"Nie mając już pieniędzy, zacząłem rozdawać przedmioty i rzeczy, które miałem w domu, koszule, spodnie, marynarki, dwa meksykańskie piękne poncha, aparat fotograficzny, radio, nawet moją brazylijską gitarę i pomniejsze drobiazgi. Znowu mówię o tym tylko po to, żeby móc postawić pytanie: czy było to normalne?
Gdzie się kończy normalne, gdzie się zaczyna nienormalne? Oto jest pytanie. Gdzie się kończy znośny obłęd, a zaczyna obłęd nie do zniesienia?"
Dawno zapomniana książeczka, która wpadła mi w ręce podczas wielkiej selekcji w naszej bibliotece. Pamiętałam ten fragment (zrobił na mnie kiedyś duże wrażenie), więc odszukanie go zajęło mi tylko momencik :)
Notka bibliograficzna: Edward Stachura "Postscriptum", Wyd. Kurpisz i Pogonowski, 1989
piątek, 21 stycznia 2011
niedziela, 16 stycznia 2011
Tokarczuk o minimalizmie
"Podziwiałam go za to, że - jak mówił - miał zawsze akurat tyle rzeczy, żeby w każdej chwili móc je spakować do dwóch walizek w ciągu godziny. Postanowiłam się tego od niego nauczyć. Obiecywałam sobie, że jak tylko wyjdę, będę ćwiczyć. Plecak i laptop, to powinno wystarczyć każdemu Człowiekowi. W ten sposób Ali, gdziekolwiek się znalazł, był u siebie.
Przypomniał mi ten lekarz włóczykij, że nie powinniśmy się zbytnio rozgaszczać w żadnym miejscu, wobec tego ja ze swoim domem posunęłam się chyba za daleko."
Cytat pochodzi z książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Swoją drogą, polecam - świetnie się czyta, połknęłam dosłownie w jedno popołudnie. Nie jest to oczywiście książka o minimalizmie :) Nieco nawiedzona bohaterka, emerytowana nauczycielka i pasjonatka astrologii mieszka na końcu świata, w małym przysiółku na obrzeżach Kotliny Kłodzkiej. W okolicy zaczynają się zdarzać tajemnicze wypadki, a pani Janina prowadzi własne badania na ten temat, choć z panną Marple niewiele ma wspólnego... Tokarczuk wraca w tej książce do klimatu, który wyczarowała w jednej w poprzednich powieści - "Prawiek i inne czasy" - samotny dom, relacje w małej społeczności i magiczny świat przyrody. Bohaterami książki są nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, do których bohaterka ma dość osobliwy stosunek.
Notka bibliograficzna: Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", Wydawnictwo Literackie 2009
Przypomniał mi ten lekarz włóczykij, że nie powinniśmy się zbytnio rozgaszczać w żadnym miejscu, wobec tego ja ze swoim domem posunęłam się chyba za daleko."
Cytat pochodzi z książki Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Swoją drogą, polecam - świetnie się czyta, połknęłam dosłownie w jedno popołudnie. Nie jest to oczywiście książka o minimalizmie :) Nieco nawiedzona bohaterka, emerytowana nauczycielka i pasjonatka astrologii mieszka na końcu świata, w małym przysiółku na obrzeżach Kotliny Kłodzkiej. W okolicy zaczynają się zdarzać tajemnicze wypadki, a pani Janina prowadzi własne badania na ten temat, choć z panną Marple niewiele ma wspólnego... Tokarczuk wraca w tej książce do klimatu, który wyczarowała w jednej w poprzednich powieści - "Prawiek i inne czasy" - samotny dom, relacje w małej społeczności i magiczny świat przyrody. Bohaterami książki są nie tylko ludzie, ale i zwierzęta, do których bohaterka ma dość osobliwy stosunek.Notka bibliograficzna: Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych", Wydawnictwo Literackie 2009
piątek, 14 stycznia 2011
Zupa miso i barszcz jednominutowy
Mając pod ręką miso i glony do sushi zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu prostego przepisu na zupę miso. Przepis w najprostszej postaci okazał się banalny i dość szybki. Miso i glony zawierają mnóstwo mikroelementów, więc warto od czasu do czasu skorzystać z japońskiej tradycji kulinarnej. Miso to aktywna biologicznie pasta ze sfermentowanej soi. Wbrew pozorom nie jest to drogie danie, pomimo oryginalnych dodatków. Jeden płat glonów (koszt około 1,5 zł w supermarkecie) wystarcza na porcje dla 2-3 osób. Podobnie miso - 2 łyżeczki to koszt około 2 zł. Paczka glonów i woreczek miso wystarczą na kilka razy.

Składniki:
2 marchewki, 1/4 selera, 1 mała pietruszka, 1 mała cebula, kawałek czerwonej papryki, garść grzybów (suszone prawdziwki albo inne), 1 płat glonów do sushi, 2 łyżeczki miso, dymka, szczypta gałki muszkatołowej
Przygotowanie:
Grzyby namoczyć jakiś czas wcześniej, lekko osolić. Na oliwie zeszklić cebulę i paprykę, dodać pokrojone drobno warzywa i odsączone grzyby. Dusić chwilę, zalać wrzątkiem. Nie solić! To ważne, bo dodane później miso jest słone. Zdjąć z kuchenki, chwilę przestudzić, dodać pokruszone glony oraz miso, rozmieszać. W miseczkach posypać siekaną dymką.
Opinia Sahiba: "Jak zupa rybna, tylko bez ryby" :) czyli pełen sukces.
Drugi przepis to zupa jednominutowa. Kiedyś szukałam jednominutowych dań - ten barszczyk świetnie wpisuje się w ten trend. Pomysł zaczerpnęłam od Moniki, która jest mistrzynią prostych i bardzo smacznych dań.

Składniki:
gotowy barszczyk czerwony z kartonu (lub sok buraczano-jabłkowy), twaróg, dymka
Przygotowanie:
Barszczyk wlać do rondelka, podgrzać (użytkownicy kuchenek indukcyjnych robią to w 30 sekund). W tym czasie do miseczek włożyć pokrojony w spore kostki ser biały (około 2x2x1 cm). Warto wybrać ser raczej twardy, nie rozpadający się, ale w sumie każdy będzie dobry. Posiekać dymkę. Zalać ser gorącym barszczykiem, posypać dymką i gotowe!
Opinia Sahiba: "Rewelacja! Musisz to koniecznie opisać! To będzie jedna z moich ulubionych potraw!" Wykrzykniki odzwierciedlają entuzjazm testera.
Smacznego!
niedziela, 9 stycznia 2011
"Księga herbaty" Okakura Kakuzo
Zaniedbałam bloga, tymczasem minął okres świąteczno-noworoczny. Pierwszy wpis w tym roku poświęcę tematowi związanemu z minimalizmem czyli prostocie. Właśnie w święta przeczytałam "Sztukę prostoty" Dominique Loreau, która choć skierowana przede wszystkim do kobiet, jest ulubioną lekturą wielu minimalistów. Recenzję tej książki zamieściła ostatnio Ajka Minimalistka na swoim blogu. Myślę, że temat minimalizmu od czasu do czasu pojawi się w tym roku w moich wpisach, choć nie zabraknie nadal przepisów, recenzji książek i całkiem luźnych tematów.
Często tak bywa, że jedne książki prowadzą nas na trop innych. W książce pani Dominique znalazłam odniesienie do "Księgi herbaty" Okakura Kakuzo. I traf chciał, że już na drugi dzień, zupełnie przypadkowo wpadła mi w ręce! Księga to tylko z nazwy, raczej niewielka książeczka wydana przez PIW w 1986 r., ostatnio wznowiona przez wyd. Etiuda.
Napisana została na początku XX w. przez obrońcę tradycyjnej japońskiej kultury i sztuki. Według Autora herbata może stać się mostem porozumienia łączącym Wschód z Zachodem. Jednak herbata, a właściwie ceremonia herbaciana, jest tylko punktem wyjścia do rozważań o filozofii, estetyce, sztuce. Sama ceremonia herbaciana jest wprawdzie opisana krok po kroku, choć w efekcie nie dowiadujemy się jak herbatę prawidłowo przygotować. Dlaczego? Bo przecież herbata nie jest w tym wszystkim najważniejsza! Spotkanie połączone z kontemplacją natury, wystroju pawilonu herbacianego, rytualne mycie rąk, specyficzna architektura przybytku, tematyka rozmów, stroje - każdy element ma tu swoje znaczenie. Wielką wagę ma dobór materiałów i kształtów wszystkiego, co można podczas ceremonii zobaczyć. Osobne rozdziały poświęcił Autor nawet architekturze i kwiatom!
Nie sposób pominąć historii parzenia herbaty, którą Okakura Kakuzo prezentuje szczegółowo, od czasów herbaty gotowanej z różnymi dodatkami (ten sposób przetrwał do dziś w Tybecie), poprzez herbatę ubijaną aż do parzonej. Omawia też związki filozofii i estetyki, przytacza legendy dotyczące dawnych mistrzów taoizmu i zen, a związane właśnie z herbatą.
Ktoś mógłby spytać, po co nam dziś takie rytuały, długotrwałe, skomplikowane, pozornie niepotrzebne. Sama ceremonia herbaciana to jak podanie ręki dawnym czasom, zupełnie jak rytuały religijne, które przetrwały wieki. To wyciszenie się pośród zgiełku, zawieszenie oka - i umysłu - na sprawach pięknych, prostych. Oddajmy głos Autorowi:
"Picie herbaty stało się źródłem kultu czystości i wyrafinowania, czynnością uświęconą, w czasie której gospodarz i gość wspólnie tworzą z tego, co doczesne, najwyższe piękno. W ponurej marności istnienia pawilon herbaciany był oazą, gdzie strudzony podróżny mógł napić się ze wspólnego źródła miłości do sztuki. Ceremonia stała się zaimprowizowanym dramatem osnutym wokół herbaty, kwiatów i malarstwa. "
Jeśli uda mi się kiedyś wziąć udział w takiej ceremonii (a pokazy są organizowane także w Polsce, m.in. w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie), na pewno zdam relację :)
Często tak bywa, że jedne książki prowadzą nas na trop innych. W książce pani Dominique znalazłam odniesienie do "Księgi herbaty" Okakura Kakuzo. I traf chciał, że już na drugi dzień, zupełnie przypadkowo wpadła mi w ręce! Księga to tylko z nazwy, raczej niewielka książeczka wydana przez PIW w 1986 r., ostatnio wznowiona przez wyd. Etiuda.Napisana została na początku XX w. przez obrońcę tradycyjnej japońskiej kultury i sztuki. Według Autora herbata może stać się mostem porozumienia łączącym Wschód z Zachodem. Jednak herbata, a właściwie ceremonia herbaciana, jest tylko punktem wyjścia do rozważań o filozofii, estetyce, sztuce. Sama ceremonia herbaciana jest wprawdzie opisana krok po kroku, choć w efekcie nie dowiadujemy się jak herbatę prawidłowo przygotować. Dlaczego? Bo przecież herbata nie jest w tym wszystkim najważniejsza! Spotkanie połączone z kontemplacją natury, wystroju pawilonu herbacianego, rytualne mycie rąk, specyficzna architektura przybytku, tematyka rozmów, stroje - każdy element ma tu swoje znaczenie. Wielką wagę ma dobór materiałów i kształtów wszystkiego, co można podczas ceremonii zobaczyć. Osobne rozdziały poświęcił Autor nawet architekturze i kwiatom!
Nie sposób pominąć historii parzenia herbaty, którą Okakura Kakuzo prezentuje szczegółowo, od czasów herbaty gotowanej z różnymi dodatkami (ten sposób przetrwał do dziś w Tybecie), poprzez herbatę ubijaną aż do parzonej. Omawia też związki filozofii i estetyki, przytacza legendy dotyczące dawnych mistrzów taoizmu i zen, a związane właśnie z herbatą.
Ktoś mógłby spytać, po co nam dziś takie rytuały, długotrwałe, skomplikowane, pozornie niepotrzebne. Sama ceremonia herbaciana to jak podanie ręki dawnym czasom, zupełnie jak rytuały religijne, które przetrwały wieki. To wyciszenie się pośród zgiełku, zawieszenie oka - i umysłu - na sprawach pięknych, prostych. Oddajmy głos Autorowi:
"Picie herbaty stało się źródłem kultu czystości i wyrafinowania, czynnością uświęconą, w czasie której gospodarz i gość wspólnie tworzą z tego, co doczesne, najwyższe piękno. W ponurej marności istnienia pawilon herbaciany był oazą, gdzie strudzony podróżny mógł napić się ze wspólnego źródła miłości do sztuki. Ceremonia stała się zaimprowizowanym dramatem osnutym wokół herbaty, kwiatów i malarstwa. "
Jeśli uda mi się kiedyś wziąć udział w takiej ceremonii (a pokazy są organizowane także w Polsce, m.in. w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie), na pewno zdam relację :)
czwartek, 16 grudnia 2010
Kim chcesz zostać jak dorośniesz?
Popularne pytanie zadawane każdemu dziecku brzmi "kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz?" Kto z nas tego nie słyszał?
Jak byłam mała, to marzyłam o tym, żeby zamieszkać w wozie Drzymały (czyli w takim baraku na kółkach) i przemieszczać się z miejsca na miejsce. Zawód: cygan (bez podtekstu rasistowskiego, oczywiście). Moją Babcię bardzo oburzały te deklaracje. Nie znałam jeszcze wtedy wszystkich możliwych profesji. Kojarzyłam strażaka, panią sklepową, kierowcę itp. Jednak te ścieżki kariery nie wydawały się zbyt atrakcyjne.
Wczoraj w gronie dobrych znajomych wymyśliłam nowy, fantastyczny zawód dla siebie. Chciałabym zostać, ni mniej ni więcej, tylko:
"projektantem nazw kolorów farb do malowania ścian"
Wiecie, z kolorami mam nieco do czynienia. Ściany też parę razy malowałam. Ale przede wszystkim wymyśliłam nowe nazwy! Proszę bardzo, oto próbka mojej twórczości: "stary burak" oraz "zgniłe liście kukurydzy". Może być? Czy dział HR dystrybutora farb na literę D mnie czyta? :)
Jak byłam mała, to marzyłam o tym, żeby zamieszkać w wozie Drzymały (czyli w takim baraku na kółkach) i przemieszczać się z miejsca na miejsce. Zawód: cygan (bez podtekstu rasistowskiego, oczywiście). Moją Babcię bardzo oburzały te deklaracje. Nie znałam jeszcze wtedy wszystkich możliwych profesji. Kojarzyłam strażaka, panią sklepową, kierowcę itp. Jednak te ścieżki kariery nie wydawały się zbyt atrakcyjne.
Wczoraj w gronie dobrych znajomych wymyśliłam nowy, fantastyczny zawód dla siebie. Chciałabym zostać, ni mniej ni więcej, tylko:
"projektantem nazw kolorów farb do malowania ścian"
Wiecie, z kolorami mam nieco do czynienia. Ściany też parę razy malowałam. Ale przede wszystkim wymyśliłam nowe nazwy! Proszę bardzo, oto próbka mojej twórczości: "stary burak" oraz "zgniłe liście kukurydzy". Może być? Czy dział HR dystrybutora farb na literę D mnie czyta? :)
środa, 15 grudnia 2010
Murakami o minimalizmie
"Jak człowiek chce się czegoś pozbyć, to w życiu da się pozbyć prawie wszystkiego. Nie, prawie, dosłownie wszystkiego. A jak się zacznie pozbywać kolejnych rzeczy, nabiera się ochoty, żeby się pozbyć absolutnie wszystkiego. Tak samo jak hazardzista, który stracił połowę pieniędzy, w desperacji wyrzuca resztę. Odechciewa się człowiekowi robić coś połowicznie i czegoś się trzymać.
W końcu udało mi się zmieścić wszystkie potrzebne rzeczy w średniej wielkości walizce firmy Samsonite."
Notka bibliograficzna: Haruki Murakami, opowiadanie "Koty ludojady" ze zbioru "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta", Muza SA, 2008
W końcu udało mi się zmieścić wszystkie potrzebne rzeczy w średniej wielkości walizce firmy Samsonite."
Notka bibliograficzna: Haruki Murakami, opowiadanie "Koty ludojady" ze zbioru "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta", Muza SA, 2008
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Palmiery z rukolą
Dziś bardzo prosty przepis, powiedzmy - pięciominutowy. Wczoraj jadłam palmiery na słodko. Gdzieś wyczytałam, że nazwa tych ciasteczek pochodzi z Hiszpanii - przypominają one liście palmy. Sahib nazwał je po polsku roladkami :) Poniżej fotostory z kuchennych działań, wersja na ostro z rukolą. Zdjęcia bez rewelacji, bo światło było słabe, ale mam nadzieję, że widać, o co chodzi.
Potrzebne będą: paczka mrożonego ciasta francuskiego, pudełko rukoli, nieco mąki do oprószenia stołu, sól, pieprz, sezam
Ciasto francuskie wyłożyłam na stół, posypując lekko solą, pieprzem i sezamem. Niestety nie miałam ciasta w jednym kawałku, użyłam takich płatów, ułożonych na styk:

Minęło czasu mało-wiele, gdy zmiękło, pośrodku położyłam pierwszą warstwę rukoli, a brzegi zawinęłam do wewnątrz (na razie bez sklejania):

To nie koniec zieleniny! Kolejną warstwę położyłam na tej węższej już powierzchni, a brzegi zalepiłam, zwilżając je lekko wodą i dociskając do siebie:

Nóż naostrzyłam jak do krojenia sushi. To ważne, bo tępym nożem uszkodzi się rukolę i nic z tego nie wyjdzie:

Centymetrowej grubości plasterki ułożyłam na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem, w pewnych odstępach od siebie - ciasto francuskie bardzo rośnie:

Po 20 minutach w 200°C palmiery były gotowe! Smacznego!
Potrzebne będą: paczka mrożonego ciasta francuskiego, pudełko rukoli, nieco mąki do oprószenia stołu, sól, pieprz, sezam
Ciasto francuskie wyłożyłam na stół, posypując lekko solą, pieprzem i sezamem. Niestety nie miałam ciasta w jednym kawałku, użyłam takich płatów, ułożonych na styk:

Minęło czasu mało-wiele, gdy zmiękło, pośrodku położyłam pierwszą warstwę rukoli, a brzegi zawinęłam do wewnątrz (na razie bez sklejania):

To nie koniec zieleniny! Kolejną warstwę położyłam na tej węższej już powierzchni, a brzegi zalepiłam, zwilżając je lekko wodą i dociskając do siebie:

Nóż naostrzyłam jak do krojenia sushi. To ważne, bo tępym nożem uszkodzi się rukolę i nic z tego nie wyjdzie:

Centymetrowej grubości plasterki ułożyłam na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem, w pewnych odstępach od siebie - ciasto francuskie bardzo rośnie:

Po 20 minutach w 200°C palmiery były gotowe! Smacznego!
czwartek, 2 grudnia 2010
Władca Arktyki
Niedawno nasz kolega Michał Jastrzębski napisał bardzo ciekawy artykuł o niedźwiedziach. Wiosną tego roku Michał fotografował i filmował przyrodę Spitsbergenu. Celem jego bezkrwawych łowów był między innymi ten futrzany władca Arktyki. W artykule zobaczycie też kilka świetnych jego ujęć, między innymi misia zjeżdżającego przezabawnie po ośnieżonym stoku.
Moją wyobraźnię rozpaliły dane liczbowe dotyczące niesamowitej gospodarki energetycznej niedźwiedzia polarnego. Wiem, wiem, misie mają zupełnie inną budowę niż człowiek, między innymi grubą warstwę tłuszczową, więc porównywanie ich do człowieka ma średni sens, ale daje pewne wyobrażenie o tym, jakich przystosowań nam brakuje do życia w skrajnie zimnych warunkach.
"Nad zatoką Hudsona w Kanadzie odłowiono samicę, która ważyła tylko 97 kg. Po 9 miesiącach ta sama samica została odłowiona ponownie. Była w doskonałej kondycji i ważyła już 450 kg. Niedźwiedzie głodując mogą przeżyć przez prawie 6 miesięcy."
97 kg to szokująco niska waga! Proste obliczenie: załóżmy, że 450 kg samica odpowiada 120-kilogramowej kobiecie, której "się powodzi" (nawiasem mówiąc, o ile 120-kilogramowa kobieta wydaje nam się mało atrakcyjna, to taka odpasiona niedźwiedzica nie narzekałaby na powodzenie u samców). Natomiast ważąca 97 kg niedźwiedzica odpowiadałaby kobiecie ważącej tylko 25,8 kg! Czyli tłusta grubaska musiałaby schudnąć bardziej niż anorektyczki - to waga, której dorosła kobieta nie ma szansy przeżyć.
"Młode rodzą się w grudniu lub w styczniu i często są to bliźniaki. Ważą po około 600-700 gram."
Drugi przykład: samica niedźwiedzia waży przeciętnie około 300 kg i rodzi młode ważące po 700 g. Przy tej analogii kobieta ważąca 60 kg rodziłaby dzieci ważące 140 g czyli tyle, co troszkę większy chomik :)
"Niedźwiedzie maja duży żołądek, który stanowi ok. 20% masy ciała, dlatego jednorazowo mogą zjeść nawet 50-70 kg pożywienia."
No i tutaj chyba nawet bohaterowie Księgi Rekordów Guinnessa nie dotrzymaliby kroku niedźwiedziowi przy stole. Bo skoro ważący około 700 kg samiec potrafi zjeść naraz do 70 kg pokarmu, to rachunek jest prosty - mężczyzna ważący 80 kg musiałby zjeść 8 kg naraz! W dodatku tłustego, surowego mięsa foki :)
Zdjęcie na początku notki: Marcin Klisz
poniedziałek, 29 listopada 2010
Murakami razy trzy
Ostatnio Sahib stwierdził, że po wpisach na blogu można sądzić, jakbym w ogóle nie czytała książek. Rzeczywiście :) Już się poprawiam - wcale nie w czytaniu, tylko w polecaniu ciekawej lektury. Dziś będzie długo i hurtowo. Jakiś czas temu pisałam o Murakamim i obiecałam do niego wrócić. Od tego czasu przeczytałam jeszcze trzy jego powieści, których wspólnym mianownikiem jest egzotyczna sceneria współczesnej Japonii i barwne postacie kobiet. Murakami ma specyficzny styl drobiazgowego opisu uczuć, sytuacji, nawet miejsc. Z kart książek nieraz emanuje pesymizm samotności. Mimo to opowiedziane historie mają w sobie coś wciągającego. Dodam na koniec, że wizualnie podobają mi się kolorowe, łatwo rozpoznawalne okładki poniższej serii (Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA).
Na południe od granicy, na zachód od słońca
Intrygujący tytuł kryje historię mężczyzny wspominającego swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, z którą rozstał się w wieku 12 lat. Kiedy los zetknie ich 25 lat później są już innymi ludźmi, z bagażem doświadczeń, a jednak pozostało coś niezmiennego, stałego. To prosta, niedługa historia, którą odbiera się przez pryzmat własnych doświadczeń. Utrata bratniej duszy, trudne wybory, poszukiwanie zrozumienia, prawdziwe głębokie uczucia, pustka codzienności. Te wszystkie wątki spina postać spełnionego zawodowo i rodzinnie mężczyzny oraz tajemniczej kobiety, która pojawia się i znika według własnych upodobań. Zakończenie nieco naiwne, ale nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni bohatera i to zaliczam do plusów tej powieści.
Kronika ptaka nakręcacza
To książka, która zauroczyła mnie od pierwszej strony. Przyznam nawet, że pierwsze 100 stron po prostu mnie bawiło. Opis absurdalnych zdarzeń, które mają miejsce w najbliższym otoczeniu bohatera, niesamowite postacie kobiet - współczesne odmiany czarownic, a do tego wątek jakby... detektywistyczny? Mężczyzna rezygnuje z pracy, ginie mu kot, po jakimś czasie znika żona. Jednocześnie przez jego dom zaczyna przewijać się cała galeria coraz dziwniejszych postaci. Śmiałam się co chwilę. Po jakimś narracja wkracza w mroczne tereny różnych stanów świadomości, porównywalnych chyba najbardziej z medytacją lub snami. Wielowątkowość, oniryczność, rozbudowane dygresje, zaskakujące pomysły, barwne postacie drugiego planu - emerytowany wojskowy albo milczący chłopak pomagający matce w prowadzeniu interesu - i nareszcie happy end - tworzą piorunującą mieszankę. Powieść długa, ale nie nużąca. Spośród tych trzech podobała mi się najbardziej.
Norwegian Wood
Przyznaję, że kilka razy próbowałam zabrać się za tę książkę. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron - jakiś oderwanych od siebie wątków - odkładałam. W końcu udało mi się przełamać. Może nie wciąga tak jak "Kronika ptaka nakręcacza", ale akcja toczy się dość wartko. Dorastający chłopak i dwie dziewczyny. Znów mamy tu motyw przyjaciółki z dzieciństwa, nieco sennej, zamkniętej w sobie i wrażliwej Naoko. Jej przeciwieństwem jest wyzwolona i wygadana Midori, dziewczyna z krwi i kości, pozornie śmiała, lecz w głębi duszy poszukująca tego, co większość z nas - prawdziwej, ciepłej miłości. Zagubiony w kontaktach pomiędzy nimi dwiema bohater dojrzewa, zmienia się, przepoczwarza się w mężczyznę przy dźwiękach piosenek Beatlesów, w akademiku, w nocnych barach Tokio, w podróży. "I once had a girl, or should I say she once had me...". Sama historia - może nic odkrywczego, ale opowiedziana w charakterystyczny dla Murakamiego, głęboki i subtelny sposób.
Na południe od granicy, na zachód od słońca
Intrygujący tytuł kryje historię mężczyzny wspominającego swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, z którą rozstał się w wieku 12 lat. Kiedy los zetknie ich 25 lat później są już innymi ludźmi, z bagażem doświadczeń, a jednak pozostało coś niezmiennego, stałego. To prosta, niedługa historia, którą odbiera się przez pryzmat własnych doświadczeń. Utrata bratniej duszy, trudne wybory, poszukiwanie zrozumienia, prawdziwe głębokie uczucia, pustka codzienności. Te wszystkie wątki spina postać spełnionego zawodowo i rodzinnie mężczyzny oraz tajemniczej kobiety, która pojawia się i znika według własnych upodobań. Zakończenie nieco naiwne, ale nie wiadomo do końca, co jest prawdą, a co wytworem wyobraźni bohatera i to zaliczam do plusów tej powieści.Kronika ptaka nakręcacza
To książka, która zauroczyła mnie od pierwszej strony. Przyznam nawet, że pierwsze 100 stron po prostu mnie bawiło. Opis absurdalnych zdarzeń, które mają miejsce w najbliższym otoczeniu bohatera, niesamowite postacie kobiet - współczesne odmiany czarownic, a do tego wątek jakby... detektywistyczny? Mężczyzna rezygnuje z pracy, ginie mu kot, po jakimś czasie znika żona. Jednocześnie przez jego dom zaczyna przewijać się cała galeria coraz dziwniejszych postaci. Śmiałam się co chwilę. Po jakimś narracja wkracza w mroczne tereny różnych stanów świadomości, porównywalnych chyba najbardziej z medytacją lub snami. Wielowątkowość, oniryczność, rozbudowane dygresje, zaskakujące pomysły, barwne postacie drugiego planu - emerytowany wojskowy albo milczący chłopak pomagający matce w prowadzeniu interesu - i nareszcie happy end - tworzą piorunującą mieszankę. Powieść długa, ale nie nużąca. Spośród tych trzech podobała mi się najbardziej.Norwegian Wood
Przyznaję, że kilka razy próbowałam zabrać się za tę książkę. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron - jakiś oderwanych od siebie wątków - odkładałam. W końcu udało mi się przełamać. Może nie wciąga tak jak "Kronika ptaka nakręcacza", ale akcja toczy się dość wartko. Dorastający chłopak i dwie dziewczyny. Znów mamy tu motyw przyjaciółki z dzieciństwa, nieco sennej, zamkniętej w sobie i wrażliwej Naoko. Jej przeciwieństwem jest wyzwolona i wygadana Midori, dziewczyna z krwi i kości, pozornie śmiała, lecz w głębi duszy poszukująca tego, co większość z nas - prawdziwej, ciepłej miłości. Zagubiony w kontaktach pomiędzy nimi dwiema bohater dojrzewa, zmienia się, przepoczwarza się w mężczyznę przy dźwiękach piosenek Beatlesów, w akademiku, w nocnych barach Tokio, w podróży. "I once had a girl, or should I say she once had me...". Sama historia - może nic odkrywczego, ale opowiedziana w charakterystyczny dla Murakamiego, głęboki i subtelny sposób.
piątek, 26 listopada 2010
Na koniec jesieni - dynia z jabłkiem

Dziś bardzo prosty przepis dla leniwych, w sam raz na zakończenie dyniowego sezonu. Tak się składa, że wtedy, gdy dojrzewają dynie, mamy do wyboru mnóstwo ciekawych dodatków do nich. Połączenie słodkawej z natury dyni i kwaśnego jabłka to strzał w dziesiątkę.
Cóż, papka z dyni nie wygląda może zbyt apetycznie. To dlatego dziś takie kolorowe zdjęcie, które ma nieco odwrócić uwagę :) Ale podać ją można z razowym chlebem, makaronem, ryżem. Zastosowań jest wiele.
Składniki:
spory kawałek dyni, kwaśne jabłko (albo dwa, jeśli ktoś lubi), cebula lub dwie, oliwa, sól i pieprz, ulubione zioła (majeranek, cząber, bazylia bardzo pasują)
Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy najpierw cebulkę, gdy lekko się zeszkli - dynię pokrojoną w spore kawałki. Dusimy po przykryciem. Jeśli wychodzi zbyt wodniste, odkrywamy pokrywkę - odparuje. Jabłko - drobno pokrojone lub nawet starte na grubej tarce - dodajemy pod koniec duszenia, razem z przyprawami.
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)