Strony

środa, 26 maja 2010

Który nigdy nie szedł

Krótki przerywnik w relacji z Podlasia - recenzja książki Haruki Murakamiego.

Bardziej jako biegacz niż mól książkowy sięgnęłam po „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”, zastanawiając się, co odkrywczego można jeszcze o tym napisać? Treningi, zawody, kontuzje, sprzęt, rozmyślania o sensie biegania i nieodłącznie im towarzyszące rozmyślania o sensie życia (albo odwrotnie) - tematycznie pamiętnik Murakamiego nie odbiega zbyt daleko od schematu, do którego przyzwyczaiła nas bogata biegowa blogosfera. Nie jest to długa opowieść - to zbiór kilku esejów, w sam raz na deszczowy wieczór. Początek określiłabym jako monotonny, mnie ta książka wciągnęła od IV rozdziału, od którego nabiera żywszego tempa, gdy dryfuje w stronę ultra i triatlonu.

Haruki Murakami to raczej biegający pisarz niż piszący biegacz. To moje pierwsze zetknięcie z jego prozą, ale na pewno nie ostatnie. Wcale do biegania nie zachęca i to mi się bardzo podoba. Niech każdy szuka swojej drogi, brzmi jego motto. Bieganie i pisanie - dwie główne pasje autora, tak różne, a zarazem podobne. Wszystko to przesiąknięte wschodnią mentalnością. Akceptacja losu, przemijania, starzenia się, akceptacja porażek, a jednocześnie czerpanie z biegania prawdziwej, żywej radości, życiowej siły.

I choć od autora dzieli mnie morze doświadczenia, wiek, płeć i kilometry, niektóre słowa tych luźnych biegowych notatek trafiają prosto w serce. Oddaję Mu głos:

„Nie jestem człowiekiem. Jestem maszyną. Niczego nie czuję. Po prostu zmierzam naprzód.
Tak sobie myślałem. Tylko o tym myślałem i tylko dzięki temu przetrwałem. Gdybym powiedział sobie, że jestem żyjącą istotą ludzką, człowiekiem z krwi i kości, padłbym z bólu. Z pewnością było wtedy we mnie coś, co było mną. I towarzyszyła temu jakaś samoświadomość. Ale w tamtym momencie rozkazałem sobie, żeby myśleć, że moje ja i towarzysząca mu samoświadomość są tylko wygodnymi formami i niczym więcej. To dziwny sposób myślenia o sobie i bardzo dziwne uczucie, gdy świadomie wypiera się świadomość. Trzeba zmusić się do wcielenia w coś nieorganicznego. Instynktownie zdawałem sobie sprawę, że to jedyny sposób, by przetrwać.”


Jednym słowem - polecam.

wtorek, 25 maja 2010

Podlasie - odcinek 5

Po obfitym śniadaniu (kasza manna kontra parówki) ruszyliśmy na podbój nadbużańskich wiosek. Okolica, jak całe Podlasie, obfituje w drewniane, niskie chaty, z czego część wykupują miastowi i użytkują jako domki letniskowe.

Odkąd przekroczyliśmy Bug, nasza wycieczka zaczęła powoli dobiegać końca. Jednak tereny, które wciąż mieliśmy przed sobą, nie były wcale nudne. Do Janowa Podlaskiego jechaliśmy trzymając się blisko rzeki, mijając wioski o wdzięcznych nazwach jak Gnojno albo Stary Bubel. W Serpelicach spotkaliśmy jednego gościa, który mieszkał zbyt blisko sklepu i na dobre mu to nie wyszło.

Janów zaraził nas atmosferą sennego miasteczka, w którym wszyscy się nudzą, z młodzieżą na czele. Koło przystanku PKS otwarty był jedyny bar. Nie oferował może zbyt wypasionych potraw, ale na nasze potrzeby placki ziemniaczane i pierogi były w sam raz. Do tego prawdziwa oranżada, na którą później polowaliśmy po sklepach. Okazała się limitowanym i ekskluzywnym rarytasem, pomimo ceny poniżej 1 pln (butelka zwrotna).

Ten izotonik dodał Grzesiowi mnóstwo sił, wyrwał do przodu zupełnie jak ja pierwszego dnia po serniku. W ten sposób pierogi i parówki pokonały dziś kaszę manną i placki ziemniaczane w nieformalnym challengu.

Koło Kijowca zaskoczył nas objazd, postanowiliśmy jednak nic sobie z niego nie robić. Ciągle nie mieliśmy lepszej mapy, skazani na samochodówkę nie chcieliśmy dodatkowo nadkładać drogi. Okazją do objazdu okazała się budowa mostu na Krznie. Przejechaliśmy z rowerami kładką dla robotników, udana akcja.

Niestety pogoda, do tej pory wyśmienita, zaczęła nieco się psuć. Zanim dojechaliśmy do szosy Terespol-Warszawa, dopadła nas gwałtowna ulewa. Przycupnęliśmy sobie pod blaszaną budką przystanku i jakiś czas słuchaliśmy bębnienia. Gdy tylko ustało, przecięliśmy krajówkę i za Chotyłowem skryliśmy się w leśnych ostępach. Szliśmy przez las tak długo, aż zatrzymały nas bagienne tereny i rowy z wodą. Tam założyliśmy ostatni biwak, a korzystając z rozpogodzenia, Grzesiek poszedł pobiegać.

c.d.n.

poniedziałek, 24 maja 2010

Podlasie - odcinek 4

Ani się obejrzeliśmy, a za nami zostały puszczańskie ostępy. Rano wyjechaliśmy z lasu, przed nami była Wojnówka i kilka innych urokliwych wiosek, mozaika pół, łąk i niedużych, gospodarczych sośniaków. Na ławeczkach przed domami grzali się w słońcu starcy i babinki, w zasadzie młodych ludzi widać było jak na lekarstwo. W niedługim czasie dotarliśmy do Czeremchy, gdzie obkupiliśmy się w największym sklepie. Żonglując jabłkami i kefirami udaliśmy się do lasu w celu spożycia.

Naszym pośrednim celem było Adamowo, w którym Marcin pracował tego dnia na powierzchni leśnej. Niestety po opuszczeniu puszcz opuściliśmy też teren objęty przez mapy turystyczne i musieliśmy posługiwać się samochodówką. To spowodowało, że pojechaliśmy zupełnie nie tam gdzie trzeba i nadłożyliśmy z 15 km. Ale Marcina w końcu przydybaliśmy w lesie. Był trochę zajęty, więc umówiliśmy się w Mielniku, gdzie każdy dotarł swoim transportem. Chwilę pogawędziliśmy pod sklepem, a potem ruszyliśmy dalej - w stronę najbliższego mostu na Bugu, czyli mostu kolejowego koło Siemiatycz.

Nieopodal mostu nabraliśmy wodę u jednego kolarza szosowego, jak się okazało. Zaprezentował nam swoje dwie kolarki, bardzo ładne, wraz ze zdobycznymi bidonami. Most kolejowy przekroczyliśmy bez problemu po specjalnych deskach dla pieszych. Za mostem nastąpiła nasza jedyna awaria roweru w trakcie całego wyjazdu. Grześkowi spadł łańcuch i zakleszczył się pomiędzy kasetą i szprychami. Dobrą chwilę mocowaliśmy się z żelastwem.

Zanim znaleźliśmy miejsce na nocleg nad Bugiem, nasze liczniki pokazały 100 km. Był to nasz rekordowy dystans i do tego momentu tendencja była wzrostowa.

Na noc zatrzymaliśmy się koło starych ośrodków wypoczynkowych, takich z dykty. Plusem były metalowe schodki, po których bez przeszkód mogliśmy zbiegać ze skarpy nad wodę. Wystrugałam dwie łódki z kory - zawsze problem, żeby znaleźć dobry kawałek. Przyznaję, że nieminimalistyczny scyzoryk Grzesia jest lepszy do tego celu niż mój - minimalistyczny.

Nocą w Bugu harcowały jakieś wielkie potwory, a my słodko spaliśmy po dobrym jedzeniu i tych wszystkich kilometrach.

c.d.n.

niedziela, 23 maja 2010

Podlasie - odcinek 3

Gdy wyjrzałam z naszej wieży o świcie zobaczyłam mgły nad zalewem i wschodzące słońce. Czym prędzej udałam się na dół z aparatem. Oczywiście potem jeszcze pospałam, nie jestem jakimś zwariowanym fotografem!

Dziś czekał nas ciekawy przejazd przez Puszczę Białowieską. Do Babiej Góry pojechaliśmy naokoło, przez zalane wodą lasy. Tam nabraliśmy wodę w gospodarstwie i zagłębiliśmy się w świat puszczańskich ścieżek i przyrody. Zauważyłam, że po dwóch dniach coraz lepiej pokonuję z sakwami różne trudności na drodze, jak błoto. Trochę się pogubiliśmy na początku, ale w końcu udało nam się wbić na starą wąskotorówkę, którą dotarliśmy aż na Kosy Most. To miejsce, w którym 13 lat temu razem z Marcinem zbieraliśmy materiały do jego magisterki. Tym razem pojedliśmy trochę batonów i ruszyliśmy dalej, do Białowieży, bez większych przygód, raczej monotonnie kręcąc po szutrówkach.

Białowieżę objechaliśmy prawie całą w poszukiwaniu ciekawych lokali gastronomicznych, których nie było. Skończyło się na zapiekance i tortilli w barze na świeżym powietrzu (a więc przyjaznym rowerzystom). Ale co to była za zapiekanka! Nie żaden gniot z mrożonki. To była najlepsza zapiekanka, jaką jadłam w życiu, serio! Były na niej wielkie kawałki pieczarek, kukurydza, pomidor, świeży ogórek i kapusta pekińska!

Po tym posiłku z wolna potoczyliśmy się w stronę Miejsca Mocy, w którym naszą intuicję i wrażliwość spotęgowaliśmy wypijając na spółkę egzotyczne, litewskie piwo pszeniczne.

Tocząc się nadal niezbyt szybko przez wieczorne lasy dotarliśmy do Topiła, gdzie nabraliśmy wody i zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na nocleg. Niestety po drodze nie było żadnych żubrów w zasięgu wzroku.

Koło miejscowości Krugłe (zwane też Krągłym) znaleźliśmy miły zakątek pomiędzy młodnikami, na zielonej trawie. Grzesiek postanowił jeszcze wyjść na wieczorne bieganie i na szczęście nie zgubił się w lesie. Jakoś ciągnie nas chyba do spania na bagienkach, a może tu nie ma innych terenów? Wieczorem graliśmy w „państwa-miasta”, była też kategoria  coś rajdowego”. Coś rajdowego na E?

c.d.n.

piątek, 21 maja 2010

Podlasie - odcinek 2

Po zimnej nocy na szczęście obudziło nas słońce. Po drodze do Krynek zaczęliśmy kręcić jakieś śmieszne filmiki. W miasteczku posiedzieliśmy trochę na głównym placyku jedząc różne frykasy, takie jak kefir i wzbudzając zaciekawienie miejscowych. Dobrze zapamiętałam, że do Krynek jedzie się pod górę (i to z każdej strony). Do Kruszynian dojechaliśmy za to szybko, bo w dół. Koło meczetu spotkaliśmy przewodnika, który właśnie grabił liście. Oprowadził nas, wyczerpująco opowiadając nie tylko to, co miał w środku nagrane, ale też odpowiadając na wiele moich pytań. Potem ulegliśmy krótkiej refleksji nad przemijaniem na miejscowym mizarze (cmentarzu) i własnemu łakomstwu w tatarskiej knajpie, dość drogiej, choć faktycznie ciekawej. Tu miała miejsce straszna przygoda - klapka od aparatu wpadła Grześkowi pomiędzy greting tarasu i musieliśmy ją wyłowić przy pomocy wielkanocnych bazi! Dodatkowo obśliniły nam nasze rowerowe łydki dwa sympatyczne szczeniaki bokserów.

Co jedliśmy? Grześ degustował pieriekaczewnik (z akcentem na 3 sylabę od końca), czyli mięso pozawijane w taki jakby naleśnik. Ja dostałam porcję pierogów z ziemniakami, jajkiem na twardo, pietruszką i cebulą. Dobre to było, tylko mało, jak na kolarski standard.

Nieco posileni udaliśmy się drogą niekoniecznie najkrótszą, ale jak się później okazało - bardzo ciekawą, wzdłuż Świsłoczy. Wielkie otwarte przestrzenie, przypominające stepy i małe wioseczki zachwyciły Grzesia. Przed nami na niebie widać było burzowy armagedon - czarne chmury i zacieki deszczu! Jechaliśmy wprost w paszczę potwora. Od czasu do czasu coś kropiło, a my chowaliśmy się, a to pod świerki, a to pod okap drewnianej chaty. Pośród takiej zabawy w ciuciubabkę z deszczem upływały nam kolejne kilometry, aż dotarliśmy nad Podlaskie morze - Jezioro Siemianówka!

Pod okapem groźnych chmur wyglądało fantastycznie. W oddali szybowały różne ptaki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, czy uda nam się dostać na drugą stronę na skróty - po nasypie kolejowym. Okazało się, że koło torów jest wygodna droga, która bliżej mostu przechodzi w urwistą perć. Odcinek czystej adrenaliny!

Za mostem uzupełniliśmy nasze zapasy o piwo na wieczór. Już bardzo blisko czekał na nas wybrany biwak - wieża widokowa nad samą wodą. W okolicy kręcili się wędkarze, których od czasu do czasu goniła policja. Wypakowaliśmy dobytek i przenieśliśmy się na górny podest wieży. Tam postawiliśmy namiot, żeby w nocy było cieplej i poszliśmy się myć. Grześ wybrał staw przy przepompowni, na którym unosiła się piana niewiadomego pochodzenia. Ja wybrałam jezioro, w którym pływała zdechła ryba. Wokół za to unosił się zapach nektaru kwitnących wierzb, darły dziób żurawie i latały czaple.

Wieczorem na dole odbyła się kameralna imprezka miejscowych metalowców, podczas której siedzieliśmy sobie na wieży i sączyliśmy własne napoje.

c.d.n.

czwartek, 20 maja 2010

Podlasie - odcinek 1

Pierwsza część relacji z wyjazdu rowerowego na Podlasie w kwietniu tego roku.

Naszą wycieczkę przez Podlasie zaczęliśmy w Czarnej Białostockiej, w kwietniowy poranek. Podróż mieliśmy komfortową - cały wagon rowerowy tylko dla siebie. Tuż przed docelową stacją zaczęła mnie ogarniać senność, bo wstaliśmy bardzo wcześnie.
W Czarnej powitało nas ostre słońce. Nagle spojrzałam na Grzesia i powiedziałam „Nie ruszaj się!" (wyobraźcie sobie jego minę!). Bo na ramieniu siedziała mu kózka, czyli taki leśny żuczek z przepięknymi czułkami, tak długimi, że nie zmieściłby się na dłoni (nie udało się również uchwycić go w całości na zdjęciu). Kózka trochę popiszczała, poskrzypiała i przeniosła się na nasz bagaż, na którym na gapę próbowała pojechać z nami do lasu.

Dość szybko opuściliśmy miasteczko, kupując jedynie nieco kalorii w przydrożnym sklepie. Grzesiek był rozczarowany ubogim asortymentem, ale uświadomiłam mu, że to jest właśnie wschód i żeby specjalnie nie liczył na jakieś rarytasy (rarytasy były, ale o tym potem).

Jechaliśmy sobie przez las, ucząc się balansować na obciążonych rowerach, ale drogi nie były złe. Pierwszym turystycznym przystankiem było arboretum w Kopnej Górze, które polecił nam Marcin. Jednak o tej porze roku, gdy liście dopiero nieśmiało wychylają się z pąków, nie robiło zbyt wielkiego wrażenia. W poszukiwaniu ciekawych doznań i urokliwych miejsc objechaliśmy je wzdłuż i wszerz, pokonując wiele wzniesień, w sumie treningowo.

Nieco rozczarowani ruszyliśmy asfaltem do Supraśla, gdzie Grześ liczył na paszę w legendarnej „Jarzębince". Zamknięte w poniedziałki! Co za porażka! Na pocieszenie w innej restauracji zamówiliśmy pyszny sernik i herbatę w eleganckich filiżankach. W łazience odkryłam, że już po pół dnia na rowerze mam kompletnie czarne ręce, nie wiedzieć od czego.

Sernik okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Tempo wyraźnie wzrosło i przez małe wioski prułam jak burza. Trafiliśmy na strasznie zapiaszczony Trakt Napoleoński, ten piach musiał sponiewierać słynną armię. 7 km przed Krynkami, które miały być celem tego dnia, znaleźliśmy fantastyczne miejsce, by się rozbić. Podmokłe bagienko, otoczone lasami, z jeleniem czyli akcentem przyrodniczym, ale też z wiatą i stolikami, a więc z akcentem cywilizacji. Nie mieliśmy wody, więc gotowaliśmy tę z bagienka. Nie powiem, co tam pływało. Spożyliśmy całkiem niezłe rzeczy - płatki gryczane z mozarellą i poprzekomarzaliśmy się, kto więcej marudził na trasie.

Grześ poszedł spać pod wiatą, by testować śpiwór. Ja rozbiłam namiot na nieco uginającym się gruncie. Z oddali dochodził klangor żurawi, a kumkanie rozochoconych żab tuż zza ścian namiotu. W końcu mają te swoje gody, nie?

c.d.n.

sobota, 24 kwietnia 2010

Lżej, szybciej, dalej

„Gdy w gronie ekspertów omawia się, co trzeba zabrać w drogę, toczą się gorące spory, bo idzie tu o odwieczny dylemat pomiędzy przydatnością bagażu a jego wagą. Decydującą rolę odgrywa zazwyczaj osobista zdolność do dźwigania i umiejętność przetrwania ze skąpym wyposażeniem we wszelkich możliwych sytuacjach. (…) Wygody postoju piechur zawsze przypłaca niewygodami marszu”.
Hans-Otto Meissner „Sztuka życia i przetrwania”, 1982

Każdy wyjazd, dłuższy czy krótszy, to wielkie pakowanie. Pakowanie obarczone dylematami, co zabrać, co tak naprawdę okaże się konieczne? Chyba każdemu z nas zdarzyło się po powrocie z wyjazdu znaleźć w plecaku przedmioty, których nie użył. Czasem nawet niezjedzone jedzenie, cóż za marnotrawstwo – sił oczywiście! Jedyny wyjątek to apteczka – najlepiej jak wraca do domu w nienaruszonym stanie – tu możemy nie mieć wyrzutów sumienia.

Pomimo wielu przemyśleń na temat pakowania, stosowania wagi, zawsze mam wrażenie że zabrałam za dużo. Mam swoje małe grzeszki w dziedzinie pakowania. Z wielką zazdrością patrzę później na spotkanych na szlaku prawdziwych „fastpackerów”, z plecakami dwa razy lżejszymi niż mój! Sprzymierzeńcami-motywatorami w walce o lekkość są też małe plecaki oraz lotnicze limity wagowe.

Co to takiego – fastpacking?

Fastpacking to filozofia, która może być przydatna nie tylko dla biegaczy ultra albo rajdowych zawodników pokonujących wielkie dystanse z małymi plecaczkami i absolutnym minimum sprzętu. Fastpacking to nic innego jak minimalizm w pakowaniu i sztuka znalezienia kompromisu pomiędzy komfortem, który chcemy sobie zapewnić, a wagą noszonego plecaka. Skrajnością jest podejście survivalowe, przetrwanie w terenie z przysłowiowym nożem i zapałkami. Ten tekst nie będzie jednak o tym, ale o próbie znalezienia własnego złotego środka.
Nie ma jednej gotowej recepty, jak się spakować, bo wszystko zależy od tego dokąd jedziemy, w jakiej porze roku, w jakiej formule, na jak długo, samotnie czy w grupie, jakich środków transportu używamy. Umiejętność spakowania tego, co niezbędne najbardziej przyda się piechurom i rowerzystom.
Są też sytuacje, które fastpackingowi nie służą: zimny klimat, dzikie miejsca, oddalenie od cywilizacji, samotne podróżowanie, podejmowanie specjalistycznych aktywności wymagających dodatkowego sprzętu (profesjonalna fotografia, wspinaczka, łowiectwo, obserwacje przyrodnicze itd.). Znajomość terenu, rozmowy z osobami, które już tam były, czytanie relacji - pomagają spakować się lepiej, czyli oszczędniej.

Każda rzecz waży

Jest jednak kilka zasad, którymi fastpacking można podsumować. Przede wszystkim przekonanie, że KAŻDA rzecz waży, w tym sam plecak i rozmaite pokrowce. Szukanie lżejszych, a równie dobrych zamienników posiadanego sprzętu. Odchudzanie sprzętu (usuwanie zbędnych elementów). Stosowanie wielofunkcyjnych rozwiązań (dobrym przykładem jest buff). Naszym najlepszym przyjacielem powinna na kilka godzina stać się elektroniczna waga (wystarczy zwykła, kuchenna, do 2-3 kg, dokładność to zwykle 2 g). Dobra metoda to zważyć posiadany sprzęt raz i zrobić listę do ponownego użytku.

Nie dla pesymistów

Fastpacking zakłada pewien optymizm, który nie oznacza rezygnacji z rozsądku. Nie rezygnujemy na przykład z apteczki, jednak zabieramy taką ilość odpowiednio dobranych leków, by w najczęściej spotykanych wypadkach móc sobie poradzić. Optymizm przejawia się w tym, że rezygnujemy z zabezpieczania się od nietypowych, bardzo rzadkich sytuacji, albo stosujemy w nich rozwiązania awaryjne.

Trochę konkretów

Zawartość plecaka możemy podzielić na kilka kategorii: plecak, biwak, gotowanie, żywność, ubrania, kosmetyczka, apteczka, mapy i przewodniki, sprzęt nietypowy i „przydasie”. W każdej kategorii możemy uszczknąć co najmniej parę gramów.

Plecak. Ostatnio wymieniłam plecak na lżejszy. Sporo się naszukałam, dużo przymierzała, opłaciło się. Mój plecak 70 l waży 1900 g. To dużo czy mało? Standardowo plecaki o tym litrażu ważą około 2,5 kg, jestem zadowolona. Poza tym jest bardzo wygodny. Mogłabym jeszcze wyciągnąć z niego rzadko używane sznurki i skrócić paski.

Biwak. Namiot czy płachta biwakowa? A może spanie w szałasach i awaryjne NRC? A jeśli namiot – to czy możemy nasz namiot jakoś „odchudzić?” Niektórzy producenci oferują wymianę stelaża na aluminiowy, lżejszy niż z włókna szklanego. Można kupić komplet lekkich szpilek i wymienić odciągi na kawałki cienkiego repa. Niektóre pokrowce namiotów mają dodatkowe kieszonki lub paski, które nie są niezbędne i można je po prostu odciąć. Karimata czy mata samopompująca? A może po prostu zwykłą alumata? To kwestia komfortu i ciepła. Mata samopompująca jest bardzo wygodna, nieźle izoluje, ale waży około 1 kg. Dobra karimata to ok. 0,5, kg, alumata połowę mniej. Zwykle wybieram opcję złotego środka czyli karimatę. Śpiwory to osobny temat.

Gotowanie. Jeśli chodzi o samą kuchenkę czyli palnik, to niewiele możemy zaoszczędzić – jedynie na etapie zakupu możemy wybrać najlżejszy model. Może być on mniej stabilny i mniej wygodny w użyciu niż cięższy, z dłuższymi ramionami. Zabierając gaz warto mieć pewien zapas, jednak nie przesadny – tu przydaje się umiejętność oceny, jak szybko nam schodzi gaz (latem, zimą). Inne opcje to kuchenka benzynowa (cięższa niż palnik gazowy, ale niezastąpiona w podróży lotniczej), gotowanie na ognisku (jeśli jest opał), jedzenie w schroniskach lub barach. Do zestawy kuchennego wchodzą ponadto menażki, kubek, łyżka, nóż. Widelec zawsze uważałam za zbędny, praktycznie wszystko można zjeść łyżką. Łyżka stalowa to około 36 g, podobnej wielkości łyżka z tytanu lub aluminium to 20 g, a więc prawie o połowę mniej! (Jeśli kogoś zaskakuje mój entuzjazm przy oszczędzeniu tych 16 g to proponuję przejść do działu: kosmetyczka) Kubka nie zabieram, piję z menażki. Odkąd stałam się szczęśliwą posiadaczką tytanowych menażek, nie mam dylematu co do wagi. Ważą tyle, co aluminiowe, około połowy tego, co stalowe. Niestety słono kosztują i to ich główna wada. Kupując menażki wybierałabym jak najlżejsze i bez przymocowanych na stałe rączek. Nóż - są zwolennicy ciężkich myśliwskich finek. Moja stara finka waży 222 g! Aż trudno mi w to uwierzyć, że kiedyś była moim stałym towarzyszem wędrówek! Wypasiony scyzoryk z wieloma funkcjami i w miarę sporym ostrzem to 100 g. Mały „rajdowy” scyzoryk waży tylko 46 g.

Żywność. Podobnie jak śpiwór czy ubrania to temat na osobny artykuł. Dobrą metodą, którą stosuję od jakiegoś czasu, jest paczkowanie jedzenia na dzienne porcje – śniadaniowe i obiadowe, plus przekąska w środku dnia. Łatwo wtedy zajrzeć do worka z jedzeniem i policzyć, na ile dni nam zostało. Od herbat odcinam zbędne sznurki i papierki. Zabieram dobrej jakości herbaty. Stosuję jako szczelne opakowania np. lekkie plastikowe pojemniczki na mocz, które można kupić w aptece oraz torebki strunowe. Unikam zabierania „pustych kalorii” takich jak zupki w proszku. Wolę zabrać więcej płatków owsianych, kaszy.

Ubrania. To moja pięta achillesowa. Pomimo tego, że swego czasu zważyłam wszystkie wyjazdowe koszulki, polarki i skarpetki, pakowanie ubrań zawsze spędza mi sen z oczu. Staram się brać ubrania nadające się jako cebulka, w których da się chodzić i spać. Uwielbiam wielofunkcyjnego buffa (kiedyś robił nawet za siatkę na jabłka i jako cumka do kajaka). Polecam ważenie ubrań – można się nieźle zdziwić. Trójwarstwowy goretex to około 700 g. Packlite, świetny latem – połowa tego!

Kosmetyczka
- mój konik, jeśli chodzi o odchudzanie sprzętu. Poniżej lista oszczędności:
• papier toaletowy – usuwam zbędną tekturkę ze środka, stanowi ona wagową równowartość 1,5 m papieru – 5 g oszczędności.
• pasta do zębów – zamiast tradycyjnej tuby 75 ml (waga z tubą 100 g) stosuję malutką skoncentrowaną Ajonę (do kupienia w aptece) – ok. 8 g z opakowaniem – 92 g oszczędności
• zamiast dezodorantu (waga ok. 150 g) używam odciętego kawałka dezodorantu w sztyfcie w torebce strunowej – około 15 g – 135 g oszczędności
• mydło – zabieram tylko tyle, ile naprawdę potrzeba, zwykle około 30 g
mały grzebień 10 g
• szczoteczka do zębów – moja ma 22 g, ale miałam kiedyś taką, która ważyła 16 g, możne oczywiście obciąć jej kawałek rączki, to już chyba tradycyjny przykład odchudzania plecaka
• ręcznik mam leciutki, tylko 90 g, ale jeszcze mniej waży pielucha z tetry – 50 g (zanim kupiłam ten ręcznik zwykle na wyjazdy zabierałam tetrę)
• krem – tubka 25 ml wystarcza zwykle na miesiąc (w wyższe góry większa tubka z mocnym filtrem)
• sama lekka kosmetyczka waży aż 70 g! zamiast niej polecam torebkę strunową – około 5 g
Można zmieścić się w około 200 g (nie licząc papieru toaletowego).

Mapy i przewodniki.
Od map śmiało odcinam zbędne okładki. Czasem nawet odcinam niepotrzebne fragmenty. Zamiast mapnika biorę torebki strunowe. Z grubych przewodników zdarza mi się wycinać niepotrzebne kartki, okładkę. Ostatnio coraz częściej nie biorę notesu tylko złożoną kartkę papieru.

Reszta sprzętu. Telefon, aparat, czołówka, okulary, baterie, kijki teleskopowe, podstawowy zestaw naprawczy i inne „przydasię”. Praktycznie każda z tych rzeczy może być lżejsza lub cięższa.

Ciekawa jestem Waszych opinii i patentów. Uważajcie, to wciąga!

piątek, 9 kwietnia 2010

Dodo, wodniczka i gamonie

Pamiętacie ptaka dodo? Nie chodzi o żadnego bohatera kreskówki, tylko o dużego nielota, który w dawnych, cudownych czasach mieszkał sobie na Mauritiusie. W XVII wieku dodo podzielił los naszego europejskiego tura - pozostało po nim tylko kilka szkieletów i opowieści. A co to ma wspólnego z wodniczką i co to w ogóle takiego - wodniczka?

Pierwsze skojarzenie być może prowadzi Was w stronę pierwotniaków i ich wodniczek tętniących, trawiących i robiących inne dobre rzeczy. Chodziło mi jednak o coś innego. Bo wodniczka to także mały ptaszek, który żyje sobie na torfowiskach. Nieliczny i coraz rzadszy, w miarę jak kurczy się teren, na którym może sobie mieszkać w spokoju. Za jakiś czas po wodniczce może zostać tylko szkielecik, a w spisie gatunków będziemy koło jej nazwy stawiać krzyżyk.

Dlaczego piszę o wodniczce akurat dziś?

Wczoraj po długich bojach przy wsparciu dzielnego kalkulatora udało mi się rozliczyć nareszcie PIT-y. Na sam dźwięk tego słowa wielu z Was na pewno cierpnie skóra i nie chcecie czytać dalej. Bo dalej będzie trochę strasznie. Ale też trochę optymistycznie. Niestety, wiosna to kwiecień, kwiecień to podatki, podatki to PIT-y, a skoro PIT-y, to kataklizm w urzędach i na poczcie, niczym najazd mrówek faraona. Jedyny pozytywny aspekt rozliczania PIT-a, poza tym, że robimy to wiosną, to zabranie sprzed nosa fiskusowi 1% swoich podatków. Rok temu dziesiąt złotych, które wypadły nam w odpowiedniej rubryczce, przekazaliśmy z Sahibem właśnie na wykupienie gruntów pod rezerwaty wodniczki nad Biebrzą.

Viva la wiosna! Viva la wodniczka!

Jakie było moje zdziwienie, gdy po przeprowadzeniu spontanicznej ankiety wśród znajomych odkryłam, że wielu z nich rezygnuje z tego, żeby jednym kiwnięciem palca przekazać te parę złotych na wybraną OPP, czyli Organizację Pożytku Publicznego. Jeśli ktoś mówi, że „nie ma na to czasu" to uważam go za zwykłego lenia, barana i gamonia. Albo naiwniaka, który myśli, że państwo lepiej spożytkuje te pieniądze i żyć będziemy w kraju mlekiem i miodem płynącym. Nie będziemy!

Żeby wytrącić leniom ostatni argument z ręki, od bodajże dwóch lat wspaniali pitspece ułatwili nam zadnie. Nie musimy robić żadnych przelewów, bo wystarczy tylko wypełnić dwie, słownie: dwie, rubryczki - w jednej wpisujemy nazwę, w drugiej numer KRS wybranej organizacji. Zajmuje to łącznie tyle, co policzenie do dziesięciu, nawet jeśli nazwa jest długa. Całą resztę, czyli przelew, robi za nas urząd! I żeby było jasne - to są pieniądze, którymi możemy dysponować tylko na dwa sposoby: OPP lub fiskus. To nie są pieniądze, które możemy w inny sposób odzyskać.

Czy agituję za ptakami? Nie.

Niech każdy sobie znajdzie, co mu w duszy gra - macie do wyboru prawie 8 tysięcy organizacji, którym możecie przekazać swoje pieniądze. Możecie ulec reklamom, w końcu banery na temat 1% atakują nas już od początku roku. Albo możecie poszukać sobie czegoś, co Wam najbardziej pasuje ideologicznie, listę znajdziecie tutaj.

Macie do wyboru niepełnosprawnych, chore dzieci, strażaków, górników, abstynentów, artystów, piłkarzy, karateków, wędkarzy, foki, ptaki, bezdomne psy i inne zwierzęta. Jak ktoś jest bardzo leniwy, to niech wyjrzy za okno, czy gdzieś tam jakiś baner nie wisi w zasięgu wzroku. Lepsze to niż nic.

Dla wielu organizacji ten 1% to być albo nie być. A jeśli z tej możliwości nie korzystamy, to tak, jakby w domu kapało nam z cieknącego kranu w bezdenną, nienasyconą paszczę fiskusa. Kap, kap, kap...

Czego Wam nie życzę, amen.

ps. Memento na fotce - drewniana figurka dodo, została przywieziona z Madagaskaru przez znajomych, Basię i Michała - leśników i ornitologów.

środa, 31 marca 2010

Piernik marchewkowy przebrany za mazurka

Witam nowych Czytelników! I starych również ;) Ostatnio niewiele pisałam, bo zajmowałam się minimalizmem i innymi sprawami. Dziś mam dla Was bardzo przyjemny przepis, który może się przydać na święta albo tak po prostu. Jego zaletą jest szybkie, choć nie jednominutowe, wykonanie oraz powszechna dostępność składników. Piernik marchewkowy można ozdobić w ten sposób, że na świątecznym stole z powodzeniem będzie udawał mazurka. Życzę kulinarnych sukcesów!

Potrzebne będą: 4 jajka, 1 szklanka cukru (lub więcej, jeśli ktoś lubi), 3/4 szklanki oleju, 4 średnie marchewki, 2 szklanki mąki (używam razowej), 2 łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczka cukru waniliowego, 2 łyżki kakao (lub więcej, jeśli ktoś lubi), przyprawa piernikowa (w ilości najbardziej odpowiedniej czyli dużo), jabłko (lub bakalie) do ozdoby.

Miksujemy całe jajka z cukrem, następnie dolewamy olej (leję prosto z butelki, na oko). Dodajemy mąkę i kakao oraz przyprawy. Na koniec już ręcznie łyżką trzeba wymieszać tę masę ze startymi na grubej tarce marchewkami. Na wierzchu można ułożyć cienko pokrojone jabłko (jak na zdjęciu) albo jakieś fikuśne scenki z bakalii. Piec w 180°C przez ok. 40-45 min., sprawdzając patyczkiem, czy już się upiekł.

środa, 3 lutego 2010

Śnieżna pantera

Są książki, które się połyka, są i takie, które czyta się powoli, delektując się każdym słowem, książki napisane specjalnie na długie zimowe wieczory. Bo czasem po prostu nie warto się spieszyć. „Śnieżna pantera" to taka właśnie zimowa opowieść, nie tylko z powodu tytułowego śniegu. Akcja toczy się powolnym rytmem, który początkowo niezbyt wciąga (robiłam podejście do tej lektury aż trzy razy), jednak z czasem można go poczuć i polubić.

Jest rok 1973. Peter Matthiesssen wyrusza wraz z biologiem Georgem Schallerem do Krainy Dolpo na Płaskowyżu Tybetańskim. Ich celem jest badanie behawioru błękitnych owiec. Sama podróż okazuje się długa i przygodowa - brakuje tragarzy, a na wysokich przełęczach Himalajów zalega jesienny śnieg. Pomimo trudności docierają pod Kryształową Górę, do klasztory Shey i rozpoczynają pracę. Dni, które przeważnie spędzają osobno, wypełnia im nie tylko obserwacja nachurów, ale i proste życie, takie jakie staje się udziałem każdego podróżnika skazanego na samowystarczalność. Dbanie o namiot, gotowanie jedzenia, troszczenie się o najprostsze potrzeby.

Jednocześnie autor, adept zen, prowadzi nas krok za krokiem ścieżkami swoich medytacji i rozmyślań, bo dla niego ta podróż jest nie tylko podróżą w czasie i przestrzeni. Sięgając coraz głębiej w swoje wnętrze, opisuje bardzo intymne, osobiste odczucia, także stany które osiąga medytując w niesamowitej scenerii wysokich gór. Wokół opustoszałego klasztoru krążą drapieżne ptaki i wilki, jednak prawdziwym marzeniem obu badaczy jest spotkanie śnieżnej pantery - kota wyjątkowo rzadkiego, skrytego i płochliwego, którego ślady znajdują na każdym kroku. Śnieżna pantera staje się symbolem tego wszystkiego, co nieuchwytne - oświecenia, poznania prawdy. Nie zdradzę zakończenia i czy ich marzenie się spełniło.

„Sekret gór polega na tym, że one po prostu istnieją, tak jak i ja: ale góry istnieją po prostu i koniec, a ja nie. Góry nie mają żadnego ukrytego 'znaczenia', one same są znaczeniem; one są. Słońce jest okrągłe. Rozbrzmiewam życiem i góry też rozbrzmiewają, a gdy je słyszę, rozbrzmiewamy razem. Rozumiem to, nie umysłem, lecz sercem, wiedząc jak daremne są próby uchwycenia czegoś, czego nie sposób wyrazić, oraz wiedząc, że kiedy będę to w przyszłości czytać, pozostaną tylko słowa."

Polecam gorąco tę lekturę. Dziś rano znalazłam piękną galerię, a w niej kilka zdjęć z Shey.