Strony

sobota, 23 lutego 2013

Wszystkie kolory zimy


Kolory - i nie tylko! Smaki, zapachy, dźwięki, zabawy. Zima to moja ulubiona pora roku. Nigdy nie jest nudna, co roku inna. Podczas gdy wielu znajomych migruje (lub miałoby na to ochotę) na zimę do ciepłych krajów, ja chętnie przeniosłabym się dalej na północ, w rodzinne strony śniegu. Dziś będzie lajfstajlowo: o nartach, pieczeniu chałek i muzycznych podróżach. Jeśli jesteś fanem zimy - zapraszam do lektury. Jeśli nienawidzisz zimy - zapraszam tym goręcej. ;)

Pamiętacie?

„Usiłował otworzyć drzwi wejściowe, ale przymarzły. Biegał popiskując od okna do okna, ale i okna były poprzymarzane. Wtedy pobiegł na strych, otworzył klapę i wyszedł na dach.
Uderzyło go zimne powietrze.

wtorek, 12 lutego 2013

Boso po śniegu - złota myśl

Wieczorem temperatura spadła do -1°C, a więc były niezłe warunki do wyjścia boso na zaśnieżony balkon. Odwiedzili nas znajomi. Próbowałam namówić koleżankę Lucy na bosy spacer.

Lucy: Nie, nie namówisz mnie. Ja jestem ciepłolubna. Nienawidzę zimna i w ogóle jest mi zimno!
Tofalaria: Jak pochodzisz boso po śniegu, to zrobi ci się gorąco. To wspaniale pobudza krążenie.
Lucy: Nie, nie. Nienawidzę nawet dotykać zimnego. Na samą myśl o tym robi mi się zimno.
Tofalaria: Ale lody lubisz?
Lucy: No... lubię.
Tofalaria: To tak jak jedzenie lodów - tylko stopami!

Kto wie, czy to nie ostatni moment tej zimy? Ubity już teraz śnieg umożliwia chłodzenie samych podeszw stóp. Jest to bardzo przyjemne. Pomimo zastosowania tego obrazowego i sprytnego argumentu, Lucy nie udało się namówić. Za to poszedł ze mną Sahib i był zachwycony. :)

Więcej o chodzeniu boso po śniegu pisałam tu.

sobota, 9 lutego 2013

Biegać, skakać, latać, pływać - mówi anonimowa endorfinistka

Kilka razy już postanawiałam, że nie będę pisać na endorfinowym haju.

Bo wychodzi z tego przekaz podobny do bełkotu pijaka. I kto chciałby czytać takie wynurzenia? Dzisiaj robię wyjątek!

Jeśli byłeś już dziś na treningu albo porąbałeś kubik drewna, nie czytaj dalej. ;)

czwartek, 24 stycznia 2013

Prosta zupa cebulowa Sahiba

Moje relacje z cebulą były bardzo burzliwe. W dzieciństwie cebulę darzyłam nienawiścią tak głęboką, że od samego jej widoku robiło mi się źle. Rodzice rzadko dawali się ubłagać i rezygnowali z tego warzywa. Potrafiłam spędzić trzy godziny nad leczo albo zapiekanką, wydziobując z nich widelcem każdy najmniejszy kawałeczek cebuli. W ten sposób właśnie stałam się człowiekiem cierpliwym. ;)

Cebulę nauczyłam się jeść mniej więcej u progu dorosłości - zachęcił mnie kolega, z którym pojechałam w góry. Naprawdę dobrze gotował - i to na ognisku! Powoli przeszłam nawet od etapu „cebuli prawie spalonej” do „cebuli zeszklonej” (do surowej nie doszłam do dziś). Obecnie nie wyobrażam sobie gotowania bez cebuli. Większość zup, duszonych warzyw, zapiekanek zaczynam właśnie od niej.

Kiedy jakiś czas temu zobaczyłam zdjęcie zupy cebulowej, wydała mi się zupą bardzo zimową. Jednak skomplikowane przepisy, wymagające użycia wina, koniaku i zapiekania zupy z grzankami trochę mnie przerosły. Z pomocą pospieszył niezawodny Sahib, dyrektor kreatywny w naszej kuchni. „Zrobię własną wersję!” - zadecydował po męsku.

I zrobił. Ach, ta zupa - istne cudo! Zakochałam się w niej i odtąd jemy ją bez przerwy. Z przyjemnością zamieszczam kolejny przepis opatrzony etykietą „Sahib gotuje”.

wtorek, 22 stycznia 2013

Wspomnienia Starego Żbika

W niedzielę przeżyłam prawdziwą podróż w czasie. Nie dzięki technologii, ale ludziom i wspomnieniom. 21 Warszawska Drużyna Harcerska „Stare Żbiki”, w której działałam w czasach liceum, obchodziła stulecie powstania! Moja historia jest trochę krótsza, zabieram Was zatem do początku lat 90. Nie ma internetu, komórek. Metro to ciąg głębokich wykopów. Pod Pałacem Kultury kwitnie handel. W tak pięknych okolicznościach trafiam do liceum w centrum Warszawy, a tam dość szybko - do harcerstwa...

czwartek, 10 stycznia 2013

Boso po śniegu - krok po kroku

To już trzecia zima, podczas której namawiam wszystkich do chodzenia boso po śniegu. Po co? Głównie ze względu na zwiększenie odporności, hartowanie organizmu, poprawę krążenia. Jest to też ciekawy eksperyment wyjścia poza swoją strefę komfortu. Pobudza, wydzielają się endorfiny.

Oto kilka najważniejszych zasad chodzenia boso po śniegu:



wtorek, 8 stycznia 2013

Od direttissimy do kacabajki

Lubię słowa. Słowa? Tak, po prostu. Świat słów jest bogatszy nawet od świata kolorów (mojej wielkiej miłości). Jako dziecko uwielbiałam zaglądać do słownika albo encyklopedii. Nazwy zwierząt, roślin, minerałów itd. brzmiały czasem groźnie, czasem przepięknie. Budziły skojarzenia wręcz namacalne. Pamiętam frustrację, gdy nie mogłam znaleźć w żadnym domowym słowniku znaczenia „direttissimy”, o której śpiewał Bellon w jednej z piosenek. Teraz to nic trudnego, w internetowych bazach, wzbogacanych przez użytkowników, bardzo demokratycznie występują hasła z najróżniejszych dziedzin...

środa, 2 stycznia 2013

Piwny piernik mojego Dziadka

Wracając z Sylwestra rowerem przez wioski, widziałam mnóstwo biegaczy, ale tak sobie myślę, że kto ma biegać, to i tak będzie biegał cały rok. Do biegania w takim razie nikogo nie zachęcam. Za to na piernik namawiam z czystym sumieniem, przepis jest błyskawiczny, a smak bajeczny!

Słodki, wytrawny, bogaty, korzenny, ciężki, mroczny, miodowy, a do tego jeszcze - piwny. Taki był piernik, z którym w ręku powitałam Nowy Rok, czy to dobra wróżba? Receptura mojego Dziadka Janka, zatem proszę się częstować.

wtorek, 25 grudnia 2012

Wigilijna wieczerza - dobra inspiracja żywieniowa

Tradycyjne potrawy wigilijne przenoszą nas w czasy, gdy jadano - zwłaszcza na wsi - proste potrawy z sezonowych, lokalnych składników. Wiecie, że ryba wcale nie była obowiązkowym elementem wieczerzy? Rybę trzeba było przeważnie kupić, a na to nie każdy mógł sobie pozwolić.

czwartek, 20 grudnia 2012

Domowe pieczywo chrupkie - otręby na salony

Hm, w okresie przedświątecznym na blogach huczy od przepisów na pierniki, bigos i inne smakołyki. Postanowiłam Was zaskoczyć - oto przepis na niesamowite, naprawdę chrupkie i pyszne domowe pieczywo. Pewnego razu w gronie znajomych siedzieliśmy u koleżanki Moniki, która stosuje różne diety. Siedzimy tak przy stole, tam jakieś ciastka, orzeszki. Nagle Monika wyjmuje z piekarnika bardzo niepozorny wypiek - płaski, brązowy placek. Ale ten zapach...!!!

Placek - ku zaskoczeniu gospodyni - połamany, zniknął w oka mgnieniu. Tak oto otręby wkroczyły na salony. Jak się później okazało, byliśmy szybcy jak gepardy na polowaniu. Ten wypiek miał jej bowiem starczyć na kilka kolejnych dni jako błonnikowy element diety.