość ciekawie, więc dzielę się przepisem. Robi się je dosłownie 5 minut!



Składniki:
ok. 3 łyżki ugotowanego ryżu, który został z obiadu :)
3 łyżeczki miodu
garść płatków owsianych
łyżka mielonych migdałów (gotowe z torebki)
łyżka mielonych orzechów laskowych (gotowe z torebki)
łyżeczka kukurydzianego mleka w proszku (jako dodatkowy zagęstnik)

Składniki trzeba wymieszać w miseczce i uformować kulki. Najładniej wychodzą, gdy toczy się je mokrymi rękami. Opinia Sahiba: "Są słodkie, troszkę konsystencja dziwna. Płatki trzeba chyba namoczyć przed?" Moim zdaniem niekoniecznie, bo stanowią element chrupiącej niespodzianki. To świetny dodatek do mocnej cierpkiej herbaty albo gorzkiej kawy.

Smacznego!

PS Sponsorem mielonych orzechów i migdałów jest niezawodna Mama Sahiba czyli Ela.

piątek, 21 stycznia 2011

Stachura o minimalizmie

"Nie mając już pieniędzy, zacząłem rozdawać przedmioty i rzeczy, które miałem w domu, koszule, spodnie, marynarki, dwa meksykańskie piękne poncha, aparat fotograficzny, radio, nawet moją brazylijską gitarę i pomniejsze drobiazgi. Znowu mówię o tym tylko po to, żeby móc postawić pytanie: czy było to normalne?
Gdzie się kończy normalne, gdzie się zaczyna nienormalne? Oto jest pytanie. Gdzie się kończy znośny obłęd, a zaczyna obłęd nie do zniesienia?"


Dawno zapomniana książeczka, która wpadła mi w ręce podczas wielkiej selekcji w naszej bibliotece. Pamiętałam ten fragment (zrobił na mnie kiedyś duże wrażenie), więc odszukanie go zajęło mi tylko momencik :)

Notka bibliograficzna: Edward Stachura "Postscriptum", Wyd. Kurpisz i Pogonowski, 1989

niedziela, 16 stycznia 2011

Tokarczuk o minimalizmie

"Podziwiałam go za to, że - jak mówił - miał zawsze akurat tyle rzeczy, żeby w każdej chwili móc je spakować do dwóch walizek w ciągu godziny. Postanowiłam się tego od niego nauczyć. Obiecywałam sobie, że jak tylko wyjdę, będę ćwiczyć. Plecak i laptop, to powinno wystarczyć każdemu Człowiekowi. W ten sposób Ali, gdziekolwiek się znalazł, był u siebie.

Przypomniał mi ten lekarz włóczykij, że nie powinniśmy się zbytnio rozgaszczać w żadnym miejscu, wobec tego ja ze swoim domem posunęłam się chyba za daleko."


Cytat pochodzi z książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Swoją drogą, polecam - świetnie się czyta, połknęłam dosłownie w jedno popołudnie. Nie jest to oczywiście książka o minimalizmie :) Nieco nawiedzona bohaterka, emerytowana nauczycielka i pasjonatka astrologii mieszka na końcu świata, w małym przysiółku na obrzeżach Kotliny Kłodzkiej. W okolicy zaczynają się zdarzać tajemnicze wypadki, a pani Janina prowadzi własne badania na ten temat, choć z panną Marple niewiele ma wspólnego... Tokarczuk wraca w tej książce do klimatu, który wyczarowała w jednej w poprzednich powieści - "Prawiek i inne czasy" - samotny dom, relacje w małej społeczności i magiczny świat przyrody. Bohaterami książki są nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, do których bohaterka ma dość osobliwy stosunek.

Notka bibliograficzna: Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", Wydawnictwo Literackie 2009

piątek, 14 stycznia 2011

Zupa miso i barszcz jednominutowy

Zupa miso

Mając pod ręką miso i glony do sushi zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu prostego przepisu na zupę miso. Przepis w najprostszej postaci okazał się banalny i dość szybki. Miso i glony zawierają mnóstwo mikroelementów, więc warto od czasu do czasu skorzystać z japońskiej tradycji kulinarnej. Miso to aktywna biologicznie pasta ze sfermentowanej soi. Wbrew pozorom nie jest to drogie danie, pomimo oryginalnych dodatków. Jeden płat glonów (koszt około 1,5 zł w supermarkecie) wystarcza na porcje dla 2-3 osób. Podobnie miso - 2 łyżeczki to koszt około 2 zł. Paczka glonów i woreczek miso wystarczą na kilka razy.


Składniki:
2 marchewki, 1/4 selera, 1 mała pietruszka, 1 mała cebula, kawałek czerwonej papryki, garść grzybów (suszone prawdziwki albo inne), 1 płat glonów do sushi, 2 łyżeczki miso, dymka, szczypta gałki muszkatołowej

Przygotowanie:
Grzyby namoczyć jakiś czas wcześniej, lekko osolić. Na oliwie zeszklić cebulę i paprykę, dodać pokrojone drobno warzywa i odsączone grzyby. Dusić chwilę, zalać wrzątkiem. Nie solić! To ważne, bo dodane później miso jest słone. Zdjąć z kuchenki, chwilę przestudzić, dodać pokruszone glony oraz miso, rozmieszać. W miseczkach posypać siekaną dymką.

Opinia Sahiba: "Jak zupa rybna, tylko bez ryby" :) czyli pełen sukces.



Barszczyk jednominutowy

Drugi przepis to zupa jednominutowa. Kiedyś szukałam jednominutowych dań - ten barszczyk świetnie wpisuje się w ten trend. Pomysł zaczerpnęłam od Moniki, która jest mistrzynią prostych i bardzo smacznych dań.


Składniki:
gotowy barszczyk czerwony z kartonu (lub sok buraczano-jabłkowy), twaróg, dymka

Przygotowanie:
Barszczyk wlać do rondelka, podgrzać (użytkownicy kuchenek indukcyjnych robią to w 30 sekund). W tym czasie do miseczek włożyć pokrojony w spore kostki ser biały (około 2x2x1 cm). Warto wybrać ser raczej twardy, nie rozpadający się, ale w sumie każdy będzie dobry. Posiekać dymkę. Zalać ser gorącym barszczykiem, posypać dymką i gotowe!

Opinia Sahiba: "Rewelacja! Musisz to koniecznie opisać! To będzie jedna z moich ulubionych potraw!" Wykrzykniki odzwierciedlają entuzjazm testera.

Smacznego!

niedziela, 9 stycznia 2011

"Księga herbaty" Okakura Kakuzo

Zaniedbałam bloga, tymczasem minął okres świąteczno-noworoczny. Pierwszy wpis w tym roku poświęcę tematowi związanemu z minimalizmem czyli prostocie. Właśnie w święta przeczytałam "Sztukę prostoty" Dominique Loreau, która choć skierowana przede wszystkim do kobiet, jest ulubioną lekturą wielu minimalistów. Recenzję tej książki zamieściła ostatnio Ajka Minimalistka na swoim blogu. Myślę, że temat minimalizmu od czasu do czasu pojawi się w tym roku w moich wpisach, choć nie zabraknie nadal przepisów, recenzji książek i całkiem luźnych tematów.

Często tak bywa, że jedne książki prowadzą nas na trop innych. W książce pani Dominique znalazłam odniesienie do "Księgi herbaty" Okakura Kakuzo. I traf chciał, że już na drugi dzień, zupełnie przypadkowo wpadła mi w ręce! Księga to tylko z nazwy, raczej niewielka książeczka wydana przez PIW w 1986 r., ostatnio wznowiona przez wyd. Etiuda.

Napisana została na początku XX w. przez obrońcę tradycyjnej japońskiej kultury i sztuki. Według Autora herbata może stać się mostem porozumienia łączącym Wschód z Zachodem. Jednak herbata, a właściwie ceremonia herbaciana, jest tylko punktem wyjścia do rozważań o filozofii, estetyce, sztuce. Sama ceremonia herbaciana jest wprawdzie opisana krok po kroku, choć w efekcie nie dowiadujemy się jak herbatę prawidłowo przygotować. Dlaczego? Bo przecież herbata nie jest w tym wszystkim najważniejsza! Spotkanie połączone z kontemplacją natury, wystroju pawilonu herbacianego, rytualne mycie rąk, specyficzna architektura przybytku, tematyka rozmów, stroje - każdy element ma tu swoje znaczenie. Wielką wagę ma dobór materiałów i kształtów wszystkiego, co można podczas ceremonii zobaczyć. Osobne rozdziały poświęcił Autor nawet architekturze i kwiatom!

Nie sposób pominąć historii parzenia herbaty, którą Okakura Kakuzo prezentuje szczegółowo, od czasów herbaty gotowanej z różnymi dodatkami (ten sposób przetrwał do dziś w Tybecie), poprzez herbatę ubijaną aż do parzonej. Omawia też związki filozofii i estetyki, przytacza legendy dotyczące dawnych mistrzów taoizmu i zen, a związane właśnie z herbatą.

Ktoś mógłby spytać, po co nam dziś takie rytuały, długotrwałe, skomplikowane, pozornie niepotrzebne. Sama ceremonia herbaciana to jak podanie ręki dawnym czasom, zupełnie jak rytuały religijne, które przetrwały wieki. To wyciszenie się pośród zgiełku, zawieszenie oka - i umysłu - na sprawach pięknych, prostych. Oddajmy głos Autorowi:

"Picie herbaty stało się źródłem kultu czystości i wyrafinowania, czynnością uświęconą, w czasie której gospodarz i gość wspólnie tworzą z tego, co doczesne, najwyższe piękno. W ponurej marności istnienia pawilon herbaciany był oazą, gdzie strudzony podróżny mógł napić się ze wspólnego źródła miłości do sztuki. Ceremonia stała się zaimprowizowanym dramatem osnutym wokół herbaty, kwiatów i malarstwa. "

Jeśli uda mi się kiedyś wziąć udział w takiej ceremonii (a pokazy są organizowane także w Polsce, m.in. w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie), na pewno zdam relację :)