Strony

środa, 29 września 2010

Tarantela i dziewczyna jak wulkan

Za oknami plucha, pluska, pluje i psuje... wszystkie fajne plany. Na pocieszenie w tym tygodniu odbywa się 6. Warszawski Festiwal Skrzyżowanie Kultur. W zeszłym roku byliśmy na fenomenalnym koncercie muzyki indyjskiej i mojego ukochanego projektu Indialucia. Wczoraj skusiłam się na włoskich tamburynistów i Mayrę Andrade z Wysp Zielonego Przylądka. Festiwal, podobnie jak rok temu, odbywa się w olbrzymim namiocie rozstawionym na Pl. Defilad i prowadzi go Maciej Szajkowski, znany z Kapeli ze Wsi Warszawa, koncertów Muzyka w Muzeum i świetnych audycji o muzyce etnicznej w Polskim Radiu.

Tamburellisti di Torrepaduli

Pierwsza część poświęcona była tradycyjnej muzyce południa Włoch, której korzenie sięgają podobno starożytnej Grecji. Trochę nie chce mi się wierzyć, by stateczni Grecy, jak Pitagoras, oddawali się tak szalonym tańcom, bowiem muzyka zaprezentowana przez sympatycznych Włochów (i Włoszki) najbardziej przypominała bałkańskie rytmy, które znamy z filmów Kusturicy. Żywy rytm, ale wszystko do siebie zbyt podobne, co na dłuższą metę usypia. I być może publiczność, osłuchana z tego typu ludowymi przyśpiewkami, nie reagowała aż tak entuzjastycznie, jak by wypadało. Do tego fatalny, naprawdę fatalny wokal - choć być może niski, zachrypły głos, bardziej recytujący niż śpiewający był efektem zamierzonym. Mnie osobiście do gustu nie przypadł. Koncert ratowała tancerka - bardzo powabna dziewczyna, kręcąca się do szalonych rytmów. Biały strój zmieniła w połowie koncertu na czerwony, do tego wymachiwała czerwoną chusteczką. Wszystko razem tworzyło wizualnie przyjemny efekt . Na koniec - jako kropka nad "i" - solowe, niesamowite popisy trzech tamburynistów. No i to było coś, za co dałabym koncertowi ****.

Mayra Andrade


Mayra okazała się gwiazdą wieczoru, choć wcale na gwiazdę nie wygląda. Na scenę weszła niska dziewczyna w szarej, workowatej sukience, gładko zaczesana, przypominająca grzeczną uczennicę. Jednak już od pierwszych zaśpiewanych słów podbiła serca publiczności. Niski, ciepły i głęboki ton głosu z lekką chrypką, którą bardzo lubię u wokalistek. A muzyka? Trudno ją jakoś zaszufladkować. Mayra urodziła się na Kubie, mieszkała w Senegalu i na Wyspach Zielonego Przylądka, by na koniec wylądować w Paryżu. I całą tę życiową wycieczkę zawarła w komponowanej przez siebie muzyce. Słychać tu i odwołania do muzyki karaibskiej i spojrzenia w stronę Afryki, i echa piosenki francuskiej, i fado, i jazzu... czego tam nie ma! Artystce towarzyszył sympatyczny zespół - dwóch gitarzystów, basista, trzech perkusistów, z czego dwóch obsługiwało różne fantastyczne przeszkadzajki. Lubię muzyków, którzy grają i widać, że sami się przy tym świetnie bawią. I ten zespół takie wrażenie sprawiał. A sama Mayra to dziewczyna jak wulkan, rozgrzewała drętwą publiczność, wtrącała przeróżne anegdoty pomiędzy piosenkami, wciągała do wspólnego śpiewania, a przede wszystkim dużo się uśmiechała. Były bisy i owacje na stojąco. Jej uśmiech i zaangażowanie w koncert w połączeniu z fantastycznym głosem zasługują moim zdaniem na *****.

ps. Dziś goście z Chin i khoomei!

środa, 22 września 2010

Paski w ordynku

Miałam pisać recenzję indyjskiej książki (nawet wynotowałam sobie nazwiska bohaterów przed oddaniem jej do biblioteki), tymczasem zamiast tego zrobiłam taki oto wieszak na paski:

Wszystkie elementy do jego wykonania były, jak się okazało, w szafce z narzędziami, w której robiłam dziś porządek. Wieszaczek jest jak widać wspólny, a wręcz zdominowany przez eleganckie paski Sahiba ;)

czwartek, 2 września 2010

Szpinak z cieciorką albo cieciorka ze szpinakiem

To jedna z moich ulubionych potraw, zrobiłam ją już kolejny raz. W międzyczasie zaczęłam szukać o niej mądrych informacji. Okazało się, że nie ma jakiejś specjalnej nazwy, a różne kuchnie próbują ją zawłaszczyć - indyjska, hiszpańska, włoska, a nawet polska! Spotkałam nieco inny przepis (taki jest między innymi we wspomnianej we wczorajszym wpisie książce). Cieciorkę moczy się przez noc i gotuje do miękkości z cebulą i goździkami, na koniec dodając szpinak. Później całość odsmaża się na oliwie. Można i tak, ale to wersja zdecydowanie dłuższa i pracochłonniejsza. Mój sposób nawiązuje do kuchni jednominutowej i jest całoroczny.



Z tą potrawą wiąże się dla mnie wspomnienie pewnego Sylwestra na Mazurach, którego przewodnim motywem miał być Bollywood. Wieczór spędzaliśmy oglądając filmy i przygotowując indyjskie potrawy ze specjalnie przywiezionych z Warszawy składników, a jedną z nich, w wersji ostrej, był właśnie szpinak z cieciorką. W pewnym momencie zgasło światło, jak się później okazało 600 wsi nie miało tej nocy prądu. Na szczęście nasze potrawy były już w większości gotowe, henna na rękach też zdążyła wyschnąć, więc reszta nocy upłynęła pod znakiem rozrywki i konsumpcji. Dla mnie więc ta potrawa kojarzy się z kuchnią indyjską i już. Po tych wspominkach czas na przepis.

Potrzebne będą: 1 paczka mrożonego szpinaku (może być pół kg świeżego), 1 puszka cieciorki czyli ciecierzycy czyli grochu włoskiego (albo szklanka suchej, którą trzeba namoczyć dzień wcześniej), oliwa, curry, kumin czyli kmin rzymski mielony, sól, pieprz mielony, 1 duży ząbek czosnku

Rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią odsączony szpinak. Podgrzewamy i doprawiamy solą i pozostałymi przyprawami - łyżeczka curry, pół łyżeczki kuminu, trochę pieprzu. Dodajemy cieciorkę odsączoną z zalewy. Na koniec wciskamy duży ząbek czosnku lub dwa mniejsze. O smaku potrawy w znacznej części decyduje rodzaj curry, które jest tu dominującą potrawą. Może być ostre lub bardziej korzenne. Na zdjęciu skomponowałam potrawę z naleśnikiem, ale pasuje również do ryżu, czapatów albo grzanek.

Życzę smacznego!

ps. Zauważyłam, ze ostatnio zamieszczam na blogu prawie same przepisy. Może dlatego, że rower przeniosłam na drugi blog. Ale już niedługo recenzja książki. Geograficznie zbytnio się nie oddalimy - będzie to pokaźny kęs indyjskiej prozy, odwiedzimy Bombaj ;)

środa, 1 września 2010

Na tropach sekretów warzyw

Wpadła dziś w moje ręce bardzo ładna książka pt. „Kuchnia wegetariańska” Marka Łebkowskiego. Pożyczyła mi ją koleżanka Monika, z którą łączy nas przede wszystkim pasja rowerowa, a kulinarna tak troszkę.

Książka spodobała mi się od pierwszego wejrzenia. Kompletnie zachwyciły mnie sposoby wycinania różnych ozdóbek z warzyw i aranżacje. Na przykład cytryna przebrana za liść, koszyczki z pomidorów, omlet udający wielonożne zwierzę przy pomocy szparagów albo ananas nadziewany ryżem, który śmiało mógłby ruszać w konkury z tradycyjnym polskim bażantem.

Zaskoczyło mnie kilka ciekawostek, którymi niezwłocznie dzielę się z Czytelnikami ;)

Podobno zastosowanie liści cykorii w sztuce kulinarnej odkryto przez przypadek i to dopiero w 1870 roku! Cykorię korzeniową zakopcowano na zimę, a ta wypuściła młode liście, zwinięte w charakterystyczne kolby. (Zastanawia mnie tylko, dlaczego wcześniej, kiedy sadzono ją na polu i zbierano, nikt nie zauważył, że liście są jadalne i smaczne?)

Karczochy, których niestety jeszcze nie jadłam, są podobno spokrewnione z ostami. I faktycznie na zdjęciach kwitnących roślin mają w sobie to podobieństwo. A oset oglądany z bliska jest bardzo ładny, a niedoceniany.

Seler podobno przez długi czas był warzywem niejadalnym ze względu na swoją gorycz. Dopiero w XVII wieku włoscy ogrodnicy wyhodowali takiego selera, jakiego znamy dziś, który jest zresztą niezłym afrodyzjakiem dającym tajemne moce.

I jeszcze ciekawostka o keczupie. Czy wiecie dlaczego na anglojęzycznych opakowaniach widniej „Tomato ketchup”? Masło maślane? Nie. Słowo „ketchup” pochodzi podobno z języka malajskiego (jak podaje moja nowa lektura) lub z chińskiego (jak twierdzi Wikipedia) i oznacza „sos rybny”. Początkowo Anglicy produkowali pod tą nazwą różne sosy, ale to właśnie pomidorowy zdobył największą popularność. Słowo daję, gdyby nie ta książka, chyba nie zajrzałabym do Wikipedii w poszukiwaniu historii keczupu ;)

Już niedługo postaram się zamieścić świetny, błyskawiczny przepis, o którym przypomniała mi ta książka. Muszę tylko zdobyć składniki, a z powodu deszczu odwlekam wycieczki do sklepów.

Notka bibliograficzna: Marek Łebkowski „Kuchnia wegetariańska”, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998

piątek, 20 sierpnia 2010

Kwiaty biało-czerwone


Fotka „warsztatowa” ;) Kolczyki o średnicy 5 cm. Rant kryje usztywniającą żyłkę, wykorzystałam zużyte struny nylonowe od gitary. Wystarczy opalić końcówki i zgrzać, a powstaje lekkie i sztywne kółeczko, idealne do takiego zastosowania.
Kolczyki zrobiłam jako komplet do sukienki w kwiaty w takich kolorach. Stąd ten dosyć tradycyjny wzór. Bardzo podobają mi się szydełkowe prace artystki Aimee Manion, niezwykle kobiece, które łączą inspiracje dawną, tradycyjną biżuterią z powiewem awangardy. Każda para kolczyków, naszyjnik czy bransoletka w jej wykonaniu to miniaturowe dzieło sztuki.

piątek, 13 sierpnia 2010

Włoski omlet z ryżu

Zawsze po powrocie ze słonecznej Italii zaglądam do mojej ulubionej książki kucharskiej pt. "Wegetariańska kuchnia włoska" w poszukiwaniu ciekawych przepisów. Tym razem przepis całoroczny, nie związany z sezonowymi warzywami i dodatkami. Jest bardzo prosty w wykonaniu, co może nawet potwierdzić Kuerti, który już go wypróbował. W oryginale nazywa się "Risotto al salto", co zostało przetłumaczone niezbyt finezyjnie jako "Ryż odsmażany" (s. 119 rzeczonej księgi). Ja przetłumaczyłabym to raczej jako "Ryżowy omlet" czy coś takiego. Ale do rzeczy.

Składniki: ugotowany ryż (około 1 szklanki), jajko lub dwa (w oryginale jest 1 żółtko, ale ja dałam po prostu 2 całe jajka, których w przeciwieństwie do tradycyjnego omletu nie trzeba ubijać), 1/3 pokrojonej drobno mozarelli, nieco oliwy lub oleju, sól, pieprz, warzywa do przybrania (w oryginale był jeszcze parmezan tarty do posypania)

Składniki mieszamy w misce, oliwę grzejemy na płaskiej patelni (najlepsza jest taka naleśnikowa z teflonem). Na rozgrzany tłuszcz wykładamy masę, lekko ją ugniatając, by uformować placek grubości około 1,5 cm. Smażymy z obu stron na złoty kolor. Dekorujemy znalezionym w lodówce zielskiem.

Kuerti mówi, że w smaku czegoś brakuje. Można popróbować z dodatkiem np. cebuli lub ostrych przypraw. Natomiast w oryginalnej postaci można ten placek spożyć nawet na słodko z dżemem. Zachęcam do własnych modyfikacji i życzę smacznego!

Notka bibliograficzna:
"Wegetariańska kuchnia włoska", Paola Gavin, Wyd. Amber, 2003

wtorek, 10 sierpnia 2010

Szybkie pomidory


Spontaniczna i pożywna sałatka o zadziwiającym smaku.
Składniki: 2 dojrzałe pomidory bez skórki, ser kozi - pół krążka (cabri bon), garść siekanych migdałów, szafran

Smacznego!

ps. na zdjęciu nie widać za bardzo pomidorów - są pod serem ;)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Nie samym rowerem żyje człowiek

Zwłaszcza w taki upał. Okazuje się, że rajdowcy mają czasem bardzo fajne hobby. Dziś znów będzie ZPT, lecz tym razem nie metal tylko nici zagrają główną rolę. (Tak przy okazji - mój nowy blog tylko o rowerze znajdziecie tutaj)

Ostatnio zaskoczył mnie znajomy, Darek z Białegostoku, którego znam z maratonów rowerowych. Darek jeździ w grupie kolarskiej PTR Dojlidy i zajmuje dobre miejsce w Pucharze Maratonów Rowerowych na Orientację. Okazało się, że wolne chwile poza pracą zawodową (układa dachy) poświęca haftowi krzyżykowemu. Tutaj możecie obejrzeć kilka jego prac. Wyhaftowanie jednego obrazka zajmuje mu nawet kilka lat, w przypadku tych największych. Projekty tworzy sam ze zdjęcia, przy pomocy specjalnego programu. Piękną kolekcję portretów Indian Darek zamierza powiesić kiedyś na ścianach własnego domu. Haftować nauczyła go Babcia, a w rodzinie tradycje rękodzielnicze były bogate, bo siostry Babci haftowały ornaty do białostockich kościołów. Jak podkreśla Darek, haftowanie uczy wytrwałości i cierpliwości. Nie trzeba chyba dodawać, że te cechy przydają się podczas długich zawodów rowerowych, zwłaszcza na orientację ;)

Moim nieprzemijającym hobby od wielu lat jest szydełkowanie. Na zdjęciach kilka moich prac, a tutaj w galerii więcej szydełkowych zwierzątek czyli amigurumi. Są to moje własne projekty (poza nr 4). W szydełkowaniu najbardziej lubię to, że pomimo zajmowania się nim prawie od 30 lat, ciągle mogę się nauczyć czegoś nowego ;)


1. Pszczoła (amigurumi, półsłupki)
2. Woreczek (ściegi reliefowe, krzyżowane i inne)
3. Kolczyki (półsłupki)
4. Serwetka (technika brugijska)
5. Pokrowiec na komórkę (technika filetowa)
6. Chustka w kwiaty (pachwork)



7. Chustka z motywem
8. Naszyjnik (technika wykonania jak amigurumi, półsłupki)
9. Szalik (technika filetowa)
10. Serwetka-motyl (technika brugijska)

środa, 7 lipca 2010

Kwiaty z recyklingu


Spędziłam dziś prawie cały dzień ucząc się składać rower od zera. W ramach odreagowania miał być dziś wpis o szydełkowaniu, ale nie zdążyłam zrobić zdjęcia (będzie wkrótce). Na szybko wrzucam więc inny wytwór moich zajęć praktyczno-technicznych, biżuterię kryzysową czyli recyklingową - kolczyki z motywem kwiatowym, wykonane ze świetnego, markowego stopu :) Wtajemniczeni wiedzą, że to lepsze od srebra i złota. W uszach wyglądają jeszcze lepiej niż na fotce.

środa, 30 czerwca 2010

Selle czyli siodło

Nie od dziś wiadomo, że przepustką do długiego dystansu na rowerze są nie tylko mocne nogi, ale i mocny tyłek... albo dobre siodło! Fotka prosto z naszej domowej stajni (może niezbyt artystyczna, ale prawdziwa).

Dziś będzie więc recenzja sprzętowa. Od razu na wstępie uprzedzę, że nie jestem w żaden sposób związana z firmą Selle Italia. A może szkoda, bo dostawałabym siodełka do testów za darmo? Zwolennicy supermarketowych rowerów mogą mnie zlinczować, bo siodełko to kosztuje mniej więcej tyle, co cały najtańszy chiński rower. Ale etap jazdy na Longwayu (zresztą bardzo burzliwy i przygodowy) mam już za sobą w mojej krótkiej kolarskiej karierze ;)

Biorąc pod uwagę komfort, wagę i nieco lansu skusiłam się na model Selle Italia Diva Gel Flow. Siodełka Gel Flow tej renomowanej firmy to cała seria - zarówno męskich, jak i damskich. Damskie różnią się nieco długością (są krótsze) i kształtem wycięcia. Niedługo będę mogła dodać do recenzji uwagi Marcina i Maćka, którzy kupili bardzo podobne męskie siodełka - są w fazie testów.

Pierwsze wrażenie jest korzystne. Pomimo pozornej masywności siodełko jest lekkie (waga 240 g podana przez producenta jest faktyczną wagą produktu), między innymi dzięki lekkiemu vanoxowemu stelażowi. Pokrycie to czarna skóra, wykonanie solidne. Siodełko wcale niechętnie ugina się pod naciskiem ręki. Z tyłu, hm... Różowa wyszywanka w postaci kwiatowego motywu. Ale niech tam, w obliczu błota wszystkie kolory są równe niczym na Sądzie Ostatecznym.

Po oględzinach przyszła pora na montaż (standardowy) i próbną jazdę. Przyznam, że pierwsza jazda nieco mnie rozczarowała. Kształt i miękkość całkiem ok, do życzenia pozostawała nieco „śliskość” siodła. Przy spokojnej jeździe po równym nie odczuwałam problemu, ale wszystkie bardziej wymagające, techniczne odcinki sprawiały, że tyłek nieco „latał” po siodełku. Skóra pokrycia jest gładka i nie ma żadnych elementów antypoślizgowych.

Siodełko zabrałam za sobą na Grassora - jazda przez 24 godziny to miał być prawdziwy test. I tu przyznaję, że test wypadł znakomicie. Przede wszystkim nie poobcierałam się, a to zawsze był mój problem przy dłuższej jeździe. Żeby szanse były równe, jechałam w niezbyt wypasionych spodenkach z Decathlonu. 230 km nie spowodowało żadnego uszczerbku na ciele i duszy. Jechałam na nim również na Bike Orient, gdzie pokonałam około 130 km. Ten test także wypadł satysfakcjonująco, na trudniejszych odcinkach już nie odczuwałam ślizgania (a może nie zwróciłam na nie uwagi w startowym amoku). W sumie - dobre siodełko to takie, o którym się nie myśli.

Podsumowując: lekkie, dość komfortowe damskie siodło, do jazdy raczej w łatwym terenie, za to dobre na dług dystans. Ze swojej strony polecam!